1435. dzień wojny. Europa poważnie zabiera się za flotę cieni. Ale czy wystarczy nam determinacji?
Według dostępnych danych pochodzących z otwartych źródeł od początku wojny w Ukrainie zginęło ponad 325 tys. rosyjskich żołnierzy i oficerów. Tylu zidentyfikowano według nazwisk. Łącznie z separatystami oraz najemnikami różnych firm prywatnych, w tym niesławnej grupy „Wagner”, a także łącznie z najemnikami zagranicznymi służącymi w wojskach rosyjskich liczba zabitych przekracza już 400 tys. Sama Rosja uszczupliła się o ok. 370 tys. obywateli. To istotna liczba, bo na rosyjskim rynku pracy brakuje ponad 3 mln ludzi: w przemyśle zbrojeniowym jest ponad 400 tys. wakatów, w przemyśle ogólnym – ponad 390 tys., w handlu – 347 tys., w transporcie i logistyce – 219 tys. wakatów. Jeśli doda się trwale okaleczonych, to nagle okaże się, że Rosja straciła ponad pół miliona potencjalnych pracowników.
Słychać doniesienia, że Stany Zjednoczone naciskają na Ukrainę, aby oddała Rosji pozostałą część obwodu donieckiego w zamian za amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa. 27 stycznia „Financial Times”, powołując się na swoje źródła, napisał, że administracja Trumpa uzależnia udzielenie gwarancji bezpieczeństwa od zgody Ukrainy na pokojowe rozwiązanie, które prawdopodobnie obejmowałoby oddanie Rosji całego terytorium Donbasu (reszty obwodów ługańskiego i donieckiego). Oczywiście oddanie tych terenów nie gwarantuje trwałego pokoju, a jedyne, na co można się z Rosjanami ułożyć, to przerwanie działań zbrojnych w miejscu, gdzie obecnie znajdują się wojska obu stron. Tym bardziej że Moskwa wielokrotnie oszukiwała przy podobnych okazjach i nie ma żadnego powodu, by wierzyć w jakiekolwiek zapewnienia Kremla. Złudzenie, że oddanie ukraińskich terenów doprowadzi do rozwiązania pokojowego, jest wyjątkowo naiwne, zwłaszcza że Rosja oficjalnie mówi, że nie skończy działań, dopóki nie zrealizuje w pełni swoich celów.