1429. dzień wojny. Europa jako federacja czy wariant ukraiński? Co czeka Polskę
Wydaje się, że Europa osiągnęła porozumienie z Donaldem Trumpem w sprawie Grenlandii, co pozwoli skoncentrować się na Rosji i zagrożeniu płynącym ze wschodu. Jest ono realne i gdyby się zmaterializowało, miałoby znacznie gorsze konsekwencje niż utrata Grenlandii na rzecz USA. A to, że Waszyngton zrywa z twardym trzymaniem się zasad zapisanych w Karce Narodów Zjednoczonych, i tak stało się już faktem, bo nawet jeśli swoich gróźb nie zrealizuje teraz, to nadal nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Wstępna umowa z USA polega na poszerzeniu traktatu z 1951 r. o możliwość budowy dodatkowych amerykańskich baz wojskowych na Grenlandii, które być może będą nawet eksterytorialne. Europa również włączy się szerzej w zapewnienie bezpieczeństwa arktycznego, a ponadto na Grenlandii powstanie wspólne dowództwo obrony rejonu o wielonarodowym charakterze, ale z amerykańskim generałem lub admirałem na czele. Naszym zdaniem rozwiązanie jest doskonałe i właściwie ma tylko jedną wadę: amerykański prezydent znów może zmienić zdanie.
Francuska Marynarka Wojenna zatrzymała tankowiec „Grinch” należący do rosyjskiej floty cieni. Tankowiec płynął z Murmańska pod fałszywą flagą Komorów i został zatrzymany na Morzu Śródziemnym, między wybrzeżem Hiszpanii a Maroka. Statek kierował się z ładunkiem ropy naftowej ku Kanałowi Sueskiemu, a dokąd dalej, tego nie wiemy. Został zatrzymany i skierowany na kontrolowane przez Francuzów kotwicowisko, gdzie będzie sprawdzany dalej. Gdyby Europa również zdecydowała się na zatrzymywanie rosyjskich statków floty cieni, Rosja miałaby coraz większe kłopoty.
Ukraińskie drony zaatakowały załadowywany tankowiec w porcie Tamań w Kraju Krasnodarskim. Drony trafiły w aparaturę do przepompowywania ropy naftowej do statku, co wywołało pożar całej instalacji.
Kreml ani o włos nie zmienia swoich pierwotnych celów wojny i nie okazuje publicznie żadnej gotowości do podjęcia znaczących kompromisów w celu zakończenia wojny z Ukrainą. Bloomberg doniósł 21 stycznia, że według niesprecyzowanych źródeł Putin otrzymał projekt planu pokojowego od Dmitrijewa na początku stycznia 2026 r. i że Kreml uznał tę propozycję za znaczący krok naprzód, mimo że nie doprowadziła ona do ostatecznego porozumienia. Ale to tylko słowa, za którymi nie idą żadne czyny. Po prostu Moskwa nie może ustąpić na tym etapie wojny.
Na frontach sytuacja bez większych zmian. Zimowe warunki nie są sprzyjające dla działań ofensywnych i obrona trzyma się twardo, mimo naprawdę morderczych warunków dla żołnierzy.
Czytaj też: Nagła wolta Trumpa w Davos. Europa teraz wygrywa bitwę, ale on jeszcze może być górą
Trzęsienie ziemi w sojuszach
Postawa administracji w Waszyngtonie mocno nas zaskoczyła. Spodziewaliśmy się stopniowego przekazania odpowiedzialności za obronę Europy w ręce państw europejskich. Spodziewaliśmy się, że udział Stanów Zjednoczonych może się ograniczyć do wsparcia obrony Europy kontyngentem lotniczym, wsparciem w zakresie rozpoznania satelitarnego, radioelektronicznego, obserwacji przestrzeni powietrznej samolotami dozoru radiolokacyjnego, w pewnym zakresie także przekazywaniem informacji wywiadowczych (od agentury), analizami rozpoznawczymi, a nade wszystko spełniania roli „arsenału demokracji”, czyli wsparcia w postaci dostaw uzbrojenia i amunicji płynących szerokim strumieniem. Niekoniecznie przekazywanym za darmo, ale może jakoś korzystnie skredytowanym, coś na wzór drugowojennego Lend-Lease Act.
To uważaliśmy za minimum minimum. Nic poniżej nie byliśmy sobie w stanie wyobrazić, a i to tylko w sytuacji, gdy większość amerykańskiej siły militarnej byłaby zaangażowana w działania na Pacyfiku przeciwko Chinom. Amerykańskie możliwości bojowe zostały również znacząco zmniejszone od czasów zakończenia zimnej wojny. Nie jest tak, że tylko Europa się rozbroiła. Dotknęło to także Amerykanów. Przez cały okres 1990–2015, czyli ćwierć wieku rozkosznego letargu świata zachodniego, Siły Zbrojne Stanów Zjednoczonych szły w kierunku działań w niestabilnych krajach trzeciego świata. Dlatego położono nacisk na lekkość (transport powietrzny, koszty utrzymania kontyngentu daleko od kraju), na mobilność, wszystko musiało być „deployable” (mieć możliwość przetransportowania drogą powietrzną), więc nie mogło być ciężkie i dobrze opancerzone.
Spora część tego sprzętu ani tych mobilnych jednostek lekkiej piechoty do działań w warunkach pełnoskalowej wojny z Rosją w ogóle się nie nadawała. Byliśmy więc przygotowani na to, że trzeba będzie wziąć sprawy w swoje ręce w obronie Europy, że będziemy musieli zbudować tu własne zdolności obronne, ale we współpracy z USA, wiele technologii kupując za oceanem. To całkowicie sprawiedliwe i fair.
Tymczasem okazuje się, że musimy polegać na własnych technologiach, własnej produkcji i że kupowanie sprzętu za oceanem może spowodować, że ważne systemy nie będą w ogóle działać, jeśli Amerykanie wykorzystają nieznane nam back doors do zablokowania funkcjonowania niektórych systemów, takich jak wyrzutnie rakietowe czy samoloty bojowe. Zresztą wystarczy odcięcie od wsparcia technicznego oraz dostaw amunicji, by po kilku lub kilkunastu miesiącach wojny zakupiony za oceanem sprzęt stracił swoją dalszą przydatność bojową.
W sytuacji kompletnej nieprzewidywalności obecnej amerykańskiej administracji może się jednak okazać, że o ile nie dojdzie do bezpośredniej konfrontacji (to w ogóle byłoby niewyobrażalne), to jednak całkiem realnym scenariuszem jest to, że możemy nie otrzymać żadnego wsparcia, a nawet coś w rodzaju embarga na uzbrojenie, amunicję i informacje z rozpoznania.
Czytaj też: Zachód, jaki znamy, nie istnieje. Von der Leyen chce nowej niepodległości Europy
Reakcja Europy
Europa zareagowała we właściwy sposób, czyli solidarnością oraz uruchomieniem własnych szerokich programów obronnych, w tym w kierunku pozyskania brakujących możliwości w zakresie rozpoznania, dowodzenia, głębokich uderzeń na teren wroga, obrony przeciwrakietowej i antydronowej. Drugi kierunek to rozwijanie własnych zdolności produkcyjnych na polu zbrojeń, większe zdolności do wytwarzania tak sprzętu, jak i amunicji. Trzeci – to formowanie nowych jednostek, budowa koszar i poligonów, szkolenie żołnierzy zawodowych i rezerwy, zwiększenie liczby miejsc na oficerskich uczelniach wojskowych.
To wszystko potrwa. Ale to słuszny kierunek, obyśmy tylko zdążyli zbudować własne zdolności obronne, najlepiej nie tylko pozwalające nam na prowadzenie skutecznej obrony, ale także na skuteczne odstraszanie Rosjan – tak, by wojny w ogóle uniknąć.
Ale wczoraj pojawił się pierwszy, bardzo konkretny apel wyrażony wprost: zbudujmy niepodległość Europy. Czyli zbudujmy własne, niezależne od nikogo mocarstwo. Można się domyślać, że chodzi o zjednoczoną federację, tak by Portugalczyk myślał o obronie Polski w takich samych kategoriach, jak dziś Wrocławiak myśli o obronie Suwałk. Oczywiście zbudowanie takiej mentalności zajmie pokolenia, ale zbudowanie federacji o ścisłych związkach politycznych, gospodarczych, prawnych i militarnych może zająć zaledwie dekadę. A to już znaczyłoby bardzo wiele.
Takie europejskie państwo, nawet jeśli byłoby dość luźną federacją, z pewnością miałoby szansę na zostanie mocarstwem globalnym. Pozwoliłoby zjednoczonej Europie oprzeć się koncertowi mocarstw i utrzymać suwerenność, pielęgnując własne wartości demokracji, stwarzając warunki dla rozwoju i budowania prosperity, w której ludziom chce się żyć. Do Europy lgnęłyby te państwa, które pragnęłyby podążać tą samą drogą, tworząc wspólną sieć rynków zbytu, wymiany handlowej czy technologicznej.
W tym momencie podstawiono pociąg. Trzeba temu procesowi się bardzo dobrze przyjrzeć, bo jeśli do niego wsiądziemy i załapiemy się jako część nowo tworzonego gracza na arenie międzynarodowej, to mamy zapewnioną przyszłość w dobrym towarzystwie – jeśli oczywiście w ogóle dojdzie do jakiejś europejskiej federalizacji, bo od apelu do realizacji droga bardzo daleka. Ale możemy też pozostać na peryferiach, bo wybierzemy wolność i całkowitą suwerenność. Nikt nikomu niczego nie narzuca. Ale wtedy musimy się liczyć z tym, że będziemy mieć wariant ukraiński.
Czytaj też: Suwerenność na abonament. Rada Pokoju Donalda Trumpa cofa świat do średniowiecza
Wariant ukraiński
Jeśli będziemy poza nową federacją, a dotychczasowa UE umrze śmiercią naturalną, pozostanie nam już tylko przynależność do NATO. Na Amerykanów zapewne nie będziemy mogli liczyć. Jaki mieliby interes w zadzieraniu z Rosją w obronie Polski? America First, więc zadajmy sobie pytanie: jak wpłynęłoby na funkcjonowanie USA przejęcie przez Rosję kontroli nad Polską? Czy byłby to dla nich jakiś poważny cios? Gospodarczy, finansowy; czy ich bezpieczeństwo narodowe byłoby zagrożone? Bilans zysków i strat staje się jasny.
Dotychczasowe bezpieczeństwo transatlantyckie opierało się na przekonaniu obu stron, że istnienie USA i Europy, współpraca, wymiana handlowa, technologiczna, wspólny front wobec wrogów czynią nas wielokrotnie silniejszymi na arenie międzynarodowej. To był oczywisty układ typu win-win, nic nie odbywa się kosztem drugiego. Ale Amerykanie niespodziewanie stracili to przekonanie. Uważają, że Europa jest ich rywalem, że zarabialiby więcej, gdyby nie europejska konkurencja. To błąd, bo sami zawsze będą słabsi. Oczywiście poradzą sobie, ale bardzo dużym kosztem.
Tymczasem nowa europejska federacja, o ile w ogóle powstanie, też sobie poradzi, choć i ona poniesie znaczące koszty. Może o tyle mniejsze od USA, że łatwiej jej będzie przyciągnąć wielu partnerów dzięki znacząco wyższemu soft power: wiarygodności, dotrzymywaniu umów, rozsądnym i wyważonym wypowiedziom swoich przedstawicieli i stałość polityki.
Państwa, które pozostaną poza tym nawiasem, czyli ta część Europy Środkowej, która wybierze samodzielność, polegając jedynie na członkostwie w NATO, może skończyć tak jak Ukraina. Zastanówmy się: na jaki rodzaj pomocy zdecydują się państwa sojusznicze (NATO), tworzące jednak osobną federację? Oczywiście daleko idącą: wyślą mnóstwo broni i amunicji, przekażą dane z rozpoznania, będą szkoliły żołnierzy, ale co do wysłania wojsk do Polski będzie jak z wysłaniem wojsk do Ukrainy. Dopóki się da, dopóki wojna toczy się w Polsce, po co wysyłać wojska? Artykuł piąty nie określa, jakiej pomocy mają udzielić państwa sojusznicze, mają jedynie potraktować napaść na jedno z nich jak napaść na nie same.
Co to znaczy? Ano to, że mogą to potraktować właśnie tak: udzielamy szerokiej pomocy sprzętowej, amunicyjnej, finansowej, informacyjnej, ale wojsk nie wysyłamy, bo po co? Czy warto się angażować w wojnę z Rosją? Niech Polacy walczą, może się uda ich rękoma wykrwawić Rosję na tyle, by dalej nie miała siły iść. A jak już Polska podpisze jakieś zawieszenie broni, tracąc Suwalszczyznę, Mazury, Podlasie i Lubelszczyznę, będzie można wysłać wojska do „zabetonowania” istniejącego rozejmu. Co innego, gdyby Rosja napadła na federację. Tu z natury swojej nie będzie wyjścia, wszak to część ich własnego państwa, a własnego państwa przecież się broni, nie szuka się wymówek.
Tak to wygląda od polityczno-wojskowej strony. A co wybiorą nasi rodacy, to ich wola, i nikt nie może im mówić, czego chcą. Trzeba tylko znać możliwe konsekwencje.