Suwerenność na abonament. Rada Pokoju Donalda Trumpa cofa świat do średniowiecza
Oficjalny komunikat Białego Domu w sprawie powołania Narodowego Komitetu ds. Administrowania Gazą został opublikowany 16 stycznia. W praktyce jednak pomysł ten ma niewiele wspólnego z komponentem narodowym, bo dotyczy terytorium na Bliskim Wschodzie, a nie integralnej części Stanów Zjednoczonych – przynajmniej na papierze. W skład nowego ciała, potocznie nazywanego już przez Donalda Trumpa i światowe media „Radą Pokoju”, wejść ma między innymi jego zięć Jared Kushner, który od kilku miesięcy święci triumfy jako główny amerykański negocjator we wszystkim, co wymaga negocjacji. Poza nim jej członkami mają zostać przyjaciel Trumpa, nowojorski deweloper Steve Witkoff, sekretarz stanu Marco Rubio oraz były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair. Wielkiej sprawczości nie należy jednak przypisywać wymienionym postaciom, bo według opublikowanych informacji pełną kontrolę nad radą i tak będzie sprawować sam Trump, posiadający zdolność usunięcia każdego członka oraz decydowania, czy ustalenia tej instytucji w ogóle będzie brał pod uwagę. W świetle tych doniesień informacja o tym, że sekretarzem rady zostanie były bułgarski minister obrony narodowej i członek Europejskiej Partii Ludowej w Europarlamencie, Nikołaj Mładenow, wydaje się całkowicie wtórna.
Zadaniem rady ma być nadzór nad rekonstrukcją Gazy po wojnie rozpoczętej 7 października 2023 r. Nie wiadomo jednak, na jakiej podstawie, ani w jaki sposób owa rekonstrukcja miałaby się rozpocząć, ani kto byłby realnie odpowiedzialny za jej przeprowadzenie. Z daleka wygląda to po prostu na kolejną transakcję nieruchomościową przeprowadzoną przez Trumpa i jego akolitów. Tworzy nową instytucję niczym radę nadzorczą dla nieistniejącej jeszcze spółki czy funduszu inwestycyjnego. Zaprasza do niej biznesmenów w typie Witkoffa, a potem dodaje Blaira czy szefa Banku Światowego Ajaya Bangę, byłego prezesa MasterCard. A jeśli ktoś inny chce się dołączyć? Cóż, będzie musiał się dołożyć.
Bo Trump, jak wiadomo, niczego w polityce zagranicznej nie robi bez możliwości prywatnego zysku. Portal Semafor poinformował niedawno, że wynoszące pół miliarda dolarów zyski z pierwszej licytacji wenezuelskiej ropy są jak na razie zdeponowane na zagranicznym rachunku bankowym zlokalizowanym w Katarze. Nie wiadomo, czy amerykański budżet federalny zostanie tymi pieniędzmi zasilony, czy czasem nie jest tak, że kontrolę nad nimi sprawuje osobiście Trump – jako Donald Trump, a nie prezydent Stanów Zjednoczonych. Na Radzie Pokoju, którą Kushner na platformach internetowych z uporem nazywa „palestyńskim rządem technokratycznym”, też chce zyskać krocie. Jak wynika z ustaleń Bloomberga, Amerykanie wysłali ponad 60 zaproszeń do różnych krajów i podmiotów międzynarodowych z ofertą dołączenia do nowej instytucji. Kto chce zasiadać w niej przez trzy lata, musi jednak wnieść opłatę członkowską w wysokości miliarda dolarów.
Czytaj też: Ameryka Trumpa kontra Europa. Taktyka ugłaskiwania przegrywa, a Polska jest w kropce
Subskrypcja może zmienić się w haracz
Krótko mówiąc, Trump zaczyna monetyzować uczestnictwo w systemie międzynarodowym. Jak na razie chęć dołączenia do Rady Pokoju wyrazili przywódcy Kazachstanu i Wietnamu, a także premier Węgier Viktor Orbán. Zaproszeni zostali też jednak Władimir Putin i Aleksander Łukaszenka. Ten drugi – według doniesień stacji CBS – ma być wręcz opisywany jako „współtwórca pomysłu” powołania technokratycznej instytucji. Po raz kolejny przekonujemy się, że amerykański prezydent jest w stanie zrobić interes z każdym, kto wydaje się być gotów na wydanie odpowiednio dużych pieniędzy. Zaproszenia zostały bowiem wysłane także do prezydenta Francji Emmanuela Macrona, brytyjskiego premiera Keira Starmera, szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, a także do polskiego prezydenta Karola Nawrockiego. I tu sytuacja zaczyna się komplikować, bo opłata subskrypcyjna może przeistoczyć się w haracz. A kto nie płaci haraczu, ten sprowadza na siebie kłopoty.
Jako pierwsi zaproszenie do uczestnictwa w radzie odrzucili Francuzi. Tamtejszy minister spraw zagranicznych Jean-Noël Barrot w wystąpieniu do francuskich naukowców akademickich stwierdził, że plany Trumpa są „bardzo odległe od zapisów Karty Narodów Zjednoczonych”, a nowa instytucja przyznaje sobie uprawienia głęboko wykraczające poza strukturę rezolucji ONZ nr 2803 z listopada 2025 r., która poparła plan pokojowy Trumpa dla Gazy. Dlatego Paryż nie będzie swoją obecnością legitymizował instytucji, która prawdopodobnie łamie prawo międzynarodowe. Ewidentnie rozwścieczyło to Trumpa, który zagroził wprowadzeniem 200-procentowych ceł na francuskie produkty spożywcze i alkoholowe, dodając, że „wtedy Francuzi na pewno dołączą”. A jak nie dołączą, to nic się nie stanie, bo „Macron zaraz nie będzie już prezydentem”.
Premier Mark Carney poinformował, że Kanada do rady dołączy, ale bez płacenia trzyletniej subskrypcji, bo budżet na pomoc rozwojową nie przewiduje takich wydatków. Nie wiadomo jeszcze, jak zachowa się von der Leyen. Portal POLITICO poinformował we wtorek rano, że jej zaproszenie nie zawierało oferty, a raczej konieczności zapłacenia miliarda dolarów za stałe miejsce. Szefowa Komisji Europejskiej ma podobno konsultować się z przedstawicielami krajów członkowskich, gdyż wysłane jej zaproszenie uznaje za możliwość „reprezentowania całej Wspólnoty Europejskiej". Milczy na razie też polski Pałac Prezydencki, a nad Wisłą panuje gigantyczny chaos informacyjny. Rzecznik MSZ Maciej Wiewiór poinformował, że resort „pośredniczył w przekazaniu zaproszenia” dla Nawrockiego, a szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta Marcin Przydacz twierdzi, że Pałac zasięga w tej sprawie opinii z MSZ. Dodał też, że „to Nawrocki zaproszenie otrzymał i to on będzie na nie odpowiadać”.
Jak jest faktycznie? Chyba nikt nie wie. Jak udało nam się ustalić we wtorek rano, gdy delegacja MSZ była w drodze na Forum Ekonomiczne w Davos, decyzja w tej sprawie należeć będzie do prezydenta i jego otoczenia.
Czytaj też: Misja Europy. Czy scenariusz „bitwy o Grenlandię” jest całkowicie nie do wyobrażenia?
Wojna o radę pokoju
W sprawie Rady Pokoju wybuchają jednak konflikty na wszystkich frontach. Premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu bardzo nie podoba się to, że Trump do swojej nowej instytucji zaprosił przedstawicieli Kataru i Turcji, a więc dwóch krajów wrogo nastawionych do izraelskiej polityki wobec państw arabskich. Nie mówiąc o tym, że – jak wynika z informacji BBC – ani Netanjahu, ani nikt inny z władz izraelskich nie był nawet konsultowany w procesie tworzenia rady. To już wywołało kryzys polityczny na tamtejszej scenie partyjnej, bo lewica zarzuca rządzącej prawicowej koalicji dyplomatyczną niekonsekwencję. Z kolei najwięksi radykałowie w rządzie, jak minister obrony Itamar Ben-Gvir, twierdzą, że „Gaza nie potrzebuje żadnej rady nadzorczej, tylko oczyszczenia z terrorystów Hamasu”. Póki co jedynym przedstawicielem Izraela w amerykańskim projekcie jest mieszkający na Cyprze biznesmen Yakir Gabay.
Nie ma natomiast wątpliwości, że Trump chce ostatecznie dobić powojenny multilateralizm, tworząc prywatną i komercyjną alternatywę dla całego ekosystemu Narodów Zjednoczonych, w tym dla Rady Bezpieczeństwa. Nie trzeba tłumaczyć, że byłaby to alternatywa feudalna, a raczej – dziwna hybryda średniowiecznego feudalizmu, politycznego gangsterstwa i korporacyjnego porządku. Na czele takiego systemu, docelowo pewnie obejmującego cały świat (choć bez wchodzenia w konflikt z Chinami czy Rosją), stałby Trump, król-prezes, imperator-miliarder, decydujący o losie słabszych państw czy pozapaństwowych terytoriów. Wokół niego zasiadałaby rada nadzorcza stworzona z ludzi równie bogatych, która jednak służyłaby jedynie do walidacji jego pomysłów – tak jak najczęściej ma to miejsce w wielkich koncernach, zwłaszcza technologicznych.
Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której Elon Musk czy Mark Zuckerberg tracą kontrolę nad Teslą czy Metą. Tak samo byłoby w przypadku Trumpa. A jeśli ktoś mu się sprzeciwi, potraktuje go przemocą rynkową, jak jedna korporacja drugą. Wojny celne, cenowe, nacisk gospodarczy bezpośrednio połączony z bezpieczeństwem narodowym – oto świat według Trumpa. Suwerenność będzie dostępna w nim w modelu abonamentowym. Biada tym, których nie stać na subskrypcję.