Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Jimmy Lai, ikona walki o demokratyczny Hongkong. Ten wyrok jest jak kara śmierci

Jimmy Lai, jeśli odbędzie całą karę więzienia, na wolność wyjdzie w wieku niespełna 100 lat. Jimmy Lai, jeśli odbędzie całą karę więzienia, na wolność wyjdzie w wieku niespełna 100 lat. Anthony Wallace / AFP / East News
Syn Jimmy’ego Lai twierdzi, że jego ojciec padł ofiarą procesu pokazowego. Jego uwolnienia domaga się wiele państw, podobnie jak organizacje dziennikarskie, które wyrok nazywają ostatnim gwoździem do trumny wolnej prasy w Hongkongu.

Jimmy Lai, ikona walki o demokratyczny Hongkong, kolejne 20 lat spędzi w więzieniu. To najsurowszy wyrok, jaki miejscowy sąd – całkowicie podporządkowany chińskiej partii komunistycznej – wydał na podstawie drakońskich przepisów o bezpieczeństwie narodowym, m.in. w związku z zarzutem kolaboracji z obcymi siłami. Lai ma 78 lat. Jeśli odbędzie pełną karę, wyjdzie na wolność jako niespełna stulatek. Jego bliscy zwracają uwagę, że w praktyce został skazany na karę śmierci.

Jimmy Lai vs. Chiny

„Bolesne i niestety do przewidzenia” – powiedział w BBC Sebastian Lai, syn Jimmy’ego. Twierdzi, że jego ojciec padł ofiarą procesu pokazowego. Na inkwizycyjny charakter sprawy wskazywać ma, utrzymuje Sebastian Lai, torturowanie zeznających świadków. Wiele państw – w tym Wielka Brytania, której jego ojciec jest obywatelem – domagało się uwolnienia. Władze ChRL odbijają piłeczkę, bo ich zdaniem sprawiedliwość w Hongkongu wymierza się niezawiśle. Z kolei kierownictwo polityczne miasta jest wyrokiem w pełni usatysfakcjonowane.

Skazany przebywa więzieniu za całokształt działalności z ostatnich kilkudziesięciu lat. Lai, który nazywa siebie buntownikiem i rewolucjonistą, przez całe aktywistyczne życie liczył się z tym, że pewnego dnia zostanie uwięziony i może już nie wyjść na wolność. Niewiele pomogły mu majątek, pozycja społeczna i brytyjski paszport. Minione pięciolecie spędził w pojedynczej celi, to rezultat wcześniejszych wyroków za oszustwo oraz udział w nielegalnych zgromadzeniach i czuwaniu upamiętniającym ofiary Tiananmen. Przed zatrzymaniem 10 sierpnia 2020 r. uchodził za jedynego miliardera, który w Hongkongu przeciwstawiał się komunistycznym Chinom.

Czytaj też: Koniec pandziej dyplomacji. Jak misie stały się zakładnikami Chin, a japońskie zoo straciło główną atrakcję

Od nędzy do pieniędzy

Urodził się w Kantonie. Jako 12-latek przypłynął do Hongkongu nielegalnie na pokładzie kutra rybackiego. Jego siostra bliźniaczka do miasta przepłynęła wpław. Jak tysiące rodaków – do miasta przybywało wtedy z kontynentu nawet tysiąc osób dziennie – uciekli m.in. przed wielkim głodem, będącym rezultatem nieroztropnej polityki przywódcy partii komunistycznej Mao Zedonga. Zamieszkał w slumsach, żył w skrajnej nędzy, ale nie chodził głodny, co było dla niego pierwszą oznaką wolności.

Znalazł posadę sprzedawcy w fabryce odzieżowej. W dwa lata nauczył się angielskiego. Podczas pobytu w Nowym Jorku (zawiózł tam próbki tkanin) jadł w pizzerii, w której nazwie znalazło się słowo „Giordano”. Na tyle mu się spodobało, że nazwał tak własny biznes. Liczył, że szyte przez niego ubrania zostaną uznane za włoską markę. W latach 90. miał sieć blisko dwustu sklepów. Polityką zainteresował się pod wpływem masakry na Placu Bramy Niebiańskiego Spokoju w czerwcu 1989 r. i oddania Hongkongu Chinom, co Brytyjczycy zrobili osiem lat później. Szył koszulki z hasłami wspierającymi studentów w Pekinie. Branżą medialną zainteresował się za sprawą drugiej żony – dziennikarki, która przeprowadzała z nim wywiad.

Wydawał dziennik „Apple Daily”, który od 1995 r. w tabloidowym, jednostronnym i sensacyjnym stylu upominał się o zachowanie gasnącej autonomii metropolii. Bezkompromisową linię redakcyjną – wzbogaconą o plotki o celebrytach, pismo musiało się przecież sprzedawać – sygnalizowała jedna z reklam promujących tytuł. Wydawca siedzi w ciemnym pomieszczeniu na krzesełku i z jabłkiem na głowie. Wokół stoją zamaskowani mężczyźni, szydzą z Laia i strzelają w jego kierunku z łuków. W kolejnym kadrze bardziej niż syna Wilhelma Tella Lai przypomina św. Sebastiana. I mimo kilkunastu strzał tkwiących w ciele, zdejmuje soczyste jabłko ze swej głowy i ze spokojem się w nie wgryza.

W obronie demokracji

Lai personifikował stan napięć metropolii z ChRL. Łożył na inicjatywy demokratyczne i obywatelskie. Tracił też majątek, już w latach 90. zakazano sprzedaży jego produktów w Chinach kontynentalnych, co zmusiło go do odsprzedania części biznesu. Był celem rozlicznych ataków. Pod jego ufortyfikowanym domem wybuchały ładunki pirotechniczne. Publikowano jego nekrolog. Oskarżano o zdradę i sprzyjanie interesom m.in. Stanów Zjednoczonych. W 2019 r., w apogeum wielkich protestów, ostatnich przed agonią miejscowej demokracji, spotkał się z wiceprezydentem Mikiem Pence'em. Wtedy w Waszyngtonie mówił, że Hongkong toczy wojnę z autorytaryzmem i jest gotowy umrzeć w obronie demokracji.

Międzynarodowe organizacje dziennikarskie też wstawiają się za skazanym. Wzywają do nacisku na ChRL. Wyrok nazywają ostatnim gwoździem do trumny wolnej prasy w Hongkongu. Gwoździem symbolicznym, bo Xi Jinpinga wziął miasto pod totalitarny but, eksterminując wszelkich krytyków. Autokraci – a Xi gra tu w pełnej lidze – mają dobre podstawy, by nie znosić dziennikarzy. Zwłaszcza niezależnych mediów redakcyjnych. Jednak ten model medialny znalazł się w sporym kłopocie, boleśnie odczuwanym niemal w całym demokratycznym świecie. Dziennik „Washington Post”, jedna z najważniejszych i zasłużonych gazet Ameryki, dopiero co zwolnił trzystu dziennikarzy. Rozwiązano dział książkowy, wytrzebiono dział sportowy, zwolniono zagranicznych korespondentów, także w Ukrainie.

„Washington Post” należy do cyfrowego potentata Jeffa Bezosa, właściciela m.in. Amazona. Gdy przed dekadą przejmował gazetę, obiecał ją odratować i nie ingerować w linię redakcyjną. Z początku trzymał się przyrzeczenia, ale później górę zaczęły brać sympatie polityczne i kalkulacje biznesowe Bezosa. Ważyła na tym rosnąca pozycja Donalda Trumpa, kolejnego antyfana wolnej prasy. Czytelnicy odpłynęli od tytułu, uznając, że sprzeniewierza się swojemu etycznemu DNA, wyrażonego w motcie „WP”: „Democracy dies in darkness” („demokracja umiera w ciemności”). W Hongkongu już prawie zgasła, po skazaniu Laia miasto spowił jeszcze gęstszy mrok.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kraj

Węgierska azylantka Patrycja Kotecka. „Są sprawy, które mogą wyjść na jaw. To ją psychicznie rozkłada”

Inteligentna, odporna psychicznie i tajemnicza. Ma wpływy w mediach. Decydowała o tym, co się działo w Ministerstwie Sprawiedliwości. Od niedawna znajduje się pod ochroną węgierskiego rządu. Jaką rolę odgrywa Patrycja Kotecka-Ziobro?

Anna Dąbrowska
29.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną