Jimmy Lai, ikona walki o demokratyczny Hongkong. Ten wyrok jest jak kara śmierci
Jimmy Lai, ikona walki o demokratyczny Hongkong, kolejne 20 lat spędzi w więzieniu. To najsurowszy wyrok, jaki miejscowy sąd – całkowicie podporządkowany chińskiej partii komunistycznej – wydał na podstawie drakońskich przepisów o bezpieczeństwie narodowym, m.in. w związku z zarzutem kolaboracji z obcymi siłami. Lai ma 78 lat. Jeśli odbędzie pełną karę, wyjdzie na wolność jako niespełna stulatek. Jego bliscy zwracają uwagę, że w praktyce został skazany na karę śmierci.
Jimmy Lai vs. Chiny
„Bolesne i niestety do przewidzenia” – powiedział w BBC Sebastian Lai, syn Jimmy’ego. Twierdzi, że jego ojciec padł ofiarą procesu pokazowego. Na inkwizycyjny charakter sprawy wskazywać ma, utrzymuje Sebastian Lai, torturowanie zeznających świadków. Wiele państw – w tym Wielka Brytania, której jego ojciec jest obywatelem – domagało się uwolnienia. Władze ChRL odbijają piłeczkę, bo ich zdaniem sprawiedliwość w Hongkongu wymierza się niezawiśle. Z kolei kierownictwo polityczne miasta jest wyrokiem w pełni usatysfakcjonowane.
Skazany przebywa więzieniu za całokształt działalności z ostatnich kilkudziesięciu lat. Lai, który nazywa siebie buntownikiem i rewolucjonistą, przez całe aktywistyczne życie liczył się z tym, że pewnego dnia zostanie uwięziony i może już nie wyjść na wolność. Niewiele pomogły mu majątek, pozycja społeczna i brytyjski paszport. Minione pięciolecie spędził w pojedynczej celi, to rezultat wcześniejszych wyroków za oszustwo oraz udział w nielegalnych zgromadzeniach i czuwaniu upamiętniającym ofiary Tiananmen. Przed zatrzymaniem 10 sierpnia 2020 r. uchodził za jedynego miliardera, który w Hongkongu przeciwstawiał się komunistycznym Chinom.
Czytaj też: Koniec pandziej dyplomacji. Jak misie stały się zakładnikami Chin, a japońskie zoo straciło główną atrakcję
Od nędzy do pieniędzy
Urodził się w Kantonie. Jako 12-latek przypłynął do Hongkongu nielegalnie na pokładzie kutra rybackiego. Jego siostra bliźniaczka do miasta przepłynęła wpław. Jak tysiące rodaków – do miasta przybywało wtedy z kontynentu nawet tysiąc osób dziennie – uciekli m.in. przed wielkim głodem, będącym rezultatem nieroztropnej polityki przywódcy partii komunistycznej Mao Zedonga. Zamieszkał w slumsach, żył w skrajnej nędzy, ale nie chodził głodny, co było dla niego pierwszą oznaką wolności.
Znalazł posadę sprzedawcy w fabryce odzieżowej. W dwa lata nauczył się angielskiego. Podczas pobytu w Nowym Jorku (zawiózł tam próbki tkanin) jadł w pizzerii, w której nazwie znalazło się słowo „Giordano”. Na tyle mu się spodobało, że nazwał tak własny biznes. Liczył, że szyte przez niego ubrania zostaną uznane za włoską markę. W latach 90. miał sieć blisko dwustu sklepów. Polityką zainteresował się pod wpływem masakry na Placu Bramy Niebiańskiego Spokoju w czerwcu 1989 r. i oddania Hongkongu Chinom, co Brytyjczycy zrobili osiem lat później. Szył koszulki z hasłami wspierającymi studentów w Pekinie. Branżą medialną zainteresował się za sprawą drugiej żony – dziennikarki, która przeprowadzała z nim wywiad.
Wydawał dziennik „Apple Daily”, który od 1995 r. w tabloidowym, jednostronnym i sensacyjnym stylu upominał się o zachowanie gasnącej autonomii metropolii. Bezkompromisową linię redakcyjną – wzbogaconą o plotki o celebrytach, pismo musiało się przecież sprzedawać – sygnalizowała jedna z reklam promujących tytuł. Wydawca siedzi w ciemnym pomieszczeniu na krzesełku i z jabłkiem na głowie. Wokół stoją zamaskowani mężczyźni, szydzą z Laia i strzelają w jego kierunku z łuków. W kolejnym kadrze bardziej niż syna Wilhelma Tella Lai przypomina św. Sebastiana. I mimo kilkunastu strzał tkwiących w ciele, zdejmuje soczyste jabłko ze swej głowy i ze spokojem się w nie wgryza.
W obronie demokracji
Lai personifikował stan napięć metropolii z ChRL. Łożył na inicjatywy demokratyczne i obywatelskie. Tracił też majątek, już w latach 90. zakazano sprzedaży jego produktów w Chinach kontynentalnych, co zmusiło go do odsprzedania części biznesu. Był celem rozlicznych ataków. Pod jego ufortyfikowanym domem wybuchały ładunki pirotechniczne. Publikowano jego nekrolog. Oskarżano o zdradę i sprzyjanie interesom m.in. Stanów Zjednoczonych. W 2019 r., w apogeum wielkich protestów, ostatnich przed agonią miejscowej demokracji, spotkał się z wiceprezydentem Mikiem Pence'em. Wtedy w Waszyngtonie mówił, że Hongkong toczy wojnę z autorytaryzmem i jest gotowy umrzeć w obronie demokracji.
Międzynarodowe organizacje dziennikarskie też wstawiają się za skazanym. Wzywają do nacisku na ChRL. Wyrok nazywają ostatnim gwoździem do trumny wolnej prasy w Hongkongu. Gwoździem symbolicznym, bo Xi Jinpinga wziął miasto pod totalitarny but, eksterminując wszelkich krytyków. Autokraci – a Xi gra tu w pełnej lidze – mają dobre podstawy, by nie znosić dziennikarzy. Zwłaszcza niezależnych mediów redakcyjnych. Jednak ten model medialny znalazł się w sporym kłopocie, boleśnie odczuwanym niemal w całym demokratycznym świecie. Dziennik „Washington Post”, jedna z najważniejszych i zasłużonych gazet Ameryki, dopiero co zwolnił trzystu dziennikarzy. Rozwiązano dział książkowy, wytrzebiono dział sportowy, zwolniono zagranicznych korespondentów, także w Ukrainie.
„Washington Post” należy do cyfrowego potentata Jeffa Bezosa, właściciela m.in. Amazona. Gdy przed dekadą przejmował gazetę, obiecał ją odratować i nie ingerować w linię redakcyjną. Z początku trzymał się przyrzeczenia, ale później górę zaczęły brać sympatie polityczne i kalkulacje biznesowe Bezosa. Ważyła na tym rosnąca pozycja Donalda Trumpa, kolejnego antyfana wolnej prasy. Czytelnicy odpłynęli od tytułu, uznając, że sprzeniewierza się swojemu etycznemu DNA, wyrażonego w motcie „WP”: „Democracy dies in darkness” („demokracja umiera w ciemności”). W Hongkongu już prawie zgasła, po skazaniu Laia miasto spowił jeszcze gęstszy mrok.