Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Koniec pandziej dyplomacji. Jak misie stały się zakładnikami Chin, a japońskie zoo straciło główną atrakcję

Xiao Xiao i jego siostra musieli opuścić tokijskie zoo. Xiao Xiao i jego siostra musieli opuścić tokijskie zoo. Red Pagoda / Shutterstock
Japończycy, wielu z wyraźnym smutkiem i łzami w oczach, pożegnali dwie ostatnie pandy wielkie. Czteroipółletnie bliźnięta Xiao Xiao i Lei Lei wyjechały do Chin. Po kwarantannie trafią do ośrodka w Syczuanie. Prowincji, w której żyje najwięcej przedstawicieli gatunku.

Zgodnie z planem urodzone w Tokio zwierzaki miały polecieć w lutym, ich podroż przyspieszono jednak o miesiąc. Nie podano przyczyn zmiany daty, w związku z tym złożono to na karb dynamicznie pogarszających się stosunków chińsko-japońskich. Punktem wyjścia była listopadowa deklaracja premierki Sanae Takaichi o japońskim wojskowym wsparciu dla Tajwanu w razie chińskiej inwazji. Przywódca Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinping ataku nie wyklucza i daje do zrozumienia, że może nastąpić prędzej niż później. Asertywna retoryka premierki i obserwacja, że zagrabienie demokratycznego Tajwanu zagrozi istnieniu Japonii, przypadła do gustu Japończykom. Sondaże na tyle wysoko poniosły rządzącą partię, że Sanae Takaichi zdecydowała się na przyspieszone wybory.

Koniec normalizacji

Jej słowa nakręciły spiralę. Pekin się oburzył. Ostrzegł obywateli, by nie wybierali się do Japonii. Zwłaszcza w okolicach nowego roku księżycowego, który zaczyna się w połowie lutego. Czyhać ma na nich masa zagrożeń. Wśród nich MSZ wskazuje „coraz częstsze” przestępstwa przeciw Chińczykom i trzęsienia ziemi. Czołowe linie lotnicze kraju – Air China, China Eastern i China Southern Airlines – pozwalają bez kosztów i kłopotów odwoływać lub przekładać rezerwacje lotów do Japonii. Przewoźnicy nie spodziewają się szybkiego ocieplenia, zasady zwrotu biletów obowiązywać mają do 24 października. Dopiero co został ograniczony eksport metali ziem rzadkich, bez których współczesny przemysł nie może się obyć. A tak się składa, że ten japoński sprowadza niezbędne pierwiastki głównie z ChRL. Na to trzeba jeszcze nałożyć nierozwiązane spory terytorialne i nacjonalistyczny rys społeczeństw, by wyszedł głęboki kryzys.

Chińska prasa ostrzega, że jak tak dalej pójdzie, to Japończycy już nigdy żadnej pandy nie dostaną. Po raz pierwszy przyjechały w 1972 r., z okazji normalizacji stosunków obu państw. Od tego czasu przez japońskie ogrody zoologiczne przewinęło się ponad 30 osobników, 15 z nich mieszkało w Ueno. Od początku cieszyły się ogromną popularnością. Tokijskie bliźnięta w ostatniej chwili chciało zobaczyć ponad 108 tys. chętnych. Ogród Ueno wpuścił 4,4 tys. osób.

Czytaj także: „Misja Sprawiedliwości 2025”. Chiny trenują, jak rzucić się na Tajwan. Pomoże Trump czy Japonia?

Pandzia dyplomacja

Choć trudno w to uwierzyć, pandy wielkie do przełomu XIX i XX w. pozostawały praktycznie nieznane. Do tego stopnia, że nie wyeksploatowało ich chińskie cesarstwo. A skoro tak, to gatunek był ideologicznie nieskalany i komuniści mogli go wykorzystać do budowania swojej soft power. Panda doskonale się do tego nadawała. Przypomina żywą przytulankę, jej pysk wygląda jak twarz ludzkiego dziecka, więc wzbudza odruch opiekuńczej troski. Co bywa zwodnicze. Opiekunowie pand przyznają, że trzeba na nie trochę uważać. Sprawiają wrażenie nieporadnych bambusożerców, ale to mimo wszystko zwierzęta drapieżne, które jedynie z ewolucyjnego kaprysu przestawiły się na prawie wyłącznie roślinną dietę. Nadal mają ostre zęby i gdy zechcą, potrafią bardzo dotkliwie pokąsać, zostawiając głębokie rany.

Gdy komuniści otworzyli się na świat, zaczęli dzielić się pandami. Najpierw dawali je w prezencie, od lat 80. w ramach systemu długoletniego użyczania w zamian za wysokie opłaty, sięgające ok. 1 mln dol. Zastrzegli też, że każdy osobnik, także urodzony za granicą, jest własnością chińskiego rządu. Pandy jechały w świat i w ramach tzw. „pandziej dyplomacji” do krajów zaprzyjaźnionych lub potrzebnych – jak Australia, mająca wiele kopalin brakujących Chinom. Były kartą przetargową, np. dwie trafiły do Edynburga w ślad za umowami z Wielką Brytanią, a określającymi zasady handlu łososiami i Land Roverami.

Czytaj także: Po co pandzie wielkiej „panda” pod oczami?

Wysoka cena?

Ogrodom zoologicznym bardzo zależy, by mieć u siebie wybieg z pandami wielkimi. Wszędzie na świecie stają się magnesem dla odwiedzających i mają pozytywny wpływ na gospodarkę miasta. Po wyjeździe Xiao Xiao i Lei Lei Tokio ma utracić równowartość w pierwszych latach po blisko pół miliarda złotych. To pieniądze, które nie zostaną wydane na bilety do zoo, pamiątki z wizerunkami pand, noclegi, posiłki itd. Ogród Ueno przećwiczył brak pandy w 2008 r. Liczba odwiedzających w ciągu roku nie przekroczyła 3 mln, do poziomu nienotowanego przez poprzednie sześć dekad.

A może to cena, którą warto zapłacić? Gatunek nie jest zagrożony, na wolności żyje blisko 2 tys. pand. Ogrody zoologiczne nie są potrzebne do ich przetrwania, co bywa nieodzowne w przypadku zwierząt bliskich wyginięcia. Obecność pand wielkich w zoo jest przedsięwzięciem głównie o charakterze komercyjnym. Nawet nie edukacyjnym, bo – to argument podnoszony przez przyrodników – pandy są tak charyzmatyczne, że bardzo skutecznie odciągają uwagę od pozostałych zwierząt. I na wybiegach, i w stanie dzikim. Choć pewnie niespecjalnie zdają sobie z tego sprawę, w rękach Pekinu stały się narzędziem szantażu i końmi trojańskimi chińskiego komunizmu. Służą przecież do pudrowania twarzy reżimu. Znacznie bardziej szpetnej niż mordka biało-czarnego misia.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Świat

Lęk przed drugą Jałtą. Trzech drapieżców gra już nowy koncert mocarstw? Trudny czas dla Europy i Polski

Amerykańska interwencja w Wenezueli i zapowiedzi Donalda Trumpa o zagarnięciu Grenlandii zapowiadają inny porządek świata. Fatalny dla takich krajów jak Polska.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
13.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną