Pierwsze posiedzenie Rady Pokoju. Globalne „Trump Show” kręci się tylko wokół głównego bohatera
Pierwsze posiedzenie Rady Pokoju. „Trump Show” kręci się tylko wokół głównego bohatera
Zapowiedzi były szumne – a w ślad za nimi pojawiły się niemałe i wcale nie bezzasadne lęki. Kiedy tuż przed Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Donald Trump ogłaszał powołanie Rady Pokoju, nowego wehikułu międzypaństwowego mającego nadzorować powojenną rekonstrukcję Strefy Gazy, świat zareagował mieszanką szoku, strachu i śmiechu. Już na pierwszy rzut oka było bowiem widać, że amerykański prezydent wcale nie nawrócił się na multilateralizm, tylko chce go skomercjalizować. Przedstawione warunki członkostwa w Radzie oraz zasady jej działania od razu pokazały jego intencje. Miliard dolarów za stałe miejsce, uczestnictwo jedynie na zaproszenie, podejmowanie decyzji zwykłą większością głosów, a przede wszystkim – sam fakt, że Trump będzie przewodniczącym rady „nieustannie”, czyli także po zakończeniu przez siebie urzędowania w Białym Domu. Oraz możliwość wyrzucenia dowolnego kraju członkowskiego z rady.
Początkowo do projektu Trumpa zapisały się głównie państwa, którym z demokracją, a zwłaszcza z demokracją liberalną, nie jest po drodze. Węgry, Kazachstan, Wietnam, Białoruś – przywódcy tych państw byli gotowi wziąć udział w przedsięwzięciu natychmiast, Viktor Orbán wystąpił zresztą obok Trumpa na prezentacji idei Rady w Davos. Szybko z kolei zakwestionowali ją przedstawiciele krajów, które są znacznie bardziej przywiązane do idei porządku międzynarodowego opartego na ogólnych, powszechnych i transparentnych zasadach.