Pierwsze posiedzenie Rady Pokoju. Globalne „Trump Show” kręci się tylko wokół głównego bohatera
Pierwsze posiedzenie Rady Pokoju. „Trump Show” kręci się tylko wokół głównego bohatera
Zapowiedzi były szumne – a w ślad za nimi pojawiły się niemałe i wcale nie bezzasadne lęki. Kiedy tuż przed Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Donald Trump ogłaszał powołanie Rady Pokoju, nowego wehikułu międzypaństwowego mającego nadzorować powojenną rekonstrukcję Strefy Gazy, świat zareagował mieszanką szoku, strachu i śmiechu. Już na pierwszy rzut oka było bowiem widać, że amerykański prezydent wcale nie nawrócił się na multilateralizm, tylko chce go skomercjalizować. Przedstawione warunki członkostwa w Radzie oraz zasady jej działania od razu pokazały jego intencje. Miliard dolarów za stałe miejsce, uczestnictwo jedynie na zaproszenie, podejmowanie decyzji zwykłą większością głosów, a przede wszystkim – sam fakt, że Trump będzie przewodniczącym rady „nieustannie”, czyli także po zakończeniu przez siebie urzędowania w Białym Domu. Oraz możliwość wyrzucenia dowolnego kraju członkowskiego z rady.
Początkowo do projektu Trumpa zapisały się głównie państwa, którym z demokracją, a zwłaszcza z demokracją liberalną, nie jest po drodze. Węgry, Kazachstan, Wietnam, Białoruś – przywódcy tych państw byli gotowi wziąć udział w przedsięwzięciu natychmiast, Viktor Orbán wystąpił zresztą obok Trumpa na prezentacji idei Rady w Davos. Szybko z kolei zakwestionowali ją przedstawiciele krajów, które są znacznie bardziej przywiązane do idei porządku międzynarodowego opartego na ogólnych, powszechnych i transparentnych zasadach. Z tego względu, sugerując konflikt pomiędzy mandatem i regulaminem Rady a prawem międzynarodowym, za zaproszenie podziękowali Francuzi, Norwegowie, Hiszpanie, a ostatnio także Stolica Apostolska.
Polska w Radzie Pokoju?
Dość szczególny stosunek do idei Rady miały polskie władze, które długo siedziały okrakiem na barykadzie, przerzucając się odpowiedzialnością za decyzję. Zaproszenie Amerykanie wysłali zgodnie z przewidywaniami do prezydenta Nawrockiego, ale ten zasłaniał się potrzebą uzyskania zgody rządu. Duży Pałac oddelegował pracę analityczną do MSZ, z kolei z al. Szucha dobiegały głosy, że dziennikarze, żeby poznać decyzję Polski, powinni „pytać prezydenta, a nie nas”.
Premier Tusk zachowywał się od początku, jakby zaproszenie do Rady Trumpa było zgniłym jajem, którego w Polsce nie chce, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że nie może być twarzą odrzucenia go – z powodu zbyt wysokich kosztów sprzeciwu wobec Amerykanów. Nawrocki próbował go jeszcze zepchnąć do narożnika, usiłując ponoć wymienić uczestnictwo Polski na stałe bazy wojskowe USA na naszym terytorium, ale po tym wątku ślad na razie zaginął. Pozostał natomiast niesmak, zwłaszcza wśród europejskich partnerów, którzy spodziewali się po Warszawie większej asertywności w obliczu działań amerykańskiej administracji.
26 państw założycielskich
Zaproszenie do rady potwierdził Beniamin Netanjahu, nawet pomimo zdenerwowania z powodu uczestnictwa w niej Turcji i Kataru, czyli krajów, które Izrael postrzega jako sojuszników Hamasu i islamskiego terroryzmu na Bliskim Wschodzie. Formalnego przyjęcia zaproszenia nie ma jeszcze od Władimira Putina, którego Trump też bardzo chciałby w Radzie zobaczyć.
Ostatecznie przed czwartkowym szczytem w Waszyngtonie, na którym Rada ma zostać zainaugurowana, status państwa założycielskiego uzyskało 26 krajów. Jak podaje Al-Jazeera, kolejne dziewięć rozważa uczestnictwo, a co najmniej 14 już odrzuciło zaproszenie amerykańskiego prezydenta. Na szczyt nie przyjedzie też Ursula von der Leyen, choć akurat Komisja Europejska wysyła w roli obserwatora komisarz do spraw śródziemnomorskich Dubravkę Suicę. Jedynie dwa kraje członkowskie Wspólnoty przyjęły indywidualne zaproszenia – oprócz Węgier zrobiła to Bułgaria. W grupie założycielskiej są również Albania i Kosowo, a obserwatorów, w takim samym stylu co Komisja Europejska, wyślą Włochy, Grecja, Cypr i Rumunia. Zwłaszcza w przypadku tego ostatniego kraju ranga delegacji będzie jednak relatywnie wysoka, bo do Waszyngtonu uda się sam prezydent Rumunii Nicusor Dan. W takiej samej roli Polskę reprezentować będzie szef biura polityki międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta Marcin Przydacz.
Znacznie poważniej zaproszenia do Rady potraktowały kraje bliskowschodnie. Pojawią się Bahrajn, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Maroko, czyli tradycyjni sojusznicy Stanów Zjednoczonych. A także m.in. Arabia Saudyjska, która zacieśnia związki gospodarcze z USA także poprzez bezpośrednie, spersonalizowane transakcje z rodziną Trumpa i jego otoczeniem. Do tej listy dopisać można kraje z innych części świata – wspomniane Wietnam czy Kazachstan, ale też Indonezję, Pakistan, Paragwaj czy Salwador, rządzony przez bliskiego sojusznika tej administracji, ultraprawicowego autokratę Nayiba Bukele.
Czytaj też: Riwiera Gaza. Trump odświeża swój (pato)deweloperski pomysł. Ale dziś życie tu jest piekłem
Globalne „Trump Show”
Nie do końca wiadomo, po co w ogóle waszyngtońskie posiedzenie się odbywa. Szczątkowe informacje sugerują, że Trump ma na początku pochwalić się zebraną już kwotą 5 mld dol. od państw członkowskich. Ma ona zostać przeznaczona na odbudowę Gazy po wojnie, choć nie ma szczegółów na temat procesu przyznawania kontraktów, podziału obowiązków i ewentualnych zysków – nie mówiąc o jakimkolwiek uszanowaniu podmiotowości – w tym decyzyjności – mieszkańców samej Gazy. Podobnie ma się sprawa z międzynarodowymi siłami stabilizacyjnymi, które mają zapewniać tam bezpieczeństwo. Na żadnym etapie nie przeprowadzono konsultacji w zakresie ich składu, mandatu ani ewentualnej relacji z Hamasem czy Siłami Obronnymi Izraela (IDF). Jak na razie wygląda to więc na pompatyczną ceremonię, z której niewiele wyjdzie – przynajmniej jeśli chodzi o sprawczość tej instytucji.
Trump, jak to ma w zwyczaju, odtrąbi na pewno ogromny sukces, będzie używał hiperboli i wielkich kwantyfikatorów. Zasięg geograficzny i kapitał finansowy Rady pozostaje jednak bardzo ograniczony, o ewentualnym zastąpieniu ONZ może co najwyżej pomarzyć. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to nie o to w ogóle chodzi. Rada Pokoju nie została powołana, by realizować zadanie zawarte w jej nazwie. To po prostu kolejne narzędzie wywierania wpływu na inne kraje przez samego Trumpa. Niewiele jest w powołaniu takiego podmiotu zbieżności z amerykańskim interesem narodowym, za to sam prezydent może zyskać na wiele sposobów. Dzięki powołaniu Rady umieścił się w samym środku wehikułu pobierania i ewentualnej redystrybucji wielkich środków finansowych, a także politycznej wagi i prestiżu. To on pobiera opłaty, zarządza budżetem, on gloryfikuje, docenia albo upokarza kraje członkowskie. Dlatego jutrzejszy szczyt w Waszyngtonie będzie po prostu pierwszym odcinkiem globalnego „Trump Show”. Niczym w słynnym filmie z Jimem Careyem wszystko kręcić się będzie wokół głównego bohatera. A nic nie będzie tym, czym się wydaje.