Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Rada Pokoju vs Rada Bezpieczeństwa ONZ. Trump ma groźne ambicje. Nawrocki ma dylemat

Donald Trump konstytuuje swoją Radę Pokoju w Davos, 22 stycznia 2026 r. Donald Trump konstytuuje swoją Radę Pokoju w Davos, 22 stycznia 2026 r. Markus Schreiber / Associated Press / East News
Trumpowa Rada Pokoju to zgrabna polityczna propaganda. Czy nieszkodliwa? Zepchnie ONZ na zupełny margines.

Uroczyste powołanie przez Donalda Trumpa nowego organu międzynarodowego – Rady Pokoju – wprawiło sojuszników w niemałe zakłopotanie. Z jednej strony rola sojusznika polega bowiem m.in. na popieraniu poczynań głównej siły sojuszu (a w każdym razie na unikaniu zadrażnień i konfliktów), a z drugiej – trudno z góry godzić się na działania i decyzje organu zarządzanego właściwie jednoosobowo w kierunku trudnym do przewidzenia. Polska ma ów problem nawet w większym stopniu niż inni sojusznicy USA, gdyż na pewno bardziej niż inni musi polegać na wsparciu Ameryki w dziedzinie bezpieczeństwa.

Rada miłująca pokój

Zacznę od żartów politycznych na temat nowej Rady. Pierwszy, ironiczny, pochodzi z Polski. Ktoś wyszukał i rozsyła fotografię czołówki „Trybuny Ludu” z listopada 1950 r. (ówcześnie organu partii kierowniczej w Polsce) o utworzeniu – uwaga – Światowej Rady Pokoju. Ta rada miała być – według przytoczonej opinii wydawanego w Moskwie dziennika „Prawda” – „sztabem zorganizowanego frontu pokoju”. Rosyjski dziennik stwierdzał, iż chodzi o „potężną manifestację niezłomnej woli narodów miłujących pokój”.

Drugi żart z Francji. Pewna francuska witryna zamieściła rysunek: za stołem nakrytym eleganckim suknem, z mikrofonami i na tle mapy świata z gałązkami oliwnymi, siedzą zakapturzone postacie jak w sądzie kapturowym (po angielsku określanym zabawnym terminem kangaroo court). Przewodniczący otwiera posiedzenie Rady Pokoju i mówi: „Niestety musimy pozostać zamaskowani, gdyż niektórzy pośród nas są ścigani za zbrodnie wojenne”.

Oba żarty dotykają głównych problemów z inicjatywami Donalda Trumpa na forum światowym i jego stosunku do Organizacji Narodów Zjednoczonych. Przypomnijmy, że ONZ powstała z inicjatywy amerykańskiej w 1945 r. – dla utrzymania pokoju i ładu na świecie, jako organizacja uniwersalistyczna, otwarta – z czasem – dla wszystkich państw świata. Jednak, wbrew idealistycznej nazwie, narody czy raczej państwa wcale nie są „zjednoczone”, a pokoju i ładu między nimi miał pilnować jedyny organ ONZ z rzeczywistą władzą – to znaczy Rada Bezpieczeństwa.

Czytaj też: Suwerenność na abonament. Rada Pokoju Donalda Trumpa cofa świat do średniowiecza

Trump i koalicja chętnych

Rada – ustanowiona po drugiej wojnie – składa się z pięciu zwycięskich mocarstw: USA, Chin, Rosji, Wielkiej Brytanii i Francji. Już nawet nie chodzi o to, że układ sił dziś na świecie jest inny i łatwo znaleźć teraz kraje większe i silniejsze od ostatnich dwóch. Problem polega na tym, że pierwsze trzy w ten czy inny sposób rywalizują ze sobą, a przysługujące im prawo weta powoduje, że Rada – w całej swej 80-letniej historii – nie położyła kresu żadnej większej krwawej wojnie ani nie rozwiązała żadnego konfliktu na świecie, w którym interesy pierwszych trzech wymienionych mocarstw były sprzeczne.

Doszło nawet do tragikomicznej sytuacji, gdy – już po agresji Rosji – w Radzie Bezpieczeństwa zasiadała również Ukraina. Z tego punktu widzenia Trump ma rację w bezlitosnej krytyce ONZ; organ dowodzący ONZ stracił sens jako sparaliżowany prawem weta i bezsilny. Według prawa, nawet gdyby 192 państwa (do ONZ należy dziś 193) potępiały agresję Rosji, to owe narody „zjednoczone” nic nie mogą jej zrobić.

W tej sytuacji nic dziwnego, że prezydent USA szuka efektywniejszych dróg działania na świecie. I w jego Radzie nie ma żadnego prawa weta, z drugiej strony cała konstrukcja nie opiera się na przyzwoleniu prawa międzynarodowego czy choćby udziale znacznej większości państw świata. W tym sensie inicjatywa Trumpa przypomina tę Radę Pokoju powoływaną przez ZSRR w 1950 r., już w toku zimnej wojny. Mocarstwo gromadzi pod swoim kierownictwem grupę sojuszników i próbuje działać z – jak to dziś się modnie określa – koalicją chętnych.

Początkowo sama ONZ zareagowała pozytywnie na inicjatywę amerykańskiego prezydenta. Sama rezolucja Rady Bezpieczeństwa (nr 2803 z ubiegłego roku) upoważnia nową Radę do wysłania do Strefy Gazy (wojskowych) sił stabilizacyjnych i stworzenia tam rządu tymczasowego. Ale dziś owa amerykańska Rada – jeśli wierzyć jej statutowi opublikowanemu przez „The Times of Israel” – ma dużo szersze cele tożsame z Radą Bezpieczeństwa ONZ, a nawet ambitniejsze – bo zakłada i proklamuje „przywracanie niezawodnych i legalnych rządów” (gdzie?) oraz „zapewnia trwały pokój” (w jaki sposób?).

W opublikowanym statucie Rady o samej Gazie nie ma ani słowa. Za to ambicje szefa Rady, czyli prezydenta Trumpa, widać po inicjatywach i wystąpieniach, jakie podejmuje na różnych obszarach – np. w sprawie Wenezueli czy Grenlandii. Trudno sobie wyobrazić przebieg obrad członków tej Rady – w obecności jej szefa, prezydenta Trumpa – na wymienione tu przykładowo problemy.

Czytaj też: I po odwilży. Trump wywołał furię w NATO. To zemsta, zazdrość czy zapowiedź nowego ataku?

Nawrocki w Radzie Pokoju?

Drugi żart – z tym sądem kapturowym – ilustruje zderzenie z problemem jeszcze trudniejszym. Gdyby Putin zaakceptował zaproszenie i został członkiem Rady, to nie tylko stwarzałoby to ekwilibrystykę protokolarno-dyplomatyczną dla prezydenta Nawrockiego (a jego udział zaleca prezes Kaczyński). Chodziłoby o coś groźniejszego i poważniejszego. Oficjalnie godzilibyśmy się na bezkarność zbrodni wojennych, lekceważenie cierpień milionów – jako na zjawiska naturalne, na które nie możemy nic poradzić. Po prostu są kaci, są ofiary, żyjemy normalnie razem z nimi, życie płynie i co możemy zrobić? No tak jest przecież – powiecie. Ale prawnik i prosty człowiek zapyta wtedy: to dlaczego jak ktoś pobije kogoś na ulicy, to się oburzamy i żądamy sprawiedliwości?

Nie bardzo wierzę w tę nową Radę. Chyba że będzie to forum amerykańsko-rosyjskiej współpracy politycznej i gospodarczej ograniczonej do terytoriów trzecich, której możliwość widzieliśmy na słynnym już spotkaniu Trumpa i Putina na czerwonym dywanie na Alasce. Ale i w takim wypadku udział Polski stwarzałby karkołomne problemy.

I na koniec: tworzeniu Rady towarzyszy wyjście USA z kilkudziesięciu organizacji międzynarodowych, w większości agend ONZ na polu oświaty, edukacji, zdrowia. A ich pożytek – w przeciwieństwie do Rady Bezpieczeństwa – jest niekwestionowany. Bardzo osłabi to współpracę międzynarodową w rozlicznych ważnych dziedzinach. Nowa Rada przecież się tymi sprawami nie zajmie.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Świat

Lęk przed drugą Jałtą. Trzech drapieżców gra już nowy koncert mocarstw? Trudny czas dla Europy i Polski

Amerykańska interwencja w Wenezueli i zapowiedzi Donalda Trumpa o zagarnięciu Grenlandii zapowiadają inny porządek świata. Fatalny dla takich krajów jak Polska.

Tomasz Zalewski z Waszyngtonu
13.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną