Rada Pokoju vs Rada Bezpieczeństwa ONZ. Trump ma groźne ambicje. Nawrocki ma dylemat
Uroczyste powołanie przez Donalda Trumpa nowego organu międzynarodowego – Rady Pokoju – wprawiło sojuszników w niemałe zakłopotanie. Z jednej strony rola sojusznika polega bowiem m.in. na popieraniu poczynań głównej siły sojuszu (a w każdym razie na unikaniu zadrażnień i konfliktów), a z drugiej – trudno z góry godzić się na działania i decyzje organu zarządzanego właściwie jednoosobowo w kierunku trudnym do przewidzenia. Polska ma ów problem nawet w większym stopniu niż inni sojusznicy USA, gdyż na pewno bardziej niż inni musi polegać na wsparciu Ameryki w dziedzinie bezpieczeństwa.
Rada miłująca pokój
Zacznę od żartów politycznych na temat nowej Rady. Pierwszy, ironiczny, pochodzi z Polski. Ktoś wyszukał i rozsyła fotografię czołówki „Trybuny Ludu” z listopada 1950 r. (ówcześnie organu partii kierowniczej w Polsce) o utworzeniu – uwaga – Światowej Rady Pokoju. Ta rada miała być – według przytoczonej opinii wydawanego w Moskwie dziennika „Prawda” – „sztabem zorganizowanego frontu pokoju”. Rosyjski dziennik stwierdzał, iż chodzi o „potężną manifestację niezłomnej woli narodów miłujących pokój”.
Drugi żart z Francji. Pewna francuska witryna zamieściła rysunek: za stołem nakrytym eleganckim suknem, z mikrofonami i na tle mapy świata z gałązkami oliwnymi, siedzą zakapturzone postacie jak w sądzie kapturowym (po angielsku określanym zabawnym terminem kangaroo court). Przewodniczący otwiera posiedzenie Rady Pokoju i mówi: „Niestety musimy pozostać zamaskowani, gdyż niektórzy pośród nas są ścigani za zbrodnie wojenne”.
Oba żarty dotykają głównych problemów z inicjatywami Donalda Trumpa na forum światowym i jego stosunku do Organizacji Narodów Zjednoczonych. Przypomnijmy, że ONZ powstała z inicjatywy amerykańskiej w 1945 r. – dla utrzymania pokoju i ładu na świecie, jako organizacja uniwersalistyczna, otwarta – z czasem – dla wszystkich państw świata. Jednak, wbrew idealistycznej nazwie, narody czy raczej państwa wcale nie są „zjednoczone”, a pokoju i ładu między nimi miał pilnować jedyny organ ONZ z rzeczywistą władzą – to znaczy Rada Bezpieczeństwa.
Czytaj też: Suwerenność na abonament. Rada Pokoju Donalda Trumpa cofa świat do średniowiecza
Trump i koalicja chętnych
Rada – ustanowiona po drugiej wojnie – składa się z pięciu zwycięskich mocarstw: USA, Chin, Rosji, Wielkiej Brytanii i Francji. Już nawet nie chodzi o to, że układ sił dziś na świecie jest inny i łatwo znaleźć teraz kraje większe i silniejsze od ostatnich dwóch. Problem polega na tym, że pierwsze trzy w ten czy inny sposób rywalizują ze sobą, a przysługujące im prawo weta powoduje, że Rada – w całej swej 80-letniej historii – nie położyła kresu żadnej większej krwawej wojnie ani nie rozwiązała żadnego konfliktu na świecie, w którym interesy pierwszych trzech wymienionych mocarstw były sprzeczne.
Doszło nawet do tragikomicznej sytuacji, gdy – już po agresji Rosji – w Radzie Bezpieczeństwa zasiadała również Ukraina. Z tego punktu widzenia Trump ma rację w bezlitosnej krytyce ONZ; organ dowodzący ONZ stracił sens jako sparaliżowany prawem weta i bezsilny. Według prawa, nawet gdyby 192 państwa (do ONZ należy dziś 193) potępiały agresję Rosji, to owe narody „zjednoczone” nic nie mogą jej zrobić.
W tej sytuacji nic dziwnego, że prezydent USA szuka efektywniejszych dróg działania na świecie. I w jego Radzie nie ma żadnego prawa weta, z drugiej strony cała konstrukcja nie opiera się na przyzwoleniu prawa międzynarodowego czy choćby udziale znacznej większości państw świata. W tym sensie inicjatywa Trumpa przypomina tę Radę Pokoju powoływaną przez ZSRR w 1950 r., już w toku zimnej wojny. Mocarstwo gromadzi pod swoim kierownictwem grupę sojuszników i próbuje działać z – jak to dziś się modnie określa – koalicją chętnych.
Początkowo sama ONZ zareagowała pozytywnie na inicjatywę amerykańskiego prezydenta. Sama rezolucja Rady Bezpieczeństwa (nr 2803 z ubiegłego roku) upoważnia nową Radę do wysłania do Strefy Gazy (wojskowych) sił stabilizacyjnych i stworzenia tam rządu tymczasowego. Ale dziś owa amerykańska Rada – jeśli wierzyć jej statutowi opublikowanemu przez „The Times of Israel” – ma dużo szersze cele tożsame z Radą Bezpieczeństwa ONZ, a nawet ambitniejsze – bo zakłada i proklamuje „przywracanie niezawodnych i legalnych rządów” (gdzie?) oraz „zapewnia trwały pokój” (w jaki sposób?).
W opublikowanym statucie Rady o samej Gazie nie ma ani słowa. Za to ambicje szefa Rady, czyli prezydenta Trumpa, widać po inicjatywach i wystąpieniach, jakie podejmuje na różnych obszarach – np. w sprawie Wenezueli czy Grenlandii. Trudno sobie wyobrazić przebieg obrad członków tej Rady – w obecności jej szefa, prezydenta Trumpa – na wymienione tu przykładowo problemy.
Czytaj też: I po odwilży. Trump wywołał furię w NATO. To zemsta, zazdrość czy zapowiedź nowego ataku?
Nawrocki w Radzie Pokoju?
Drugi żart – z tym sądem kapturowym – ilustruje zderzenie z problemem jeszcze trudniejszym. Gdyby Putin zaakceptował zaproszenie i został członkiem Rady, to nie tylko stwarzałoby to ekwilibrystykę protokolarno-dyplomatyczną dla prezydenta Nawrockiego (a jego udział zaleca prezes Kaczyński). Chodziłoby o coś groźniejszego i poważniejszego. Oficjalnie godzilibyśmy się na bezkarność zbrodni wojennych, lekceważenie cierpień milionów – jako na zjawiska naturalne, na które nie możemy nic poradzić. Po prostu są kaci, są ofiary, żyjemy normalnie razem z nimi, życie płynie i co możemy zrobić? No tak jest przecież – powiecie. Ale prawnik i prosty człowiek zapyta wtedy: to dlaczego jak ktoś pobije kogoś na ulicy, to się oburzamy i żądamy sprawiedliwości?
Nie bardzo wierzę w tę nową Radę. Chyba że będzie to forum amerykańsko-rosyjskiej współpracy politycznej i gospodarczej ograniczonej do terytoriów trzecich, której możliwość widzieliśmy na słynnym już spotkaniu Trumpa i Putina na czerwonym dywanie na Alasce. Ale i w takim wypadku udział Polski stwarzałby karkołomne problemy.
I na koniec: tworzeniu Rady towarzyszy wyjście USA z kilkudziesięciu organizacji międzynarodowych, w większości agend ONZ na polu oświaty, edukacji, zdrowia. A ich pożytek – w przeciwieństwie do Rady Bezpieczeństwa – jest niekwestionowany. Bardzo osłabi to współpracę międzynarodową w rozlicznych ważnych dziedzinach. Nowa Rada przecież się tymi sprawami nie zajmie.