Orędzie Trumpa. Najdłuższe w historii, znowu kłamstwa i półprawdy, prawie nic o Ukrainie
Donald Trump pozostał sobą w wygłoszonym we wtorek wieczorem orędziu o stanie państwa. W prawie dwugodzinnym przemówieniu, najdłuższym w historii tych dorocznych prezydenckich wystąpień, wychwalał głównie domniemane sukcesy pierwszego roku swej drugiej prezydentury. Przekonywał słuchaczy, że Ameryka za jego rządów przeżywa najlepsze lata w swej historii i wkroczyła – jak powiedział – w „złoty wiek”.
Problem w tym, że rażąco odbiega to od nastrojów w USA – według sondaży przeważająca większość Amerykanów uważa, że ich kraj zmierza w złym kierunku. Za taki stan rzeczy odpowiadają nie tylko kłopoty materialne, lecz także zniechęcenie sposobem sprawowania urzędu przez prezydenta. Obywatelom nie podoba się celowe zaostrzanie politycznego podziału w kraju, czemu służyły np. brutalne ataki na Demokratów podczas orędzia.
Trump znów przeinacza
W dniu czwartej rocznicy inwazji Rosji na Ukrainę Trump nie miał nic nowego do powiedzenia o toczącej się tam wojnie. Po raz n-ty oświadczył, że „nigdy by do niej nie doszło, gdyby był prezydentem, gdy wybuchła” – ta niedorzeczna mantra tylko potwierdza jego patologiczny narcyzm.
Więcej miejsca poświęcił Iranowi, ponownie deklarując, że nie dopuści do uzbrojenia się reżimu w broń nuklearną. Zmasowane siły amerykańskiej marynarki wojennej w rejonie Zatoki Perskiej i niejasne ostrzeżenia prezydenta wywołały komentarze, że ponowny atak jest prawdopodobnie tylko kwestią czasu. W orędziu Trump oświadczył jednak, że konflikt z reżimem ajatollahów woli rozwiązać w drodze dyplomacji.
Prezydent powtórzył w przemówieniu wszystkie znane z wcześniejszych wystąpień kłamstwa, półprawdy i przeinaczenia na temat amerykańskiej gospodarki. Powiedział, że po swoim poprzedniku Joe Bidenie odziedziczył kraj w totalnym kryzysie, rekordową inflację, bezrobocie i ogromną przestępczość, tymczasem za jego rządów sytuacja w tych dziedzinach radykalnie się poprawiła.
W rzeczywistości poprzednik zostawił mu gospodarkę wydobytą z zapaści po pandemii, pod koniec jego prezydentury wzrost PKB przekraczał 2 proc., inflacja wynosiła 3 proc., a bezrobocie 4 proc. Po roku rządów Trumpa wszystkie te wskaźniki utrzymują się mniej więcej na tym samym poziomie, a bezrobocie nawet ostatnio się zwiększyło. Wprowadzone przez prezydenta wysokie taryfy importowe przyczyniły się do wzrostu cen i masowych zwolnień w wielu firmach.
Za największe realne osiągnięcie Trumpa na arenie krajowej można by uznać tylko uszczelnienie granic, zamkniętych dla nielegalnych imigrantów po okresie chaosu za kadencji Bidena. Restrykcje dotyczące imigracji cieszyły się z początku poparciem większości Amerykanów, ale osłabło, kiedy miasta stały się areną brutalnych aresztowań i deportacji ludzi mieszkających w USA od dawna, pracujących i nie naruszających prawa.
Prezydent chwalił się także zmniejszeniem przestępczości, ale redukcja jej trwa od wielu lat; jest to trend, który wyraźny był również za kadencji Bidena i nie ma wiele wspólnego z polityką Trumpa.
Czytaj też: Pierwsze posiedzenie Rady Pokoju. Trump buduje sobie pomnik, jego megalomania nie zna granic
Pyskówka w Kongresie
Orędzie okazało się kolejną areną ostrej konfrontacji Trumpa z opozycją. Niedługo po rozpoczęciu jego przemówienia służby ochrony Kongresu siłą wyprowadziły z sali demokratycznego kongresmana Ala Greena, który wznosił w górę karton z napisem: „Czarnoskórzy ludzie nie są małpami”. Kilka tygodni temu media ujawniły, że z Białego Domu wyszedł mem przedstawiający Baracka Obamę i jego żonę Michelle jako małpy. Trump odmówił przeproszenia byłego prezydenta za rasistowską obrazę, tłumacząc tylko, że doszło do „błędu” z winy niewymienionego z nazwiska pracownika prezydenckiego biura.
Przemawiając, prezydent zaatakował Demokratów za sprzeciw wobec piętnowania imigrantów jako głównego źródła społecznych patologii i zbrodni oraz za solidaryzowanie się z nimi w „miastach-sanktuariach” rządzonych przez demokratycznych burmistrzów. Doszło w pewnym momencie do prawdziwej pyskówki – rzadko spotykanego widowiska podczas orędzia o stanie państwa.
Kiedy Trump prowokacyjnie wezwał zebranych na sali do powstania z miejsca na znak poparcia tezy, że „pierwszym obowiązkiem amerykańskiego rządu jest ochrona obywateli amerykańskich, a nie nielegalnych cudzoziemców”, demokratyczni posłowie nadal siedzieli, prezydent ich zbeształ, mówiąc, że powinni się wstydzić. W odpowiedzi kilka demokratycznych kongresmanek, na czele z Ilhan Omar i Rashidą Tlaib, zaczęło głośno krzyczeć: „Zabiłeś Amerykanów!” – przypominając w ten sposób o zabójstwie przez agentów ICE dwojga uczestników protestów przeciw łapankom nielegalnych imigrantów w Minneapolis.
Czytaj też: USA już nie są takie super. Czy polska miłość do Ameryki przetrzyma wybryki trumpizmu?
Rozczarowanie Trumpem
Orędzie miało być odpowiedzią Trumpa na najnowsze sondaże, wskazujące na negatywną ocenę jego rządów. Odsetek Amerykanów aprobujących jego dotychczasowy dorobek w drugiej kadencji waha się od 35 do 40 proc., podczas gdy 55 do 60 proc. ocenia go źle. Oznacza to mniej więcej 20-proc. spadek pozytywnych ocen w porównaniu z pierwszymi miesiącami jego prezydentury. Sondaże potwierdzają, że opinie o Trumpie rozkładają się w społeczeństwie zgodnie z jego zaostrzającym się partyjnym podziałem – 85 proc. Republikanów wciąż go popiera, 94 proc. Demokratów krytykuje.
Notowania prezydenta mocno spadły jednak wśród wyborców niezależnych. Zaraz po jego inauguracji w styczniu ub.r. ich nieznaczna większość popierała Trumpa, dziś ok. 70 proc. ocenia go negatywnie. Według sondaży stracił również poparcie około połowy Latynosów, którzy głosowali na niego w wyborach w 2024 r. W orędziu Trump ani jednych, ani drugich nie próbował zjednać, nie wykonał w ich stronę ani jednego gestu.
Szczególnie znaczące jest rozczarowanie polityką w dziedzinach, które zdawały się być jego mocną stroną, jak gospodarka i imigracja. W 2024 r. wygrał wybory, gdyż większość Amerykanów liczyła, że poprawi ich sytuację materialną i popierała zapowiedzi uszczelnienia granic przed nielegalną imigracją.
Po roku rządów tylko 35–40 proc. aprobuje jego politykę ekonomiczną, jeszcze mniej, bo ok. 30–35 proc., dobrze ocenia jak walczy z inflacją i podobny odsetek wystawia mu dobrą ocenę za podwyżki taryf importowych, powszechnie obwinianych za wzrost cen. Polityka imigracyjna podoba się także tylko 36–40 proc. wyborców. Zraziła ich do administracji Trumpa przede wszystkim brutalność akcji aresztowań i deportacji nielegalnych imigrantów.
Wygląda na to, że popierająca prezydenta mniejszość to już tylko trzon jego elektoratu, najwierniejsi fani z ultrakonserwatywnej prawicy, którzy będą go popierać niezależnie od tego, co i jak zrobi. Orędzie było skierowane głównie do nich i do popierającej go wciąż Partii Republikańskiej. Służyły temu ostrzeżenia Trumpa, że jeśli do władzy wrócą Demokraci, znowu „otworzą granice” i przestrogi, że w tegorocznych wyborach połówkowych do Kongresu Demokraci będą oszukiwać. „Oni oszukiwali, bo ich polityka jest tak zła, że tylko oszukując mogą wygrywać wybory”, powiedział. I złowrogo dodał: „Nie dopuścimy do tego”.