Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

1476. dzień wojny. Droga ropa, braki w uzbrojeniu. Tak Iran skomplikował sprawy w Ukrainie

Wojna Ameryki z Iranem to także problem Ukrainy. Wojna Ameryki z Iranem to także problem Ukrainy. Shutterstock
Wojna z Iranem – a właściwie nie wojna, lecz „specjalna operacja wojskowa” – odbija się na obronie Ukrainy przed rosyjską agresją. Oby nie okazała się dla niej gwoździem do trumny.

Ukraiński korespondent Kostantyn Maszowiec poinformował, że nie tylko pod Hulajpolem we wschodniej części Zaporoża ukraińskie wojska prowadzą skuteczne działania zaczepne. Oczywiście zyski terenowe są bardzo niewielkie, ale systematyczne i trwają już od dłuższego czasu. A na to Rosja nie może sobie pozwolić, bo bardzo źle oddziałuje to na rosyjskie morale oraz na pozycję samego Władimira Putina.

Tymczasem według Maszowca ukraińskie wojska przeszły do kontrataku także w rejonie Orichiwa. Na razie rosyjskie Zgrupowanie Wojsk „Dniepr”, w skład którego wchodzi 58. Armia (Południowy Okręg Wojskowy) operująca w zachodniej części obwodu zaporoskiego i chersońskiego, praktycznie wstrzymało działania ofensywne w pobliżu Orichiwa oraz na obszarze na południe od Zaporoża (na zachód od Orichiwa).

Maszowiec podał, że ukraińskie kontrataki na kierunku Riczne–Prymorske (oba na południe od Zaporoża) zmusiły małe grupy rosyjskie do wycofania się z północnej i centralnej części miejscowości Prymorske. Obserwator stwierdził również, że siły ukraińskie wyparły Rosjan z Nowojakoliwki i północnego Łukjaniwśkego (oba na południowy wschód od Zaporoża) oraz odnotował wyparcie sił rosyjskich na południe od Pawliwki (tuż poniżej Nowojakoliwki).

Nie jest to dobra wiadomość dla Rosjan, dla których rok 2026 zaczął się źle. W tym roku Rosjanie stracili więcej terenów w Ukrainie, niż zdobyli. Ponadto od jesieni zeszłego roku uzupełnienia w postaci nowych kontraktów są mniejsze od ponoszonych strat i właściwie Rosjan ratuje jedynie powrót wcześniej rannych ozdrowieńców, którzy bez żadnej rekonwalescencji są kierowani na front.

Jedną z przyczyn niepowodzeń było to, że Rosjanie nie byli w stanie zbudować odpowiednich umocnień na zdobytych zimą terenach, bo zmarznięta ziemia nie poddawała się kopaniu, a późniejsze roztopy zalewały powstające okopy. W rezultacie rosyjscy żołnierze na nowych pozycjach byli relatywnie wyeksponowani.

Rosjanie odgryzają się wściekłymi atakami z powietrza. Ostatniej doby najsilniej atakowane były Charków i Dnipro przy użyciu dronów i pocisków, w tym balistycznych. Ale to wciąż za mało, by złamać ukraińską wolę walki.

Czytaj też: Edward Fishman dla „Polityki”: „Rosyjska gospodarka gnije od środka. Poważna zapaść jest kwestią czasu”

Wojna na wyniszczenie woli

Zarówno Ukraina z Rosją, jak i Iran z USA podjęły bardzo specyficzny rodzaj wojny na wyniszczenie. Nie jest możliwa rywalizacja na zasoby, bo w obu przypadkach są one nieporównywalne. W wojnie za naszą wschodnią granicą wybór wojny na wyniszczenie (zasobów) podjęła Rosja, ale de facto zmierza ona do złamania woli oporu narodu ukraińskiego i podporządkowanie się rosyjskiemu dyktatowi. Ukraina podjęła wyzwanie, wykorzystując jedyną dostępną szansę, jaką jest fakt istnienia pewnej opozycji wobec prezydenta Putina w samych kręgach rosyjskiej władzy.

Kijów działa w taki sposób, żeby tych przeciwników Putina na kremlowskich szczytach maksymalnie rozwścieczyć i wywołać jakąś próbę pałacowego zamachu stanu – lub choć jego realną szansę, by Putin musiał zawrzeć jakikolwiek rozejm w Ukrainie, zajmując się wewnętrznym zagrożeniem dla siebie. Może się zdarzyć, że Putin przegapi niebezpieczeństwo i faktycznie dojdzie do jego obalenia, a władzę przejmą „siłowiki”. Prawdopodobnie wprowadziliby oni powszechną mobilizację ludzi i przemysłu, a to oznacza jedno: od razu wojnę z całym Zachodem. Dla Ukrainy byłoby to zbawienne, ale nie dla nas, dlatego Zachód działa dość ostrożnie, starając się wspierać obronę Ukrainy, ale tak, by Rosja nie została całkiem przyparta do ściany.

Z kolei Iran chce wywołać wszelkie możliwe negatywne skutki dla Stanów Zjednoczonych. Niekoniecznie bezpośrednio, ale na przykład poprzez rozzłoszczenie amerykańskich sojuszników w basenie Zatoki Perskiej. Są to dość kruche sojusze, zawarte wyłącznie na pomoście wzajemnej opłacalności i możliwych korzyści. Jeśli straty wezmą górę, wówczas te sojusze mogą zostać odwrócone. Wzrost cen ropy naftowej również uderza gospodarczo w cały Zachód, choć Amerykanie mają pewne narzędzie, by to złagodzić, na przykład zmuszając Wenezuelę do wzrostu wydobycia, albo co gorsza, rozluźniając sankcje nałożone na Rosję.

Kolejna sprawa to amerykańskie straty, które – choć minimalne – będą występować, co źle działa na popularność obecnej administracji. Najważniejsze jest jednak to, że reżim w Iranie trwa i ani myśli upadać, co dobitnie pokazuje, że można zniszczyć wojskowe możliwości Iranu, ale zdolność do produkcji tanich dronów prawdopodobnie zostanie zachowana, a może także możliwość produkcji rakiet balistycznych.

A to wystarczy, by nękać sąsiednie kraje i wywierać coraz większą presję na USA, co może skłonić ten kraj do wysłania wojsk lądowych do działań w Iranie. A to byłaby już prawdziwa tragedia. W takiej wojnie Amerykanie nie osiągnęliby swoich celów, a ostatecznie zostaliby zmuszeni do wycofania się po poniesionych stratach. Oczywiście dużo mniejszych niż irańskie, ale psychologiczna zdolność do absorbowania strat osobowych w USA jest relatywnie niska w porównaniu z takimi państwami jak Iran.

Okazuje się więc, że we współczesnym świecie zdolność do osiągania celów wojny nie jest wyłącznie wypadkową siły militarnej. Tej ostatniej nikt u Amerykanów zakwestionować nie może, ale okazuje się, że nie zawsze przekłada się ona na zdolność do zbudowania pożądanego stanu środowiska międzynarodowego w danym regionie. Niestety ma to wiele niepożądanych konsekwencji także dla wojny w Ukrainie.

Czytaj też: Iran wystrzeliwuje Szahedy, a Amerykanie swoje kopie Szahedów

Ekonomia wojenna

Każda wojna w Zatoce Perskiej wywołuje wzrost cen ropy naftowej na światowych rynkach i tak jest również tym razem. Rosja, wielki eksporter ropy naftowej, była dotąd uważana za stabilizator cen, ale to się zmieniło w 2022 r. Nawet takie państwa jak Niemcy, dotąd mocno stawiające na tanie surowce energetyczne kupowane od Rosji, zrozumiały, że nie można sprzedawać sznurka komuś, kto w końcu cię na nim powiesi.

Ostatecznie poczucie zagrożenia i zdrowy rozsądek przeważyły nad chęcią zysku, ale był to proces, który zajął nieco czasu. Nie jest bowiem łatwo rezygnować z finansowych korzyści na rzecz bezpieczeństwa. Bo co nam po tych korzyściach, gdy zostaniemy zaatakowani i będziemy walczyć o przeżycie?

Mimo wszystko ceny ropy naftowej stopniowo się stabilizowały: średnia z 2023 r. to 83 dolary, w 2024 r. powoli spadły do 74 dolarów, a w 2025 r. oscylowały wokół 67–70 dolarów za baryłkę. W tym okresie zorganizowano dostawy alternatywne z innych państw, choć niestety Rosjanie znaleźli sposób, by sankcje omijać.

Bezpośredni import ropy naftowej z Rosji do Europy – z poziomu 27 proc. całych zakupów tego surowca przez UE – spadł do poziomu poniżej 3 proc. pod koniec 2025 r. i jest to głównie ropa kupowana przez Węgry i Słowację, a częściowo także przez Czechy. Niestety trudne do oszacowania są zakupy „ukryte”, czyli przez pośredników lub przez mieszanie z ropą naftową innego pochodzenia.

Na przykład Indie odbierają ok. 38 proc. rosyjskiego eksportu ropy naftowej, a po przetworzeniu w indyjskich rafineriach gotowe paliwa są eksportowane do Europy jako produkty indyjskie.

Obecne wzrosty cen ropy naftowej do poziomu 100–110 dolarów za baryłkę to oczywiście złoty biznes dla Rosji, która jest w stanie sprzedawać swoją ropę drożej. W Stanach Zjednoczonych pojawiają się już głosy o rozluźnieniu sankcji, by ustabilizować ceny ropy na rynkach światowych. A to oznacza znaczący zastrzyk pieniędzy dla rosyjskiej gospodarki.

Idzie to pod prąd ukraińskiej kampanii „antynaftowej”, która przez niszczenie zapasów, zdolności produkcyjnych paliw i możliwości ich eksportowania stara się ograniczać rosyjskie zyski z eksportu ropy.

Ale wcale nie to jest najgorsze. Konsekwencje mogą być o wiele groźniejsze z innych powodów.

Czytaj też: Była analityczka Mosadu: Czas, żeby Europa się obudziła. Uspokajanie reżimu rozmowami nic nie da

Dostawy uzbrojenia dla Ukrainy

Zużywanie znacznej ilości kosztownej amunicji w działaniach w Iranie obnaża pewną słabość amerykańskiego podejścia wysokotechnologicznego. O ile bowiem takiej technologicznej potędze nie może przeciwstawić się żaden niewielki przeciwnik na świecie, jak Wenezuela czy Kuba, a wcześniej Irak bądź Libia, to w przypadku państw dużych, gdzie należy zniszczyć znaczną liczbę celów, koszty działań zaczynają być zaporowe.

Potrzeba bowiem do tego olbrzymich ilości kosztownych środków bojowych, które kupowane są – ze względu na swoją cenę – w umiarkowanej ilości. Ich amerykańskie zapasy zostały już naruszone, a to może się przełożyć na wstrzymanie eksportu amunicji do Ukrainy, nawet jeśli płaci za to Unia Europejska. Szczególnie dotkliwe może być zatrzymanie dostaw kierowanych pocisków przeciwlotniczych systemu Patriot, bo to zdecydowanie ograniczy możliwości Ukrainy w zakresie obrony przed rosyjskimi rakietami balistycznymi.

Dlatego amerykański prezydent znów zaczął naciskać na jak najszybsze zawarcie pokoju w Ukrainie. Tyle tylko, że ponownie naciska na prezydenta Zełenskiego, a nie na Putina, od którego faktycznie zależy zakończenie wojny. Ma to dwojaki powód. Po pierwsze, chce mieć problem z głowy. Po drugie, chce mieć pretekst do zerwania zawartych umów na dostawy, bo sam tego uzbrojenia potrzebuje. Zapewne dotyczy to również pocisków kierowanych GMLRS do wyrzutni HIMARS, rakiet balistycznych ATACMS, kierowanych bomb lotniczych itp.

Te wszystkie braki, jeśli faktycznie wystąpią, będą musiały być uzupełnione przez Europę, albo zdolności do obrony Ukrainy znacząco osłabną. To kolejny groźny sygnał – i lekcja także dla nas. Bo jeśli nie uruchomimy produkcji uzbrojenia do amerykańskiej broni w Europie, to gdy z jakichś powodów Amerykanie przestaną dostarczać swoją amunicję, zostaniemy jak Himilsbach z angielskim.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kraj

Nawrocka i Brzezińska-Hołownia, mundurowe emerytki przed 40. Jak to możliwe? Ten system to tabu

Pierwsza dama Marta Nawrocka i niedoszła pierwsza dama Urszula Brzezińska-Hołownia, obie przed czterdziestką, zostały mundurowymi emerytkami. Armia młodych pobierających do końca życia emerytury mundurowe rośnie szybciej niż tych, którzy mają nas bronić. Każdego roku państwo wydaje na nie ponad 30 mld zł. Ten system to tabu.

Joanna Solska
24.02.2026
Reklama