Recenzja płyty: Pink Martini, „Je dis oui!”
Przekraczając bezustannie przeróżne granice, Pink Martini nigdy nie wykraczają poza granice dobrego gustu muzycznego i mistrzowskiego wykonania.
Przekraczając bezustannie przeróżne granice, Pink Martini nigdy nie wykraczają poza granice dobrego gustu muzycznego i mistrzowskiego wykonania.
Proszę posłuchać, jak to jest zagrane: uważnie, z feelingiem, bez niepotrzebnego napięcia, czyli z szacunkiem, ale bez kompleksów wobec czarnych braci z Karaibów czy londyńskiego Brixton.
Album, który dowodzi, że na Wyspach nie wszyscy jeszcze zapomnieli o istnieniu krwistego, zadziornego, brudnego rock and rolla.
Dwupłytowy zapis zorganizowanego w 2014 r. koncertu.
Płyta wielce intrygująca i wbrew tytułowi tylko pozornie chaotyczna.
Pełne rozmachu orkiestrowe tematy eklektycznie mieszają się tu z krótkimi etiudami eksperymentalnymi oddającymi bezgraniczną fantazję oryginału Brzechwy.
33 lata od debiutu zespół przypomniał sobie stare definicje muzyki, którą grał w latach 80.
Solidna porcja pełnego uroku i londyńskiego wdzięku madnessowego grania.
Prawdziwy róg obfitości pełen niepublikowanych nagrań, filmów i, jak zapewnia wydawca, pierwszy raz udostępnionym oficjalnie na CD koncertem „Live at Pompeii”.
Autor buduje swoją pozycję kogoś łączącego środowiskowy aplauz i otwartość ważną dla tych, którzy nie słuchają hip-hopu.
Nagrywa rzadziej i wydaje się bardziej wyrafinowana w ofercie muzycznej niż starsza siostra Beyoncé.
Na tegorocznym festiwalu Tomasza Stańki grają gwiazdy związane z wytwórnią ECM.
Panowie z Opeth przeszli na pozycje kontynuatorów rocka progresywnego rodem z lat 70.
Śledząc karierę tego artysty, nie można się oprzeć wrażeniu, że upływ czasu nie robi na nim żadnego wrażenia.
Dwie nowe płyty z muzyką Pawła Szymańskiego, jednego z najwybitniejszych naszych twórców.
Teksty Fisza są znakomitym walorem całości. Nieagresywnie, ale mądrze i dobitnie.
Album do wielokrotnego słuchania i smakowania, wymagający pewnego skupienia, jakże niezgodnego z narzucanym przez współczesność nakazem bezustannego pośpiechu.
Jak w tytule albumu – piekielny ogień od pierwszej do ostatniej nuty.
Artystka gra z młodzieńczą energią i wrażliwością.
Na płycie organy Hammonda i gitary mieszają się z sekcją dętą i elektroniką, rytmami rockowymi i parkietowymi.