Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

8 lat rządów PiS, czyli „wrogie przejęcie”. Mamy Budapeszt w Warszawie, nie jesteśmy państwem prawa

Prezydent Andrzej Duda wręcza prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu tekę wicepremiera w rządzie Mateusza Morawieckiego. 6 października 2020 r. Prezydent Andrzej Duda wręcza prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu tekę wicepremiera w rządzie Mateusza Morawieckiego. 6 października 2020 r. Krystian Maj / Kancelaria Prezesa RM
Postępujący paraliż sądów i TK, całkowite ubezwłasnowolnienie i upolitycznienie prokuratury, brak pieniędzy na Krajowy Plan Odbudowy z powodu braku praworządności – to efekty ośmioletnich rządów PiS i przystawek w wymiarze sprawiedliwości.

W cyklu analiz „8 lat PiS” dziennikarze i publicyści „Polityki” opisują dwie kadencje rządów Prawa i Sprawiedliwości w najważniejszych obszarach życia publicznego. Spis wszystkich odcinków znajdziecie Państwo na końcu tego artykułu.

Wszystkie te instytucje wypalają się w wewnętrznych konfliktach, tracą zaufanie w kraju i za granicą, coraz mniej sprawnie pracują. Po ośmiu latach rządów Zjednoczonej Prawicy Polska nie jest już państwem prawa. W dziedzinie praworządności mamy „Budapeszt w Warszawie”.

To, co stało się w Polsce od końca 2015 r., sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku prof. Mirosław Wyrzykowski nazywa wrogim przejęciem. Dotyczy nie tylko instytucji państwa, ale też konstytucji. Jej interpretacja przez władzę polityczną, Trybunał niegdyś Konstytucyjny, neosędziów w Sądzie Najwyższym i sądach powszechnych jest sprzeczna z Europejską Konwencją Praw Człowieka, na której konstytucja z 1997 r. była wzorowana. I z prawem Unii, które Polska przyjęła.

Sędzia Żurek: Jeśli ten układ się zabetonuje, nadejdzie mroczna noc

Trybunał Przyłębskiej im się zaciął

Degradacja postępuje, zaś Julia Przyłębska – a z nią władza PiS – straciła kontrolę nad Trybunałem.

Zabieg przejęcia konstytucji był możliwy dzięki przejęciu Trybunału, zwanego odtąd „Trybunałem Przyłębskiej”. Prezes Julia odebrała mu wiarygodność tak skutecznie, że dziś nawet większość wyborców PiS nie uważa go za instytucję niezależną (według niedawnego sondażu pracowni Omnia24 dla „Polityki” zaufanie do niezależności obecnego TK ma 39 proc. wyborców PiS). Przyłębska kieruje Trybunałem, jak chce, odbiera sprawy jednym sędziom, przydziela innym, a jeśli i ci nie gwarantują wyroku pożądanej treści, potrafi skład sądzący zmieniać wielokrotnie. Bywało to tematem oficjalnych protestów najpierw „starych”, a teraz także nowych sędziów i dublerów.

Trybunał Przyłębskiej przez jakieś sześć lat jak maszyna „produkował” wyroki, autoryzując przejmowanie i upolitycznianie kolejnych instytucji państwa. Brał też na siebie ciężar, który w normalnym państwie powinni nieść politycy, wyręczając ich od podejmowania niepopularnych decyzji, jak np. odebranie kobietom prawa do aborcji ze względu na ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu. Pomagał rządowi prowadzić politykę ideologiczną, np. tworzenia faktycznej nierówności wobec prawa osób LGBT+ – tu można wymienić wyrok będący pokłosiem tzw. sprawy drukarza, który odmówił druku plakatu z logo organizacji gejowskiej. Wyrok TK wyeliminował przepis kodeksu wykroczeń, który stał na straży świadczenia usług bez dyskryminacji.

Trybunał Przyłębskiej „zalegalizował” ułaskawienie Mariusza Kamińskiego przez prezydenta Andrzeja Dudę, uznał za niekonstytucyjną ustawę, która nakazywała ujawniać majątki m.in. małżonkom wysokich funkcjonariuszy państwa, dzięki czemu do dziś nie znamy wartości majątku państwa Morawieckich, przepisanego na żonę premiera. Wspomagał antyeuropejską politykę rządu wyrokami „zwalniającymi” władze od obowiązku stosowania się do orzeczeń TSUE czy ETPCz (głównie dotyczyły prześladowań sędziów i upolityczniania sądownictwa). Powołując się na te wyroki Trybunału Przyłębskiej, rząd odmawia wykonywania orzeczeń europejskich trybunałów. To z kolei skutkuje wstrzymaniem miliardów euro na KPO i perspektywą utraty dotacji na mocy mechanizmu „pieniądze za praworządność”.

W styczniu tego roku Trybunał się zaciął, a Przyłębska straciła władzę absolutną. Powodem jest bunt pięciu członków TK, którzy odmawiają orzekania, bo nie uznają legalności prezesowania przez nią po upływie sześciu lat kadencji, którą wyznaczyły przepisy uchwalone przez PiS (Przyłębska twierdzi, że obowiązują ją... poprzednie przepisy). Odtąd nie udało się osądzić żadnej tzw. sprawy pełnoskładowej, bo do tego musi być minimum 11 sędziów z 15. Nie da się nawet osądzić zaskarżonej przez Dudę ustawy zmniejszającej minimum pełnego składu z 11 do dziewięciu sędziów, co miało TK odblokować. Jest też kłopot z wyborem wiceprezesa. Funkcję w lipcu, z końcem kadencji, oddał Mariusz Muszyński, a Zgromadzenie Ogólne Sędziów TK przedłożyło prezydentowi na jego miejsce dwóch kandydatów: buntownika Jakuba Selinę i zaufanego Przyłębskiej Jakuba Sochańskiego. Od ponad dwóch miesięcy prezydent żadnego z nich nie wskazuje.

Tak więc Trybunał niegdyś Konstytucyjny przestał być użytecznym narzędziem władzy politycznej, jego rola jest dziś marginalna. Tym bardziej że od czasu „zreformowania” go przez PiS z roku na rok wydaje mniej wyroków: w zeszłym było ich 14, o 78 proc. mniej niż w 2015 (63). Jedną z przyczyn jest niekierowanie do niego nowych spraw m.in z powodu niepewności, czy wyroki wydane z udziałem tzw. dublerów (jest ich trzech) będą ważne. Takich wyroków do dzisiaj jest 44 proc. (od 2017 r. Trybunał wydał 164 wyroki, z czego 72 z udziałem przynajmniej jednego dublera).

Jeśli opozycja zdobędzie większość w Sejmie, to najwcześniej za dwa lata większość w Trybunale stracą sędziowie obsadzeni przez PiS (w grudniu 2025). Kandydatów na następcę Julii Przyłębskiej wybierze zatem pisowski Trybunał.

Czytaj też: Żałosny schyłek Trybunału Przyłębskiej

Sąd Najwyższy skonfliktowany

Sąd Najwyższy też jest częściowo sparaliżowany – z powodu konfliktu z sędziami pierwszej prezes Małgorzaty Manowskiej, która usiłuje przełamać front odmowy orzekania z neosędziami (oświadczenie o takiej odmowie podpisało rok temu 30 sędziów).

Manowska chce uniemożliwić sędziom orzekanie w sprawach ważnych politycznie i ustrojowo za pomocą „aresztowania” akt spraw (po prostu zabiera je do analizy i przetrzymuje). Skonfliktowała się też z neosędziami, których deleguje do pracy w Izbie Cywilnej, zawalonej m.in. sprawami frankowiczów. Spór przeniósł się na łono neo-KRS, gdzie neosędziowie skarżą decyzje Manowskiej, a rada staje po ich stronie. I sprawy się przewlekają.

Wszystkie Izby, oprócz Izby Pracy, mają już prezesów neosędziów. W tej chwili w SN sędziów jest 43, a neosędziów 48. Do obsadzenia są jeszcze 34 wakaty. Na razie neosędziowie mają przewagę tylko w Izbie Cywilnej i zajmują wszystkie miejsca w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej, która m.in. orzeka o ważności wyborów. W Izbie Pracy i Izbie Karnej są ciągle w mniejszości, ale na czele tej drugiej stoi już od maja neosędzia Zbigniew Karpiński. To kluczowe, bo prezes izby decyduje o przydziale spraw i układa składy sądzące. Jeśli wyznaczy skład mieszany: sędziowsko-neosędziowski, robi się kłopot.

Składy sądzące to dziś sprawa kluczowa w SN. Wyznaczanie składów mieszanych wstrzymuje rozpatrywanie spraw do czasu rozpatrzenia składanych przez sędziów wniosków o zbadanie prawidłowości składu i wyłączenie neosędziów lub zastosowanie wobec nich prezydenckiego „testu bezstronności”, wprowadzonego z nadzieją, że Komisja Europejska uzna to za wystarczający krok na drodze naprawy praworządności i uwolni pieniądze z KPO. „Test bezstronności” jest jednak tak skomplikowany i budzi tyle wątpliwości proceduralnych, że rozpatrywanie takich wniosków praktycznie stoi w miejscu. Sam SN miał ich od zeszłego roku do rozpatrzenia 350 – rozpatrzył zaledwie kilka. Blisko 350 spraw jest zatem zawieszonych.

Sędziowie mają mocne podstawy do odmowy orzekania z neosędziami, bo ważność wyroków wydanych przy ich udziale jest do podważenia na podstawie wyroków międzynarodowych trybunałów i wyroku NSA. Chodzi o wyroki Trybunału Praw Człowieka m.in. w sprawach Dolińska–Ficek, Ozimek i Advance Pharma i o wyroki TSUE kwestionujące prawomocność powołań sędziowskich z udziałem neo-KRS. „Sędzia nie może świadomie naruszać prawa obywateli do sądu i narażać Państwa Polskiego na obowiązek wypłacania wysokich odszkodowań. Zachowanie przeciwne pozostaje w opozycji do obowiązku »stania na straży prawa i praworządności«, o których mowa w przyrzeczeniu sędziowskim” – napisało 30 sędziów SN w październiku zeszłego roku.

Jeśli wybory wygra PiS, ma już przygotowaną ustawę o rozwiązaniu Sądu Najwyższego i przekazaniu jego kompetencji sądom apelacyjnym, z wyjątkiem wybranych spraw, które ma rozpatrywać nowo powołany, elitarny, bo okrojony o 2/3 sędziów nowy SN.

Spektakularna klęska PiS i ziobrowej przystawki

Organizacyjnie władza PiS poniosła spektakularną klęskę: przewlekłość spraw w sądach wszystkich rodzajów i instancji wzrosła w porównaniu z 2015 r., kiedy PiS przejął władzę, z 4,2 miesiąca do 5,5 miesięcy w pierwszym kwartale 2022 (świeższych danych Ministerstwo Sprawiedliwości nie udostępniło).

Natomiast władza osiągnęła pewien „sukces”, jeśli chodzi o kontrolę nad orzecznictwem. Mniej spektakularny niż z Trybunałem Konstytucyjnym, ale jednak. Sędziowie wciąż bronią swojej niezawisłości, ale neosędziów jest coraz więcej – już blisko 30 proc. Jak w PRL władza ma w każdym sądzie i każdym sądowym wydziale zaufanych ludzi na kierowniczych stanowiskach, a także wśród szeregowych sędziów.

Symboliczny jest przykład sędzi Agnieszki Brygidyr-Dorosz, która skazała aktywistkę Justynę Wydrzyńską za pomoc w aborcji (dostarczeniu pigułki poronnej) i tego samego dnia zarządzeniem ministra Zbigniewa Ziobry została delegowana do Sądu Apelacyjnego w Warszawie. Gdy władzy naprawdę mocno zależy na jakiejś sprawie, może doprowadzić do pożądanego rozstrzygnięcia. Jeżeli nie przed sądem powszechnym, to prokurator Ziobro może zaskarżyć wyrok do Izby Kontroli Nadzwyczajnej SN. I z tego chętnie korzysta, także w obronie ludzi bliskich władzy (np. ostatnio na korzyść Rafała Ziemkiewicza i Magdaleny Ogórek skazanych za zniesławienie aktywistki Elżbiety Podleśnej).

Władza walczy o posłuszeństwo też kijem. Klasyczny sposób: postępowania dyscyplinarne. Po wzmożeniu poprzednich lat, kiedy w jednym czasie postępowania dyscyplinarne za obronę niezawisłości miało ponad tysiąc sędziów, a „ustawą kagańcową” (zdyskwalifikowaną przez TSUE) wprowadzono odpowiedzialność dyscyplinarną za treść orzeczeń, w ostatnim czasie takie prześladowania przycichły. Decyzje o zawieszeniu w obowiązkach zostały uchylone przez Izbę Odpowiedzialności Zawodowej, wiele postępowań umorzyli sami rzecznicy dyscyplinarni Ziobry, przede wszystkim Przemysław Radzik. Inne represje, np. w postaci złośliwych przeniesień do innych wydziałów, które dotknęły wielu sędziów, zostały w większości spraw cofnięte (ale nie wycofano się np. z przeniesienia Waldemara Żurka, mimo wyroku TSUE i ETPCz, ani z przeniesienia Piotra Gąciarka). Wcześniej prezesi sądów (szczególnie główny rzecznik dyscyplinarny i prezes Sądu Apelacyjnego w Warszawie Piotr Schab) odmawiali wykonania orzeczeń sądów pracy o przywróceniu sędziów do poprzednich obowiązków.

Skąd to wycofanie? Częściowo z powodu nadziei PiS na pieniądze z KPO, a więc ze złagodzenia „ustawy kagańcowej”. Częściowo ze strachu przed odpowiedzialnością za nadużycie władzy i niedopełnienie obowiązków w razie, gdyby PiS przegrał wybory. W tle jest też konflikt działających do tej pory ramię w ramię rzeczników dyscyplinarnych Piotra Schaba i Przemysława Radzika. Ten drugi został nawet zesłany z Sądu Apelacyjnego w Warszawie do Poznania.

Ale to nie znaczy, że represje wobec niepokornych sędziów ustały. Niektórzy – jak sędzia Żurek – mają ponad 20 postępowań dyscyplinarnych. Aktywna w prześladowaniach jest też neo-KRS: kilka dni temu zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa nadużycia uprawnień przez sędziego SN Włodzimierza Wróbla, które ma polegać na tym, że sądząc kasację od wyroku wydanego przez neosędziego, opartą na zakwestionowaniu jego prawa do sądzenia, wystąpił o akta osobowe. Z kolei sędzia, która skazała nacjonalistkę Marikę za zaatakowanie uczestniczki marszu równości, została przez prezeskę neo-KRS Dagmarę Pawełczyk-Woicką i ministra Ziobrę publicznie skrytykowana, zarządzono też lustrację prowadzonych przez nią spraw.

Kwestionowanie prawa neosędziów do orzekania to coraz powszechniejsza praktyka w sądach powszechnych. Robią to walczący z upolitycznieniem sądownictwa sędziowie, ale przede wszystkim prawnicy: składają wnioski o wyłączenie neosędziów, o test bezstronności, zaskarżają wydane przez nich orzeczenia. Władza oskarża sędziów o sabotowanie wymiaru sprawiedliwości, podczas gdy oni, w imię prawa do rzetelnego sądu, wykonują jedynie wyroki Trybunału Praw Człowieka i Trybunału Sprawiedliwości UE podważające ważność powołania neosędziów.

Jeśli nadchodzące wybory wygra opozycja, najprawdopodobniej zrealizuje propozycję Stowarzyszenia Sędziów Iustitia i cofnie neosędziów na poprzednie stanowiska. Jeśli wygra PiS – prezes/premier Jarosław Kaczyński zapowiedział, że dokończy „reformę” wymiaru sprawiedliwości. Władza pozbędzie się zapewne niepokornych sędziów za pomocą reorganizacji sądownictwa z trzystopniowego na dwustopniowe: sądy okręgowe i apelacyjne. Władza polityczna zdecyduje, którego sędziego gdzie przydzielić do orzekania.

Prokuratura upolityczniona w sposób karykaturalny

Kolejne doniesienia o przestępstwach funkcjonariuszy władzy składane są jako danie świadectwa, bo nikt już nie liczy, że prokuratura się nimi na poważnie zajmie. Bo jeśli się zajmie – jak prokurator Ewa Wrzosek doniesieniem o złamaniu prawa przez premiera Morawieckiego w związku z tzw. wyborami kopertowymi – to takiemu prokuratorowi natychmiast odbiera się sprawę. A do tego – jak w wypadku Wrzosek – robi mu się postępowanie dyscyplinarne.

„Przecież to prokuratura pod moim kierownictwem i nadzorem tę sprawę prowadzi. Gdybyśmy mieli coś do ukrycia, to przecież mógłbym zdecydować, że ta sprawa będzie prowadzona z inną intensywnością, że nie będą kierowane wnioski o tymczasowe aresztowanie, ale właśnie prowadziłem to postępowanie w sposób zdecydowany, bo chciałem wyjaśnić wszystkie okoliczności” – powiedział prokurator Ziobro, pytany o śledztwo w sprawie afery wizowej z udziałem polskiego MSZ. Ta jego szczerość pokazuje zarówno poziom upolitycznienia prokuratury, jak i pewność siebie władzy. Przyznaje się do tego w pełnym poczuciu bezkarności. I bez hipokryzji. Tego oczekuje jej elektorat.

Przypomnijmy: PiS po dojściu do władzy ponownie podporządkował prokuraturę ministrowi sprawiedliwości, a minister/prokurator generalny Zbigniew Ziobro szybko doprowadził do uchwalenia napisanego w jego resorcie prawa o prokuraturze, które daje mu niepodzielną władzę nad prokuratorami i sprawami, które prokuratura prowadzi. Może wydawać polecenia wszczęcia, umorzenia, wnioskowania o areszt tymczasowy, wykonania konkretnych czynności procesowych, postawienia zarzutu lub nie, skierowania aktu oskarżenia czy jakiej kary prokurator ma zażądać. Zlikwidował konkursy na stanowiska kierownicze i teraz może dowolnie powoływać i odwoływać szefów prokuratur, delegować, składać wnioski dyscyplinarne, żądać akt, ujawniać informacje ze śledztwa, odbierać, przydzielać sprawy lub prowadzić je osobiście, jeśli miałby ochotę. A więc cała odpowiedzialność za to, jak działa prokuratura w państwie PiS, spada na niego.

A prokuratura, podobnie jak sądy, pod rządami Ziobry jest mniej sprawna niż przed ośmioma laty pod rządami niezależnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta. W 2014 r. prokuratura wszczynała śledztwo w 12 proc. spraw (licząc od liczby spraw, które wpłynęły w danym roku), w 2022 – w niespełna 8 proc. Reszta: niezałatwiona, prowadzona w formie dochodzenia przez policję, umorzona lub odmówiono jej wszczęcia. Podejrzanych często wsadza się do aresztu, a ich sprawy leżą. Liczba długotrwałych aresztów – powyżej dwóch lat – w 2014 r. wynosiła 474, a w 2022 już 3182, prawie siedmiokrotnie więcej, co pokazuje tempo pracy ziobrowej prokuratury, nader często zadaniowanej politycznie, na czym cierpią zwyczajne sprawy kryminalne.

Powodem małej sprawności prokuratury jest brak rąk do pracy i dezorganizacja w prokuraturach rejonowych z powodu plagi delegacji. Delegacje stosuje się też w ramach szykan (słynne zesłania po kilkaset kilometrów od domu działaczek i działaczy niezależnego stowarzyszenia prokuratorów Lex Super Omnia). A także w ramach awansu (delegacje do prokuratur wyższego szczebla, z Prokuraturą Krajową włącznie). Według odpowiedzi Prokuratury Krajowej na interpelację poselską pod koniec 2017 r. na delegacjach było 789 osób, czyli blisko 13 proc. wszystkich prokuratorów.

Tak jak w sądownictwie – wobec prokuratorów krytykujących nieprawidłowości i egzekwujących niezależność zapisaną także w ziobrowym prawie stosuje się postępowania dyscyplinarne. I wszczyna karne.

Prokuratura bezwstydnie „skręca” śledztwa: chroni władzę, szykanuje opozycję. Na przykład od 2019 r. przewleka śledztwo w sprawie tzw. afery hejterskiej z udziałem – jak donosiły wtedy media – ówczesnego wiceministra Łukasza Piebiaka i sędziów beneficjentów pisowskich zmian w sądownictwie. Będące w posiadaniu prokuratury dowody obciążające rządowego kierowcę w sprawie wypadku premier Szydło w Oświęcimiu uległy zniszczeniu, umorzyła śledztwo w sprawie „głosowania kolumnowego”, „wyborów kopertowych” czy zakupu bezużytecznych respiratorów – to pierwsze z brzegu przykłady chronienia władzy.

Przykłady szykanowania opozycji? Legitymizacja używania przez CBA i ABW systemu inwigilacyjnego Pegasus wobec polityków opozycji i osób z opozycją związanych, wszczynanie lub odświeżanie śledztw przeciwko politykom opozycji startującym w wyborach (nowe zarzuty dla senatora Krzysztofa Brejzy po tym, jak Senat przyjął sprawozdanie komisji ds. Pegasusa, nowe zarzuty dla kandydującego z listy KO Romana Giertycha, żeby odstraszyć go od przyjazdu do Polski), odmowa wszczynania śledztw w sprawie nadużywania przez policję przymusu bezpośredniego i bezprawnego pozbawiania wolności pod pozorem legitymowania wobec opozycji ulicznej. Odmowa śledztwa w sprawie naruszenia nietykalności posłanek opozycji podczas protestów przeciwko zakazowi aborcji czy niekończące się od lat śledztwo przeciw Donaldowi Tuskowi o „zdradę dyplomatyczną” w związku z katastrofą w Smoleńsku.

Całkowitą odpowiedzialność – nie tylko polityczną, ale też prawną – za wszystko, co robi prokuratura, ponosi jej turboszef Zbigniew Ziobro, najdłużej w III RP urzędujący prokurator generalny. Podporządkował sobie prawnie prokuraturę w sposób nieprzyzwoity i niespotykany. A kto ma władzę absolutną, ma absolutną odpowiedzialność. Ziobro przygotował swoją prokuraturę na wypadek wygranej opozycji: uchwalono ustawę, która wszelkie kompetencje prokuratora generalnego przekazuje prokuratorowi krajowemu, którego z kolei nie można odwołać bez zgody prezydenta Dudy. A więc jeśli opozycja powoła nowego ministra sprawiedliwości, to i tak prokuraturą ma rządzić człowiek Ziobry. Ale ustawa jest napisana na kolanie i ma liczne luki. Między innymi takie, że nie odbiera skutecznie kompetencji prokuratorowi generalnemu. Wprawdzie wyposaża w nie prokuratora krajowego, ale to nie oznacza, że straci je generalny. Tak więc to, co zrobił w praktyce nowelizacją prawa o prokuraturze Ziobro, może wywołać tylko chaos decyzyjny i paraliż prokuratury.

Jeśli opozycja wygra, naprawa prokuratury będzie – w porównaniu z innymi instytucjami wymiaru sprawiedliwości – najprostszym zabiegiem ze wszystkich. Do wykorzystania przez nowego prokuratora generalnego będzie przecież wasalizujące prokuraturę ziobrowe prawo. Pozwoli ono nowemu prokuratorowi generalnemu na wymianę służalczych szefów prokuratur na ludzi z kompetencjami i autorytetem, dla których poszanowanie niezależności będzie najważniejszym przykazaniem i podstawowym odruchem. Są jeszcze w prokuraturze ludzie, którzy tę zasadę pamiętają.

Epilog

Władza Zjednoczonej Prawicy przez osiem lat sprywatyzowała i upartyjniła państwo, w tym wymiar sprawiedliwości z prokuraturą, dzięki czemu czuje się bezkarna i nietykalna. Wiele mechanizmów kontrolnych zepsuła, wiele dziedzin życia zrujnowała. Jednak nie bezpowrotnie. Ale powrót do rządów prawa będzie – jak wszystko, co nie jest autorytarne – wymagał spokoju i cierpliwości.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną