Rynek

8 lat rządów PiS. Energetyczny stan przedzawałowy, drogo i ciemno. Sypiemy się

Dziś, tak jak osiem lat temu, w naszym miksie energetycznym króluje węgiel (70 proc. udziału) i tak jak wtedy jest on bardzo drogi. Dziś, tak jak osiem lat temu, w naszym miksie energetycznym króluje węgiel (70 proc. udziału) i tak jak wtedy jest on bardzo drogi. arturnyk1 / PantherMedia
Jaki jest bilans dokonań dwóch kadencji rządu, który nieustannie mówił o bezpieczeństwie energetycznym? PiS, idąc po władzę, zapewniał, że wszystkie problemy energetyki szybko rozwiąże. A toczymy się od kryzysu do kryzysu.

W cyklu analiz „8 lat PiS” dziennikarze i publicyści „Polityki” opisują dwie kadencje rządów Prawa i Sprawiedliwości w najważniejszych obszarach życia publicznego. Spis wszystkich odcinków znajdziecie Państwo na końcu tego artykułu.

Sytuacja, w jakiej znajduje się polska energetyka, pod pewnymi względami przypomina tę, w jakiej była osiem lat temu. Dziś, tak jak wtedy, w naszym miksie energetycznym króluje węgiel (70 proc. udziału) i tak jak wtedy jest bardzo drogi. Tak jak osiem lat temu nie jesteśmy w stanie pokryć zapotrzebowania na energię z krajowych źródeł, więc rośnie import prądu. Tak jak osiem lat temu sypią się stare (dziś jeszcze starsze) bloki w elektrowniach, których nie opłaca się remontować, ale na razie nie ma ich czym zastąpić. I najważniejsze: polska polityka energetyczna tak jak osiem lat temu tworzona jest pod dyktando górników. W ten sposób toczymy się od kryzysu do kryzysu.

Czytaj także: Energetyczne oksymorony Sasina. PiS pogrzebie nas pod węglem, Europa się nie przejmie

8 lat temu i dziś. Pod dyktando górników. Energetyka jądrowa

To górnicy są osią, wokół której wszystko się kręci. Tak było za Tuska, który jak długo mógł, tak długo rolował długi kopalń i uspokajał górników, a wyjeżdżając do Brukseli, zostawił Ewie Kopacz zrewoltowany Śląsk walczący w obronie zamykanych, nierentownych kopalń. Tak jest i dziś, bo choć PiS wbrew wcześniejszym deklaracjom cześć kopalń jednak zamknął, to przekupił górników obietnicą, że reszta będzie pracować, a niektóre nawet do 2049 r. Dziś już widzą, że to obiecanki cacanki, i coraz głośniej protestują, bo tradycyjnie okres przedwyborczy jest najlepszy do protestów. Przy kopalniach jak w latach 2014–15 rosną zwały węgla energetycznego, którego elektrownie nie chcą kupować, bo jest za drogi.

Podobnie jest ze sprawą energetyki jądrowej. Pierwszą jądrówkę niespiesznie i bez przekonania przygotowywano za Tuska. Niewiele się zmieniło. Wprawdzie zapadły rządowe decyzje, ale trwają przygotowania, a pierwsza elektrownia jądrowa funkcjonuje w dwóch rzeczywistościach: medialnej, w której tylko patrzeć, aż zostanie uruchomiona, i tej faktycznej, w której nie dogadano się z dostawcą technologii w sprawach finansowych, więc rozpoczęcie budowy wciąż stoi pod znakiem zapytania.

Czytaj także: Atomówka w każdej gminie. Nikt nam tyle nie da, ile nam PiS obieca

Nawet sprawa małych reaktorów jądrowych, czyli SMR, których budowę zapowiadają Orlen i kilka innych firm, przypomina tę z okresu rządów PO-PSL. Wtedy budować SMR-y zamiast wielkiej elektrowni jądrowej chciał prezes PGE Krzysztof Kilian i za te plany (a także za opór przeciw budowie wielkiego bloku węglowego w Opolu) stracił pracę. Dziś też przedstawiciele rządu mówią o wielu elektrowniach jądrowych, zaś prezes Orlenu Daniel Obajtek o dziesiątkach małych SMR-ów, bo mówienie o atomie nic nie kosztuje. Tak jak za Kiliana, tak i za Obajtka SMR-y są wciąż figurą teoretyczną, bo o małych reaktorach jest wprawdzie w świecie głośno, ale nigdzie jeszcze taki na skalę komercyjną nie działa.

Obok podobieństw są jednak ogromne różnice między 2015 r. a dniem dzisiejszym. Po pierwsze: rząd PO-PSL zostawił kilka wielkich inwestycji energetycznych. Nowe bloki w elektrowniach Opole, Kozienice, Turów i Jaworzno (część była kończona już po 2015) były sposobem na łatanie dziur w bilansie, a dziś nieco poprawiają opłakaną sytuację energetyki. To potężne, wysokosprawne jednostki, wprawdzie węglowe, co już w chwili ich powstawania było przedmiotem krytyki, ale w tamtych czasach nie wydawało się to problemem. To były czasy, gdy uprawnienie do emisji jednej tony CO2 kosztowało kilka euro, więc było kosztem pomijalnym. Panowało przekonanie, że ceny CO2 zbytnio nie wzrosną, choć już wówczas UE nie kryła zamiaru przyspieszenia dekarbonizacji energetyki.

Dziś, gdy obowiązują regulacje Europejskiego Zielonego Ładu i pakietu „Fit for 55”, a cena emisji CO2 przekracza czasem 100 euro za tonę, sytuacja jest całkiem inna. CO2 to najdroższy składnik kosztów wytwarzania prądu. A jeśli doliczymy drogi węgiel, to nic dziwnego, że coraz częściej mamy najdroższą energię w Europie. Logiczne byłoby skoncentrowanie się na inwestycjach w niskoemisyjne źródła energii. Niestety, wiele się o tym mówi, ale niewiele robi.

Czytaj także: Rządowa eksplozja jądrowa. Atom atomem, a rzeczywistość skrzeczy

Budowanie i burzenie

Osiem lat temu PiS, idąc po władzę, zapewniał, że wszystkie problemy energetyki szybko rozwiąże. Wierzył w omnipotencję państwa i to, że węgiel jest naszą polisą bezpieczeństwa energetycznego, bo mamy go na setki lat. Politycy Zjednoczonej Prawicy (zwłaszcza Solidarnej Polski) zapewniali, że przekonają Brukselę, by zrobiono dla Polski wyjątek. Niech inni się dekarbonizują, Polska musi pozostać przy węglu.

Stąd pomysł ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, by w Ostrołęce wybudować kolejny wielki węglowy blok. Kompletnie absurdalny, do tego stopnia, że nawet politycy PiS to dostrzegli. Mimo to budowa się rozpoczęła, więc trzeba ją było przerwać, a co zbudowane – zburzyć. To kosztowało ponad miliard złotych. Budowę przerwał Daniel Obajtek, dziś najpotężniejszy człowiek w państwowej gospodarce, mający ogromny wpływ na politykę energetyczną Polski. Orlen przejął Ostrołękę z zamiarem postawienia tam elektrowni gazowej.

Czytaj także: Ostrołęka C. Dwie wieże PiS do rozbiórki

Tchórzewski to była jedna z większych pisowskich pomyłek w dziedzinie energetyki. Wierzono, że stworzenie Ministerstwa Energii pod jego kierunkiem, które łączyłoby uprawnienia właścicielskie i regulacyjne, sprawi cuda. Nie było cudu, ale same kłopoty. Dlatego w drugiej kadencji PiS zburzono jednak Ostrołękę, pozbywając się przy okazji Tchórzewskiego.

Wyciskanie inwestorów

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił PiS po 2015 r., było „wyciskanie” (tak to nazywali ludzie z ówczesnego Ministerstwa Skarbu) zagranicznych inwestorów z energetyki. Polegało to na wykupywaniu przez państwowe koncerny firm energetycznych należących do zagranicznych właścicieli. „Energetyczne spółki Skarbu Państwa, do których zarządów seriami wysyłano niekompetentnych, wymienianych co kilka miesięcy partyjnych nominatów PiS, zamiast podjąć inwestycje w nowe źródła niskoemisyjne, zajęły się m.in. »polonizacją«, czyli odkupywaniem za wygórowane kwoty bezwartościowych aktywów będących w posiadaniu firm zagranicznych w Polsce. Najlepszymi przykładami takich działań są zakupy aktywów EDF przez PGE za 4,8 mld zł, aktywów ENGIE za 1,3 mld zł przez Eneę oraz przejmowanie deficytowych kopalni węgla” – komentują autorzy raportu Instytutu Obywatelskiego „Polska energetyka pod rządami PiS – drogo, drożej, ciemno”.

Czytaj także: Tak PiS manipuluje cenami. Po wyborach mogą wzrosnąć nawet o 80 proc.

Zagraniczni inwestorzy chętnie sprzedawali swoje polskie aktywa, bo wiedzieli, że nikt inny nie kupi elektrowni czy elektrociepłowni węglowej. Już choćby z tego powodu, że banki wykluczają kredytowanie inwestycji węglowych. I to nawet nie dlatego, że są owładnięte „klimatycznym szaleństwem”, jak lubią mawiać politycy PiS. Po prostu widzą, że dziś węgiel staje się niekonkurencyjnym paliwem, więc ze spłatą mogą być problemy.

Polska na gazie

Dziś zapanowała wiara, że to gaz może zastąpić węgiel w drodze do całkowitej dekarbonizacji, czyli do 2050 r. PiS ma obsesję na punkcie gazu, stąd budowa Baltic Pipe – podmorskiego gazociągu, którym płynie gaz z Norwegii, jedna z niewielu zrealizowanych przez PiS w ciągu tego ośmiolecia dużych inwestycji energetycznych. Gazociąg, obok Gazoportu, zwiększył zdolność importu z Zachodu, i to w samą porę, bo akurat wybuchła wojna w Ukrainie, co radykalnie skomplikowało sytuację energetyczną Polski i Europy.

Ale budowano go też w innym celu, o którym dziś się nie wspomina. PiS zapowiadał, że zamieni Polskę w wielki hub gazowy zaopatrujący naszą część Europy w błękitne paliwo, alternatywne wobec rosyjskiego. To był jeden z elementów projektu Międzymorza i wiary, że Polska będzie energetycznym rozgrywającym w UE. Tymczasem nic z tego nie wyszło i o projekcie energetycznej „Bramy Północnej” ministra Piotra Naimskiego dziś mało kto pamięta. Nie jesteśmy w stanie zmontować w UE koalicji w żadnej energetycznej sprawie, a z sąsiadami mamy na pieńku, czego dowodem był czesko-polski spór toczony przed luksemburskim trybunałem w sprawie kopalni węgla brunatnego w Turowie.

Gazu sami wydobywamy niewiele, importowany jest drogi, a mimo to przybywa projektów elektrowni gazowych. Bo cena gazu niewiele się różni od ceny polskiego węgla, a ponieważ emisja CO2 jest w jego przypadku dużo mniejsza, więc produkcja energii staje się opłacalna. Zwłaszcza w szczytach zapotrzebowania, gdy ceny prądu są najwyższe. Ale i tu więcej się mówi, niż robi. Eksperci Instytutu Obywatelskiego piszą: „Postępująca degradacja spółek energetycznych, w których kontrolne pakiety akcji ma Skarb Państwa, oraz niespotykany wcześniej paraliż decyzyjny powodują, że planowane inwestycje w źródła konwencjonalne (gazowe) są nieadekwatne do potrzeb systemowych. Nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu Ministerstwa Klimatu i Środowiska ma to być poniżej 3 GW nowych mocy do roku 2025”.

Czytaj także: Myszy podgryzają bezpieczeństwo energetyczne Polski

Pozbywanie się prywatnych, głównie zagranicznych, właścicieli z energetyki miało pewien szczególny cel, charakterystyczny dla polityki gospodarczej PiS. Chodziło o stworzenie państwowego monopolu oderwanego od mechanizmów rynkowych. Politycy tej partii wierzą, że ręczne sterowanie pozwoli na rozwiązanie problemów, z jakimi boryka się energetyka. Ale to nie takie proste. Można wprawdzie wymuszać na zarządach państwowych spółek energetycznych nieracjonalne decyzje gospodarcze, można likwidować obowiązek sprzedaży prądu poprzez Towarową Giełdę Energii, można zamiatać pod dywan niektóre problemy. Tyle że w dywanie są coraz większe dziury, więc problemy wysypują się co chwila.

Walka z wiatrakami

Generalnie strategia przez całe osiem lat była taka, by opóźniać transformację energetyki, jak długo się da. Symbolem tego była walka z odnawialnymi źródłami energii (OZE), zwłaszcza wiatrowymi. Walka z wiatrakami to był jeden z głównych punktów programu PiS, do realizacji którego zabrał się z marszu. Zaczęło się przykręcanie śruby farmom wiatrowym, które w 2015 r. dysponowały już niebagatelnym potencjałem 5 tys. MW. Najboleśniejszym uderzeniem było wprowadzenie reguły 10H, czyli zasady, że instalacja wiatrowa nie może powstać, jeśli w promieniu wyznaczonym przez dziesięciokrotność wysokości wiatraka stoją budynki mieszkalne. Przy dość chaotycznej zabudowie w dużej części Polski oznaczało to faktyczny zakaz stawiania nowych instalacji. Dopiero w kwietniu 2023 r. złagodzono te przepisy, wprowadzając zamiast 10H wymóg promienia 700 m wokół wiatraka.

Walka z wiatrakami wyglądała dość śmiesznie, więc PiS zaczął tłumaczyć, że jest za energią wiatrową, ale z morskich farm. Takie mają stawiać państwowe koncerny Orlen i PGE. Długo tłumaczono wyższość morskiego wiatru nad lądowym, tyle że droga do tego morskiego jest odległa i kosztowna, a na lądzie wiatraki już są i może być ich więcej. W efekcie zahamowania rozwoju energetyki wiatrowej branża OZE zareagowała inwestycjami w energetykę fotowoltaiczną i tę wielkoskalową, i tę obywatelską, prosumencką. Tyle że znowu wszystko szybko zaczęło być hamowane, bo zielona energia wymaga inwestycji w sieci przesyłowe i dystrybucyjne. Tu potrzeby są ogromne, ale znów sporo się mówi, a niewiele robi. I brakuje pieniędzy.

Na kłopoty – NABE

Te idą na subsydiowanie cen energii elektrycznej, a także kolejny kosztowny pomysł: NABE. Państwo zamierza wziąć na garnuszek kopalnie i elektrownie węglowe. Rządowa Narodowa Agencja Bezpieczeństwa Energetycznego (NABE) ma przejąć cały obszar energetyki węglowej i prowadzić działalność produkcyjną do chwili, gdy państwowe koncerny nie zapewnią alternatywnej energii ze źródeł odnawialnych i jądrowych.

Problem stanie się dramatyczny po 2025 r., kiedy większość elektrowni węglowych korzystających z tzw. rynku mocy straci do niego prawo. Rynek mocy to rodzaj subsydiów, którymi wspierane są wciąż niezbędne, acz coraz bardziej nierentowne bloki węglowe w elektrowniach. Na te subsydia składamy się wszyscy, płacąc tzw. opłatę mocową w rachunkach za prąd. Unia zezwala na takie subsydia dla instalacji emitujących powyżej 550 kg CO2 na megawatogodzinę (czyli wszystkich instalacji na węgiel kamienny i brunatny), ale tylko do 2025 r.

Czytaj także: O CO2 chodzi? Polska traci na własne życzenie

Ten zły ETS

Po wyborach 2015 politycy PiS jeździli do Brukseli, by przekonywać, że węgiel, zwłaszcza polski, nie jest taki zły. Bez powodzenia. Od 2015 Polska weszła więc na drogę nieustających konfliktów z Komisją Europejską. I to dość dziwacznych, bo przedstawiciele naszego kraju podpisywali się pod dokumentami określającymi kształt polityki energetyczno-klimatycznej UE, z którą się nie zgadzali, więc składali skargi do TSUE. Podobnie było z żądaniami rezygnacji z systemu handlem emisjami (ETS) lub ustaleniami stałych, niskich cen praw do emisji CO2.

Zwłaszcza w ciągu ostatnich lat, gdy po pandemii ceny energii poszły w górę, a potem doszły do tego skutki wojny w Ukrainie. Mówił o tym niedawno Jarosław Kaczyński, przekonując, że dzięki temu energia byłaby tania. Zapomniał dodać, że wpływy ze sprzedaży praw do emisji zasilają polski budżet i powinny być wydatkowane przynajmniej w połowie na inwestycje w energetykę niskoemisyjną. A są dziś przeznaczane na subsydiowanie cen węglowej energii.

Czytaj także: Morawiecki na wojnie z ETS. Droga energia to wina... Tuska

„W perspektywie czterech lat nie istnieją realne możliwości radykalnego wzrostu mocy zainstalowanej w Polsce. (…) To znaczy, że Polska jest nieuchronnie skazana na import energii w latach 2025–28” – piszą eksperci Instytutu Obywatelskiego. Prognozy mówią, że jeśli nie zostanie utrzymany obecny model subsydiowania cen energii elektrycznej, to jej ceny mogą wzrosnąć w przyszłym roku o 70–80 proc. Taki jest bilans dokonań dwóch kadencji rządów, które nieustannie mówiły o bezpieczeństwie energetycznym.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Nauka

Czy istnieją miasta idealne? Nowa Huta warunki spełnia. Warto przyjrzeć się jej bliżej

75-lecie Nowej Huty to okazja do rachunku sumienia dla urbanistów, decydentów i deweloperów. A dla nas – do refleksji, gdzie naprawdę chcielibyśmy mieszkać.

Marcin Skrzypek
09.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną