Recenzja filmu: „Jutro albo pojutrze”, reż. Bing Liu
Film „Jutro albo pojutrze” idealnie oddaje klimat jazdy na deskorolce.
Film „Jutro albo pojutrze” idealnie oddaje klimat jazdy na deskorolce.
Wszystko jest bardzo intrygujące, ale trudno traktować ten film inaczej niż jako rozbieg dla naprawdę obiecującego reżysera filmów grozy.
Interesujący obraz braku wyczulenia na potrzeby dzieci oraz zmian społecznych i literackich związanych z rozwojem kultury obrazkowej.
Przemyślany, wizualnie trzymany w ryzach „Wilkołak” sprawia wrażenie dzieła dojrzałego, świadomie czerpiącego z gatunkowych wzorców, umiejętnie omijającego pułapki stroniącej od psychologicznych niuansów postmodernistycznej sztuki.
„Potrójna granica” ma dobrą obsadę, ale jest filmem niespójnym.
Widz jest więc – który to już raz? – świadkiem upadku amerykańskiego snu, a wraz z nim człowieczeństwa.
W katolickim, konserwatywnym, homofobicznym, nieprzesadnie tolerancyjnym kraju jak nasz takie filmy jak „Girl” stanowią poważne wyzwanie.
Nagrodzone Złotą Palmą w Cannes „Złodziejaszki” są misternym i pełnym tajemnic filmem.
„Kapitan Marvel” to pierwsza z trzech planowanych w tej chwili przez studio filmowe produkcji. Oby w kolejnych miała szansę wykorzystać w końcu w pełni swoje superkobiece supermoce, bo na razie niestety nic takiego nie miało miejsca.
Clint Eastwood ma 88 lat i popiera Donalda Trumpa, więc „Przemytnik” mógł być równie dobrze jego – być może ciężkim do zniesienia – komentarzem dotyczącym problemów z imigrantami i sytuacji ekonomicznej amerykańskiej prowincji.
Szelc pozostawia niedosyt – szczególnie u tych, którzy oczekiwali, że pójdzie w stronę przemyślanego horroru, polskiego Jordana Peele’a.
Film jest nieznośnie patetyczny, a sam ciężar opowieści położony na dumę niezłomnego narodu i patriotyzm.
Główni bohaterowie filmu przedzierają się przez życie niczym Butch Cassidy i Sundance Kid, dostając przy tym finał, na jaki zasługują.
Reżyser w sprawny sposób między najprostsze sytuacje i zdawkowe dialogi rodziny wkłada niewyrażane myśli i uczucia, robi to precyzyjnie i starannie.
Zasługująca na uwagę twórczość pochodzącej z Umbrii reżyserki i scenarzystki Alice Rohrwacher jest u nas prawie nieznana.
Dużą zaletą tego wyprodukowanego przez National Geographic i nagradzanego dokumentu z tegorocznej oscarowej czołówki jest to, że nie szuka wyjaśnień dla sportowej motywacji i braku empatii głównego bohatera.
Już po kilku minutach oglądania filmu nasuwa się nieodparte wrażenie, że radosny infantylizm kina superbohaterskiego w porównaniu z nadętą, nieinteligentną i zawstydzająco żałosną wizją Zemeckisa to są jakieś himalaje ambitnej rozrywki.
Dziecko służy reżyserce do zdemaskowania destrukcyjnej siły tradycji i całego systemu opierającego się na deptaniu ludzkiej godności, utrwalającego nierówności i czerpiącego korzyści z wyzysku i łamania podstawowych wartości.
Reżyser, zaznaczając różnicę między niewinną, mocną miłością a nieefektywnym systemem sprawiedliwości, chce pokazać, że nadzieja i normalność są możliwe nawet w naprawdę trudnej sytuacji życiowej.
Rex lata statkiem kosmicznym z załogą miniaturowych welociraptorów.