Recenzja filmu: „Love Express. Przypadek Waleriana Borowczyka”, reż. Kuba Mikurda
Walerian Borowczyk był postacią tyleż enigmatyczną co niedającą się łatwo zaszufladkować. Na swój sposób tragiczną.
Walerian Borowczyk był postacią tyleż enigmatyczną co niedającą się łatwo zaszufladkować. Na swój sposób tragiczną.
Opowieść o dziewczynie, która radzi sobie z ograniczeniami konserwatywnego wychowania, by móc w pełni kontrolować własną seksualność i korzystać z siły, z jaką może oddziaływać na innych ludzi.
Dystans, idealizm, zanurzone w poczuciu humoru i smutku, najwyższej próby aktorstwo Joanny Kulig i Tomasza Kota.
Nie ma w tym filmie właściwie kobiet, duchów boją się tylko mężczyźni, którzy, co ważne, z przepracowywaniem traum nie radzą sobie wcale.
Złota Kamera za najlepszy debiut na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes.
Trwający od czterech dekad fenomen „Gwiezdnych wojen” gaśnie powoli na naszych oczach.
Reżyserzy chętnie ocierają się o kiczowate wręcz natężenie uczuć, co łączą z rozbuchaniem wizualnym.
Nowa odsłona przygód bohatera z niewyparzoną gębą to klasyczny sequel. Z tym wyjątkiem, że jest co najmniej tak dobry jak pierwszy „Deadpool”.
Reżyser Jason Reitman dobrze łączy sarkastyczne i tragiczne wątki scenariusza.
Najciekawsze w tej opowieści są zaskakujące zmiany intymnej relacji bohaterek – kto kiedy staje się tu czyją ofiarą.
Film dość mocno odbiega od stereotypów z poprzednich komedii o różnicach pokoleniowych.
W „Kochankach jednego dnia” reżyser kontynuuje dzieło nowofalowych mistrzów we współczesnych dekoracjach.
Czarna komedia Armando Iannucciego, adaptacja francuskiego komiksu, nie może zostać pokazana w Rosji.
Film o tym, jak ludzie narzucają zasady i jak trudno przestać się do nich stosować, zwłaszcza jeśli są to niepisane zasady tradycji.
Autor zręcznie w zgodzie ze swoją wizją kina wpisuje historię rebelii przeciwko złej władzy i grożącej światu katastrofie ekologicznej w kontekst Dalekiego Wschodu.
Trudno powiedzieć, czy wszystkie dzieci w kinie na ten piękny i podły slapstick dobrze zareagują.
Złożona z niedomówień i hitchcockowskich aluzji fabuła sprawia wrażenie zanurzonych w podświadomości, nakładających się na siebie snów o tonącej w obłędzie spotworniałej rzeczywistości.
Nowe otwarcie przygód Lary Croft, wysportowanej pani archeolog, nazywanej pierwszą seksbombą gier komputerowych, nie wróży najlepiej.
Szumowska ukazuje Polskę jako kraj frustratów i nieudaczników.
Oglądający film bombardowani są przez dwie godziny setkami nawiązań do przeszłości, a większość z nich tylko miga na ekranie przez milisekundy.