Recenzja filmu: „Wieża. Jasny dzień”, reż. Jagoda Szelc
Film zaczyna się jako nasycony dramat, w pewnym momencie wykonuje woltę gatunkową, by stać się podchodzącym widza horrorem.
Film zaczyna się jako nasycony dramat, w pewnym momencie wykonuje woltę gatunkową, by stać się podchodzącym widza horrorem.
W sumie 47 tytułów, dających pełny wgląd w problematykę podejmowaną przez wybitnego reżysera, której horyzont wyznaczały pytania natury etycznej.
Film efektowny w szczegółach, ale stroniący od efekciarskości, minimalistyczny pod wieloma względami, za to tętniący od rosnącego napięcia i intrygujący.
Obrazy podrzynanych gardeł szokują, ale właśnie dzięki nim dociera prawdziwa groza opisywanej w filmie sytuacji.
Tonya Harding była amerykańską łyżwiarką olimpijską, która w 1994 r. brała udział w próbie przetrącenia kolana swojej głównej rywalki Nancy Kerrigan.
Dwa Złote Globy i pięć oscarowych nominacji to nie przypadek, choć jeśli chodzi o młodzieżową komedię „Lady Bird”, nie zabraknie sceptyków zaskoczonych, o co w ogóle tyle hałasu?
Reżyser buduje napięcie jak w gatunkowym thrillerze, ale pointy poszczególnych scen prowadzą do nieoczywistych wniosków, układają się w ciąg coraz większych zaskoczeń.
Zachwycająca, wnikliwa analiza potrzeby absolutnego kontrolowania swojego podejścia do ludzi i efektów swojej pracy.
Film łączy więc nawiązania do tradycji wielu kultur afrykańskich z elementami afrofuturystycznymi.
Przemoc w rodzinie jest zjawiskiem wstydliwym, lecz niestety powszechnym.
Film łączy tanie chwyty z filmów klasy B z poważnym romansem, jest również próbą powiedzenia czegoś poważnego o funkcjonowaniu poza akceptacją społeczną.
Istotna wypowiedź filmowa na temat odpowiedzialności mediów, zrodzona z obywatelskiej troski.
Gdyby ten pomysł i budżet trafiły w ręce twórcy „Black Mirror”, wyszedłby o klasę lepszy film.
Ambitny, ciekawy melodramat, choć opowiedziany nazbyt dosłownie i intencjonalnie.
Film jest zbiorem zabawnych, absurdalnych anegdot.
Po trwającym nieprzerwanie pół wieku nieznośnym balsamowaniu Godarda niczym lewicowego świętego, wreszcie ktoś odważył się pokazać prawdę.
Dramat o kulturze gwałtu i brutalności w policji połączony z krwawą czarną komedią.
Film Ridleya Scotta, luźno oparty na prawdziwej historii rodziny Gettych, opisanej w książce przez Johna Pearsona, jest niezłym thrillerem, a także dość pobieżnie dotykającą zasad moralnych opowieścią o tym, co jest, a co nie jest na sprzedaż.
Melodramat o przełamywaniu psychofizycznych barier.
Szkoda, że reżyser nie znalazł oparcia w solidnie skonstruowanym scenariuszu, a może po prostu zabrakło mu doświadczenia w sensownym poprowadzeniu aktorów.