Recenzja filmu: „Citizenfour”, reż. Laura Poitras
Siłą filmu nie są nowe informacje, tylko napięcie towarzyszące procesowi ujawniania działań władzy.
Siłą filmu nie są nowe informacje, tylko napięcie towarzyszące procesowi ujawniania działań władzy.
Jedyne, na czym w filmie warto zawiesić oko, to mocno postarzałe twarze dawnych gwiazd: Ellen Burstyn i Harrisona Forda.
Dystans twórców oraz czerpanie z obfitej mitologii popkultury, baśni, a nawet magii podnoszą niewątpliwie atrakcyjność filmu.
Bardzo przyzwoite widowisko, które budując napięcie, stawia przy okazji nieco głębsze pytania.
Męcząca atmosfera krwawej paranoi, wspomagana irracjonalną obecnością złośliwych demonów piskliwymi głosami komentującymi afrykańskie piekło, wciąga od samego początku.
Bywa dziś nazywany Jamesem Bondem Polskiego Państwa Podziemnego, ale chyba nie byłby zadowolony z tego porównania.
Nic szczególnego, poza ujawnieniem głupoty, desperacji i narastającej paranoi naiwnych rewolucjonistów.
Aktorki grają ofiarnie, także w śmiałej jak na polskie normy scenie erotycznej.
Film jest tak przesłodzony, nasączony dobrymi intencjami, że momentami aż nie do zniesienia.
Ten film rozwija się jak kliniczne studium choroby Alzheimera o wczesnym początku – rzadkiej, genetycznie przekazywanej odmiany tej choroby.
Smutny, nieprzygnębiający, wyrazisty, lecz nieprzerysowany obraz przemian mentalności i obyczajów w Ameryce, który warto poznać.
Długie ujęcia, dramaturgia bardziej oddaje nastrój, niż wciąga w wir wydarzeń, prawie w ogóle nie ma dialogów.
Scenariusz jest rozczulająco schematyczny. Mógłby go napisać niezbyt ambitny student zrzynający bez skrupułów pomysły od Johna le Carré i Roberta Ludluma.
Piękna, delikatna więź matki z córką oraz toksyczna żony z mężem.
Film skierowany do wybranej widowni ma konstrukcję otwartą, dzieli się na epizody.
Nad pełnym rozmachu widowiskiem wyraźnie ciąży ideał wielokulturowości i etnicznego pojednania.
Prawdziwy melodramat o dojrzałych, starszych ludziach, którzy próbują poukładać swoje życie na nowo.
Kino familijne w dobrym wydaniu, z nieprzemijającym przesłaniem, że dobro bywa nagradzane, a zło ukarane i każdy może kiedyś zostać zaproszony na bal, który odmieni jego życie.
Kreacjoniści mogą odetchnąć, chorzy na raka też.
Mamy mocnego kandydata do przyszłorocznych Oscarów.