Recenzja książki: Joanna Ostrowska, „Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej”
Autorka pierwsza w Polsce sięga po historie przymusowych pracownic seksualnych w czasie II wojny światowej.
Autorka pierwsza w Polsce sięga po historie przymusowych pracownic seksualnych w czasie II wojny światowej.
Możemy ten zbiór migawek, obserwacji, miniatur czytać jako krytykę społeczeństwa, studium przemocy zadawanej kobietom, bo większość pacjentek nie jest tak szalona, żeby nie pamiętać, czego zaznały.
Książka mrozi krew w żyłach niczym powieść sensacyjna, obfituje w zwroty akcji, naturalistyczne opisy. Niestety, to nie fikcja, ale literatura faktu.
Wywód Beard jest bardzo przekonujący, ma tylko jedną wadę: kończy się zbyt szybko i pozostawia niedosyt.
Główni bohaterowie nie pamiętają okresu wojennego na tyle, by opowiedzieć więcej, nikt też wprost nie chce opowiadać o dobrowolnych relacjach seksualnych z Niemcami, bo to chyba najsilniejsze kulturowe tabu.
Jest to książka, którą doceni amator popularnej kultury amerykańskiej.
Ekspert od Boga i upadku komuny. Intuicjonista, do którego przylgnęła łatka intelektualisty. Polski Bergman. Dla każdego Kieślowski jest trochę inny.
Autorka nie orientalizuje i traktuje Eskimosów na serio. A oni odwzajemniają się niesamowitymi opowieściami.
Los Thomasa Manna czasem porównuje się z losem Marleny Dietrich – oboje w czasie wojny zaangażowali się przeciwko Trzeciej Rzeszy, krytykowano ich jednak za to, że wybrali emigrację.
Bezimienne włókniarki mają wreszcie żeńską końcówkę i skrawek opowieści.
Zbiór listów Ewy Lipskiej i Stanisława Lema z przepastnych rodzinnych archiwów wydobył syna pisarza Tomasz. Początek tej korespondencji to rok 1983.
Właśnie ukazał się po polsku pierwszy wybór wierszy Rae Armantrout, laureatki Nagrody Pulitzera z 2009 r.
Pierwszy tom w polskim przekładzie, trzyma się faktów i chronologii nie gorzej niż książki opowiadające o tamtym okresie.
Głos Rebeki Solnit jest dobrze słyszalny w USA, w Polsce też coraz lepiej. I tak się składa, że jej książki, choć ukazują się u nas długo po premierze, trafiają w najwłaściwszy moment.
To raptem 200 stron. Dość jednak, by wstrząsnąć czytelnikiem tak, jak wstrząsnęły prace Jana Tomasza Grossa.
Niektóre opowieści zebrane w tym tomie to metafory czy przypowieści, choć wszystkie łączy bardzo osobisty ton.
Czytelnik może mieć poczucie chaosu i przypadkowości.
Tę książkę można czytać na wyrywki, bo tekstów jest bardzo dużo i nie wszystkie są tak samo zajmujące.
Powieść Rylskiego pokazuje mechanizmy rozkładu i siły destrukcji tkwiące w ludziach, szkoda, że w formie tak manierycznej.
Michał Wójcik dokonał rzeczy niemal niemożliwej.