Społeczeństwo

Ideologiczne piekiełko wokół in vitro trwa już 31 lat

Embriolog podczas pracy w laboratorium komórek jajowych Embriolog podczas pracy w laboratorium komórek jajowych Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Jako nestor metody in vitro w Polsce oceniam, że zajmują się nią w kraju naprawdę bardzo dobre zespoły. Ale skuteczne rozwiązywanie problemów z płodnością wymaga podejścia medycznego, a nie ideologicznego – mówi prof. Sławomir Wołczyński.

AGATA SZCZERBIAK: – Mówi pan, że z wygaszonym w 2016 r. rządowym programem leczenia niepłodności był związany emocjonalnie. To rzadkie wyznanie w ustach lekarza.
PROF. SŁAWOMIR WOŁCZYŃSKI: – To zrozumiałe, kiedy jednej dziedzinie poświęca się 33 lata, czyli praktycznie całe życie zawodowe. Przez trzy dekady walczyłem o to, żeby leczenie metodami rozrodu wspomaganego – tak jak to się dzieje na całym świecie – było obecne także w Polsce. Nie chcieliśmy odstawać od tego, co dzieje się w światowej medycynie. Chodziło nie tylko o jednostkowe szczęście, ale też o przyczynienie się do poprawy wyników demograficznych. I to się stało. Dzięki programowi urodziło się już ponad 22 tys. dzieci. Kolejne ciąże po transferach mrożonych zarodków są w trakcie. Po wygaszeniu programu utrzymano refundację leków, i to – trzeba przyznać – też jest bardzo dużo.

Ale sama procedura nie jest refundowana.
Procedura biotechnologiczna w programie nie jest już refundowana. Dla niektórych osób dostęp do programu jest przez to utrudniony. Nowy program ministra zdrowia przewiduje finansowanie diagnostyki niepłodności, a potem leczenie w ramach procedur NFZ, a więc z wyłączeniem in vitro.

Jak wyglądały te trzy lata bez refundacji? Co się zmieniło w pana codziennej pracy?
Jest trochę mniej pacjentów. Wciąż przyjmuję ich rocznie ponad pięciuset, ale to o ok. dwieście par mniej niż wcześniej. W Białymstoku, dość biednym i dość konserwatywnym, do większej liczby pacjentów dotarła argumentacja, że jest to zła metoda, na którą nie pozwalają ich poglądy. Jest też więcej pacjentek po czterdziestce. Poprzednio było więcej pacjentek z Warszawy, a teraz raczej są to kobiety, które nie chcą się ujawnić w stolicy, z różnych powodów. Boją się, że paparazzi może je sfotografować.

Czyli ma pan bardzo znane pacjentki?
Czy ja wiem. One po prostu nie chcą, żeby w Warszawie ktoś o nich wiedział.

Czytaj także: Episkopat wydał książkę o in vitro. Oto 10 jej największych manipulacji

Coraz więcej miast wprowadza samorządowe programy refundujące in vitro. Ostatnio dołączył do tej listy Szczecin. Czy w Białymstoku jest na to szansa?
Uważam, że nie. Nawet koalicja, która jest z Komitetu Obywatelskiego, z tego, co się rozeznaję, na to się nie zgodzi. Chciałbym się mylić, może warto o to zapytać radnych.

Białostockie ośrodki, które realizowały rządowy program leczenia niepłodności, były jednymi z najskuteczniejszych w Polsce, jeśli chodzi o liczbę ciąż. Skuteczność wynosiła tu 39 proc. Mimo rygorystycznych zasad ograniczających liczbę zarodków. Dzięki czemu to było możliwe?
Zapewne nałożyło się kilka czynników. W porównaniu z obecnymi pacjentkami – o czym wiem od kolegów – wtedy przyjmowaliśmy kobiety młodsze średnio o trzy lata, a to ma ogromny wpływ na skuteczność tej metody. Ale przede wszystkim to jest kilkadziesiąt lat pracy i wypracowanie dobrych zasad. Jako nestor tej metody w Polsce oceniam, że in vitro zajmują się w kraju naprawdę bardzo dobre zespoły. Jeśli do dobrych specjalistów doda się wsparcie nowymi technologiami, a lekarze wymieniają się wzajemnie doświadczeniem, to to wszystko razem procentuje. Ale generalnie to nie jest wyścig kolarski. Nie ścigamy się o liczbę ciąż i liczbę urodzonych dzieci. Chodzi o leczenie zgodne z zasadami i procedurami.

Jakie są wskazania do in vitro?
Wskazaniem jest każda niepłodność, która dłużej trwa, lub sytuacja gdy nie można usunąć przyczyny niepłodności. Kilka dni temu usuwałem pacjentce drugi z jajowodów z powodu drugiej ciąży pozamacicznej. Rozpłakała się, bo chciała mieć jeszcze dzieci. W takiej sytuacji szansę na dziecko daje tylko in vitro. Samodzielnie zaszłaby w ciążę tylko cudem.

Niepłodność musi trwać dłużej niż ile lat?
Dwa lata starania się o dziecko to według Anglików już czas uprawniający do zapłodnienia pozaustrojowego. Polskie prawo zakłada, że najpierw trzeba diagnozować, a potem próbować leczyć na inne możliwe sposoby. Oczywiście pojawia się grupa par, u których nie ma żadnej szansy na inne leczenie – np. kiedy kobieta nie ma jajowodów lub mężczyzna ma w nasieniu tylko pojedyncze plemniki. Wtedy pozostaje in vitro.

Kiedy występują np. zaburzenia jajeczkowania, wtedy stosujemy indukcję jajeczkowania. Ale i tu, kiedy nie udaje się wyindukować jednego, dwóch pęcherzyków, a rośnie ich dużo, trzeba zastosować metodę pozaustrojowego zapłodnienia, dzięki której unikniemy ciąży wielopłodowej i poważnych powikłań. Możliwości leczenia niepłodności są więc różne, ale nie tak liczne. Dziś, co się neguje w Polsce, podstawową metodą leczenia niepłodności – podkreślam: podstawową – jest właśnie in vitro.

Pojawiają się głosy, że in vitro to nie jest metoda leczenia, a np. naprotechnologia nią jest.
Nie wiem, o czym pani mówi. W literaturze medycznej nie ma o tym wzmianki. Jeśli czegoś nie ma w literaturze, to tego nie ma. Ja w ogóle nie wiem, czym jest naprotechnologia.

Poza tym zarzut, że in vitro omija przyczyny, zamiast je usuwać, więc nie leczy niepłodności, jest nietrafiony. Oczywiście w medycynie ideałem byłoby leczenie przyczynowe, ale bardzo wiele metod, w różnych dziedzinach, działa na podobnej zasadzie i powszechnie traktujemy je jako metody leczenia.

Słyszał pan o propozycji PiS i Kukiz ’15 ograniczającej in vitro? Według tego projektu będzie mogła być zapłodniona tylko jedna komórka jajowa.
Ręce opadają, kiedy widzi się tych wszystkich ludzi ze szczególnie dużym morale. W Polsce jest silna tendencja do tego, żeby wszystko to, co jest związane z procesami rozrodczymi, traktować szczególnie. I było tak zawsze. Kiedy urodziło się pierwsze dziecko z in vitro w latach 80., a prof. Zbigniew Religa przeszczepił serce, władza była żądna sukcesu, a jednocześnie bała się i nie wiedziała, co z tym sukcesem zrobić. Tak to do dzisiaj trwa. Dopiero ministrowi Arłukowiczowi udało się na chwilę uruchomić stronę lewą w PO. Wprowadzono refundację zabiegów i regulacje prawne, czyli ustawę o leczeniu niepłodności. Gdyby jej dzisiaj nie było, to leczenie niepłodności w Polsce dawno by się skończyło.

Projekt Jana Klawitera w ogóle nie liczy się z problemami biologicznymi. Zarodki u człowieka w dużym odsetku są nieprawidłowe. Dziś wiadomo, że transfer zarodków mrożonych przynosi bardzo dobre wyniki i zmniejsza ryzyko wielu powikłań. Projekt zakłada tylko interes zarodka, nawet jeżeli jest nieprawidłowy. Chce chronić zarodki z aberracjami chromosomalnymi, a nie będzie chronił zdrowia kobiety. Jeśli taka regulacja wejdzie w życie, pacjentki wyjadą za granicę, do Czech, na Ukrainę. Polska ustawa i tak jest restrykcyjna, jeśli chodzi o liczbę zapładnianych komórek jajowych. Brytyjskie badania wskazują, że skuteczność procedury in vitro jest najwyższa, gdy zapładnianych jest 10–15 komórek jajowych. Ten projekt jest mocno zanurzony w ideologicznym piekiełku. Ale to trwa już 31 lat.

A jaka jest pana zdaniem przyszłość in vitro w Polsce?
Póki co kadra jest bardzo dobrze wyposażona w sprzęt, ale nie wiem, jak to będzie wyglądało za trzy–cztery lata. W ośrodkach akademickich może zabraknąć środków na dalsze funkcjonowanie.

Czytaj także: In vitro dla lesbijek i osób samotnych? Tak, we Francji

A co pan myśli o Narodowym Programie Prokreacyjnym?
Temat rozrodczości wypadł z uniwersytetów, poza dwoma ośrodkami. Dzięki programowi ośrodki uniwersyteckie i szpitale wojewódzkie zostały doposażone na etapie diagnostyki niepłodności. To jest pozytywne. Osobiście nie rozbudowywałbym aż tak diagnostyki np. andrologicznej, ale np. ostatnio robiłem laparoskopię na nowym sprzęcie. Co mogę powiedzieć: fajny sprzęt, bo postęp w endoskopii i sprzęcie dokonuje się stale.

Program z założenia miał służyć diagnostyce i miał być zgodny z wiedzą medyczną. Czyli, jak rozumiem, po przeprowadzonej diagnostyce para otrzymuje podsumowanie, jak ma postępować, i zostaje skierowana do procedur przewidzianych w NFZ. I nie wyklucza się także możliwości płatnego programu zapłodnienia pozaustrojowego. Żałuję, że nie ma środków finansowych na leczenie metodami rozrodu wspomaganego medycznie i jest to uwarunkowane ideologicznie. Powtarzam: postępowanie w medycynie nakazuje znaleźć przyczynę i przyczynowo leczyć. Ale przy leczeniu niepłodności nie możemy do końca tak postąpić.

Jeśli jest np. endometrioza, to możemy ją wyciąć, ale wciąż nie zagwarantuje to zajścia w ciążę i urodzenia dziecka. Kiedy i czy ciąża się pojawi? Jeżeli para czeka na ciążę dziesięć lat i ona się nie pojawia, to jeszcze się może pojawić, tylko pytanie, czy tak będzie? Czy powinniśmy kazać ludziom czekać na coś, co się może nigdy nie wydarzyć w ich życiu?

W diagnostyce czynnika męskiego właściwie wystarcza badanie nasienia. Jeśli ktoś pali, pije, to rezygnacja z używek może poprawić płodność. Ale jeśli dochodzi do zaburzeń wniknięcia plemnika do komórki jajowej, gdziekolwiek nie leżałaby przyczyna, to nie pokonamy tego dietą czy zmianą czasu stosunku. Nie tu leży patologia.

Czytaj także: Tajemnicza choroba, która dotyka co dziesiątą kobietę

A co z zabezpieczeniem płodności osób chorych na nowotwory? Miał powstać Bank Tkanek Germinalnych.
Opowiem pani o moim największym sukcesie. Dziesięć lat temu zgłosiła się do mnie 21-latka z rozpoznaną chorobą nowotworową. Miała chłopaka, była w związku nieformalnym. Przed leczeniem pobraliśmy komórki jajowe, z których uzyskaliśmy zarodki. Po leczeniu – tak jak można było się spodziewać – jajniki utraciły funkcję, ale leczenie nowotworu się powiodło. Dziś pacjentka jest zdrowa, pracuje i jest matką dwojga dzieci po transferach rozmrożonych zarodków. Przeciwnicy mogą mówić, co chcą, a ja i tak jestem z tego bardzo dumny.

Zabiegi zabezpieczenia płodności nie są w Polsce refundowane i to duży problem u ludzi dotkniętych procesem nowotworowym. Niestety, nikt w kraju nie chce przyznać, że problemy rozrodcze, czegokolwiek by nie dotyczyły, czy antykoncepcji, przerywania ciąży, czy niepłodności, to najczęściej problemy zdrowotne młodych ludzi. Musimy się z nimi zmierzyć. Teraz trwamy w klinczu: jedna grupa uważa, że w rozrodczość nie wolno ingerować, bo ma do tego prawo tylko Bóg. Druga – że rozrodczość jak każda inna dziedzina medycyny może być przedmiotem interwencji. A politycy się boją przyjąć jednoznaczną postawę wspierającą. Rozmowy z nimi to strasznie ideologiczne dyskusje. Problemy z płodnością można rozwiązywać, ale do tego potrzebne jest spojrzenie medyczne, a nie ideologiczne. Kolejna wojna jest zupełnie zbędna, nic nie rozwiąże. Nie wiem, co nas czeka. O to trzeba pytać polityków.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama