Świat

Atomowi bliźniacy

Europa czeka na swoją armię. I poczeka

Nicolas Sarkozy i David Cameron podpisali porozumienie na 50 lat Nicolas Sarkozy i David Cameron podpisali porozumienie na 50 lat Leon Neal/Reuters / Forum
Dwaj odwieczni rywale – Francja i Anglia – zawarli układ o współpracy przy broni jądrowej. Szkoda im pieniędzy na kosztowne bomby i samoloty. To czas, by cała Europa pomyślała o wspólnym wojsku.
Manewry NATO w pobliżu Krety. Wspólna armia Unii wciąż pozostaje w planach.Yiorgos Karahalis/Reuters/Forum Manewry NATO w pobliżu Krety. Wspólna armia Unii wciąż pozostaje w planach.
Łatwiej o porozumienie w postaci symbolicznych gestów – jak ten z okazji 90-lecia bitwy nad Sommą.Pascal Rossignol/Reuters/Forum Łatwiej o porozumienie w postaci symbolicznych gestów – jak ten z okazji 90-lecia bitwy nad Sommą.

Artykuł w wersji audio

Na szczycie w Londynie francuski prezydent Nicolas Sarkozy i brytyjski premier David Cameron podpisali historyczne porozumienie. Jedyne dwa europejskie mocarstwa atomowe, dumne ze swej wyjątkowej pozycji, spuszczą z tonu i połączą wysiłki. Podzielą się wszystkimi tajemnicami, wdrożą wspólne badania wojskowe, będą wspólnie testować głowice nuklearne, zbudują wspólną rakietę do walk na morzu i bezzałogowe samoloty. Francuskie myśliwce Rafale zagoszczą na nowym brytyjskim lotniskowcu „Prince of Wales”, a brytyjskie samoloty zapełnią francuski lotniskowiec „Charles de Gaulle” – w ramach wspólnej, zintegrowanej grupy bojowej.

Rysy na związku

Związek wojskowy Francji i Anglii nie jest małżeństwem z miłości, lecz z rozsądku. Choć Francuzi i Anglicy od 1815 r. nie toczyli już ze sobą wojen, to za sobą nie przepadają, co więcej, zawzięcie rywalizują na wielu polach. Nic dziwnego więc, że porozumienia wojskowe szykowano w tajemnicy, by media i opozycja nie popsuły atmosfery szczytu. Ale i tak prasa, zwłaszcza brytyjskie bulwarówki, zawrzała oburzeniem. „Armia brytyjska na rozkazy Francji!” – gniewnie zatytułował „Daily Mail”, dowodząc, że wrogość do Francuzów stanowi tkankę angielskiego życia od tysiąca lat. Bo przecież jedyna jak dotychczas udana inwazja na Wyspy to sprawka (Francuza) Wilhelma z Normandii, potem rzeczywiście nieustanne i głośne konflikty – Joanna d’Arc, Trafalgar, Napoleon i co tam jeszcze z Froggies (inaczej – żabojadami) Anglicy wyrabiali. Książę Wellington, pogromca Napoleona pod Waterloo, na wieść o sojuszu pewnie przewraca się w grobie.

Tylko poważniejsze (ale oczywiście mniej czytane) tytuły przypomniały, że oba kraje stały już dawniej na progu jeszcze silniejszego braterstwa. Kiedy Francja padała w czerwcu 1940 r., premier Winston Churchill przyleciał na wolny jeszcze skrawek terytorium do Bordeaux (Paryż Niemcy już wcześniej zajęli) i desperacko zaproponował połączenie sojuszników w jeden kraj z jedną armią, by się bić dalej. Na początku zimnej wojny francuski premier Guy Mollet zaproponował, by królowej Elżbiecie oddać tytuł głowy państwa francuskiego i uniknąć dalszych wewnętrznych swarów politycznych. Opinia publiczna po obu stronach kanału La Manche niewiele o tym wtedy wiedziała, ale zapewne nie odniosłaby się entuzjastycznie do takich pomysłów.

Dziś politycy są ostrożni i podkreślają, że zawarty na początku miesiąca układ (szczegóły pozostają w tajemnicy) w niczym nie narusza suwerenności obu krajów. Cameron wręcz twierdzi, że współpraca „poszerza suwerenne możliwości”, a Sarkozy zwraca uwagę, że układ zawarty na 50 lat (z programami jądrowymi trudno inaczej) świadczy o „nieznanym w historii stopniu zaufania”.

Kosztowne zabawki

Czy przez następne pół wieku interesy Paryża i Londynu będą identyczne? Bulwarówka „The Sun” złośliwie podnosi ten problem: Paryż mógłby na przykład zablokować nową brytyjską wyprawę na Falklandy. Owszem – pisze dziennik – sojusz ma sens finansowy, bo armia jest kosztowna, ale co z tego, kiedy nie ma prawdziwego sensu, bo – uwaga! – „współcześni politycy francuscy są tchórzami”, czego dowodem miało być to, że – inaczej niż Brytyjczycy – nie stanęli u boku Amerykanów do wojny w Iraku w 2003 r.

Jednak pragmatyzm i kryzys zepchnął na bok wszystkie obawy polityczne. Jak wiadomo, nowy brytyjski rząd wdrożył drakońskie, nieznane gdzie indziej, sięgające 40 proc. budżetu, cięcia wydatków. Na czym oszczędzać? Na wojsku też, przecież żadna prawdziwa wojna nikomu w Europie nie grozi. A nowoczesne wojsko to zabawki arcykosztowne. Tylko dwa projektowane nowe brytyjskie lotniskowce kosztują tyle, co roczny budżet całej polskiej armii. Rząd Camerona nakazał przegląd wydatków i wyszło czarno na białym, że choć od początku lat 80. koszty uzbrojenia i tak spadły o połowę (z 5 proc. PKB do 2,5 proc.) – to wszystkich zamówień, zwłaszcza w zakresie samodzielnego odstraszania nuklearnego, lotniskowców i nowych samolotów – nie da się utrzymać. Co więc zrobić? Uznać, że czasy chwały minęły? Sprawa nie taka prosta.

Oczywiście Brytyjczycy wiedzą, że dumny Albion nie rządzi już światem, wycofał się z baz na wschód od Adenu, opuścił Hongkong (choć trzyma Falklandy i Gibraltar). Ale – pisze miarodajny „Financial Times” – opinia publiczna ciągle odczuwa dumę z tego, że kraj pozostaje jedną z czołowych potęg wojskowych świata. To zresztą nie tylko kwestia dumy. Dziś podejmowane decyzje określą możliwości wojskowe na całe lata, a tym samym pozycję Wielkiej Brytanii w świecie, także w oczach Waszyngtonu, którego głównym sojusznikiem wojskowym pozostawał dotąd Londyn. Nie chodzi przy tym akurat o lotniskowce, Waszyngton ma ich 13 i jeden brytyjski nie robi sojusznikom takiej różnicy; bardziej o agencje wywiadowcze i siły specjalne, które są mocnym punktem Londynu.

 

Mgliste plany

Czy można się dzielić takimi wrażliwymi i drażliwymi tajemnicami wojskowymi? Podpisując układ z Brytyjczykami Nicolas Sarkozy rzucił: „W chwili kiedy niektórzy mówią, że Europa przeżywa jakiś załamanie strategiczne, my, Anglicy i Francuzi, demonstrujemy, że to nieprawda”.

Ładnie powiedziane, ale czy „historyczny układ” Paryża i Londynu rzeczywiście wspiera dość mgliste plany wspólnej unijnej polityki bezpieczeństwa? Bo akurat Brytyjczycy nie są nawet zwolennikami europejskiej koordynacji misji wojskowych. Właśnie Cameron – w obecności Sarkozy’ego – zastrzegł, że układ francusko-brytyjski nie oznacza ani „dzielenia się (z innymi) siłą odstraszania nuklearnego”, ani „tworzenia armii europejskiej”.

A szkoda. Sarkozy i Cameron mogliby z podobnymi inicjatywami wystąpić na najbliższym szczycie unijnym. Nie zrobili tego. Po pierwsze, umniejszyliby swoją ekskluzywną pozycję mocarstw atomowych, a przecież bardzo dbają o swój prymat w Unii. Po drugie, poddaliby się dzisiejszej niemożności, która w Unii króluje. – Oto mamy dowód na unijną słabość – ubolewa prof. Adam Rotfeld, od lat studiujący zagadnienia bezpieczeństwa. – Kiedy się zaczyna mówić o sprawach bardzo na serio, to się ich do Unii nie adresuje, tylko powierza interesom narodowym.

Rotfeld nie po raz pierwszy zwraca uwagę, że gdyby przywódcy unijni chcieli naprawdę rozwijać nową politykę unijną, to do spraw zagranicznych wybraliby takich kandydatów jak Szwed Carl Bildt czy Niemiec Joschka Fischer, a nie lady Ashton, której doświadczenie w tej dziedzinie nie imponuje. Poza tym, do tej kluczowej współpracy nie zaproszono Niemców, bo – co tu mówić – przy całej unijnej przyjaźni, ani Paryż, ani Londyn nie zamierzają deprecjonować swego znaczenia, a siły odstraszania nuklearnego stanowią jedyny chyba element przewagi tych stolic w stosunku do najsilniejszego gospodarczo unijnego partnera.

Zresztą na sprawy obronności Niemcy zapatrują się nieco odmiennie od partnerów. Na przykład, niemiecki rząd nalega na wycofanie amerykańskiej taktycznej broni jądrowej z terytorium RFN. Traktuje to jako przyjazny gest wobec Rosji, który miałby na celu polepszenie stosunków Rosja–NATO. Sprawa będzie zapewne poufnie omawiana na szczycie Sojuszu w tym tygodniu w Lizbonie (amerykańska broń taktyczna jest też w Belgii, Holandii, we Włoszech, Wielkiej Brytanii i w Turcji). Paryż ani Londyn, ani – nawiasem mówiąc – Warszawa, nie popierają Niemców w tym względzie.

Plan dla Polski

Szczyt NATO (a przy okazji także NATO–Rosja) ma zaklepać nową koncepcję strategiczną Sojuszu. Polska osiągnęła to, co chciała: potwierdzenie, że podstawowym zadaniem NATO jest zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim jego członkom, że to prawdziwy sojusz obronny, a nie jakiś zimnowojenny przeżytek czy klub dyskusyjny. Strategia potwierdza także ścisłe powiązanie bezpieczeństwa Europy z bezpieczeństwem USA, na co wcześniejsze dokumenty natowskie nie kładły takiego nacisku.

Przed szczytem ujawniono także, że sztaby wojskowe przygotowały wreszcie tzw. plany ewentualnościowe dla Polski, to znaczy plany wspólnych operacji obronnych na wypadek, gdyby nasz kraj został zaatakowany. Na szczęście nikt takiego ataku we współczesnej Europie się nie spodziewa, ale dla swoich starych sojuszników wojskowi takie plany mieli, a dla Polski (żeby z nikim nie zadrażniać) – nie. Dlatego Polska źle się z tym czuła jako członek niższej kategorii. Teraz sprawę wyprostowano. – O planach wojskowych, które nie są jawne, lepiej publicznie nie dywagować, ale dobrze, że są – komentuje minister Radosław Sikorski.

Europejczycy z Wenus

Za istotny brak w nowej strategii NATO Rotfeld uważa pominięcie współdziałania z Unią. 23 członków Unii należy do NATO: nie może więc być dwóch strategii. Tymczasem ciągle zbyt wiele jest różnic, nawet narastają – zwłaszcza podejście do Turcji. To ważny sojusznik w NATO, liczna i solidna armia. Niestety, część państw nie kryje, że uważałaby Turcję za niepożądanego intruza w Unii Europejskiej. Jak w tych warunkach ma kwitnąć CFSP – wspólna polityka zagraniczna i bezpieczeństwa? Unia wytraca impet, a część ekspertów upiera się, że obrona do kompetencji Unii nie należy.

Nie całkiem to prawda. Traktat lizboński to nie traktat waszyngtoński (ze słynnym art. 5: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego), ale i ten traktat mówi o solidarnej odpowiedzi na wypadek zagrożenia. Zawarte właśnie porozumienie Paryża i Londynu – godne pochwały – pogłębia jednak tę nieprzyjemną dla Polski Unię dwóch prędkości. Część krajów trzyma się bliżej siebie, a słabsi wleką się w ogonie peletonu. Co Polska powinna zrobić?

Gdzie tylko można – to samo co Paryż i Londyn. Nie mamy bomby atomowej ani lotniskowców, ale wojsko kosztuje i gdzie tylko można, trzeba uniknąć dublowania wysiłków. – Ważne kraje, niegdyś potęgi kolonialne, dochodzą do wniosku, że nie stać ich już na posiadanie pełnowymiarowych armii i narodowych zdolności w każdej dziedzinie. To wzmacnia polski argument na rzecz silniejszej europejskiej zdolności obronnej – komentuje minister Sikorski. Przypomina, że w Unii wydajemy mnóstwo pieniędzy na obronność, jedną trzecią tego co Stany Zjednoczone, ale wcale nie uzyskujemy jednej trzeciej tych samych zdolności obronnych. Dublowanie, marnotrawstwo jest ogromne.

Traktat lizboński stwarza możliwość „strukturalnej współpracy” krajów, które same jej chcą. Stąd polska inicjatywa, aby właśnie obronność uczynić płaszczyzną takiej współpracy. To są polskie priorytety na prezydencję – mówi Sikorski. Zwracamy uwagę, że brytyjskie bulwarówki z hurrapatriotycznym gniewem zareagowały na sojusz z krajem, który był w obu wojnach po tej samej stronie. – Politykę historyczną rozumianą jako kierowanie się historycznymi uprzedzeniami uprawiają nie tylko w Polsce – mówi minister. Jak Polska miałaby ściślej współpracować z armią niemiecką? Już to robimy. Zanim wstąpiliśmy do Sojuszu, stworzyliśmy dowództwo polsko-niemiecko-duńskiego korpusu, otrzymaliśmy też od Niemców brygadę nowoczesnych czołgów typu Leopard. Polska jest uczestnikiem dwóch grup bojowych, jednej regionalnej, ale drugiej – weimarskiej, a więc z Francją i Niemcami. Mamy batalion polsko-ukraiński, w którym służą żołnierze też litewscy, a MON rozważa przekształcenie go w brygadę.

Wszystko to jednak mało. Pojawia się obecnie okazja, by zdwoić wysiłki. Niemcy, nieco odsunięte na bok przez Paryż i Londyn (choć z kolei Francja i Niemcy od lat utrzymują wspólny wielki korpus w Badenii-Wirtembergii), byłyby na pewno zainteresowane i oszczędnościami, i dalszą współpracą. Choćby dlatego, żeby podkreślić, że w Europie na tym polu nie pozostają za nikim w tyle. Warszawa dzisiaj jest tym atrakcyjniejszym partnerem, że pozbyła się – miejmy nadzieję na zawsze – opinii kraju, który utrudnia Europie stosunki z Rosją. Polska opozycja będzie krytykować wspólne z Niemcami partnerstwo wojskowe? Nie. Przecież sam prezes Jarosław Kaczyński proponował powołanie jednej stutysięcznej europejskiej armii.

Amerykański minister obrony Robert Gates w przededniu szczytu w Lizbonie wznowił tradycyjne już amerykański skargi, że europejscy sojusznicy nie przykładają się należycie do wspólnego wysiłku obronnego, a teraz znów zapowiadają cięcia budżetów wojskowych. I to w czasie, kiedy amerykańskie wojsko odczuwa ogromny ciężar operacji w Iraku i Afganistanie. Wiadomo, Amerykanie są z Marsa, a Europejczycy z Wenus. Jeśli jednak rzeczywiście są z Wenus, to nastroje pacyfistyczne powinni wykorzystać do racjonalizacji dwumilionowego europejskiego wojska. To pchnęłoby senną Europę naprzód.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Inteligencja emocjonalna w życiu zawodowym

Jakie pożytki niesie bycie emocjonalnie inteligentnym pracownikiem i szefem.

Grzegorz Gustaw
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną