Najlepsza broń Rosji: agentki
„Guardian” ujawnił, że przez 10 lat w ambasadzie USA w Moskwie była ulokowana rosyjska agentka. Zdumienie budzą też kontakty innej, aresztowanej w lipcu Rosjanki.
Maria Butina
ITAR-TASS/Anton Novoderezhkin/Forum

Maria Butina

Publikacja „Guardiana” to bomba wrzucona w sam środek... czegoś bardzo nieprzyjemnego. Dziennik ujawnił, że wśród liczącego ponad tysiąc osób personelu amerykańskiej ambasady w Moskwie od dekady tkwiła rosyjska wtyczka – pracownica szczebla technicznego, jednak wpięta w obieg informacji.

Amerykańska Secret Service przyznaje, że pracownicy służby zagranicznej mogą być celami działalności wywiadowczej obcych państw, ale jednocześnie zastrzega, że w żadnym razie osoba zatrudniona w roli pomocnika attaché w Moskwie nie miała dostępu do wrażliwych informacji z zakresu bezpieczeństwa narodowego. Oświadczenie wydane na prośbę prasy tyleż uspokaja, co rodzi następne pytania – o to, dlaczego wobec powszechnych w ostatnich latach wątpliwości i oskarżeń o wrogą działalność Rosjan osoba ta nie została w porę poddana należytemu screeningowi i z dostępu do informacji wyeliminowano ją całkiem niedawno? A te informacje miały być z pozoru techniczne, lecz całkiem atrakcyjne – jak chociażby grafik podróży prezydenta i wiceprezydenta.

10 lat w amerykańskiej ambasadzie w Moskwie

Według „Guardiana” Rosjanka pracowała w ambasadzie ponad 10 lat i zajmowała się systemami informatycznymi. Dopiero w czasie przeglądu kontrwywiadowczego kadr, dokonanego w 2016 r. – już w czasie, gdy w USA szalały podejrzenia o rosyjską ingerencję w wybory – okazało się, że kobieta miewała spotkania z oficerami FSB. Nawet jednak to nie doprowadziło do szerszego śledztwa. Secret Service zdecydowało się sprawę wyciszyć, a samą podejrzaną zwolnić wiele miesięcy później, latem 2017 r. Teraz służba może już tylko zaprzeczać, że osoba ta nie miała dostępu do informacji mających status wrażliwych dla bezpieczeństwa narodowego, ale mleko się wylało. I to w czasie, gdy szpiegowska wojna między USA a Rosją wydaje się wchodzić w gorącą fazę, a Amerykanie otwierają oczy ze zdumienia, jak łatwo pewna młoda Rosjanka owinęła sobie wokół palca ważnych ludzi z otoczenia prezydenta.

Maria Butina „obcy agent”

Na początku lipca FBI zatrzymało w Waszyngtonie inną Rosjankę podejrzaną o szpiegowskie powiązania. Maria Butina miała działać jako niezarejestrowany „obcy agent” i pośredniczyć w kontaktach amerykańskiej skrajnej prawicy spod znaku towarzystw strzeleckich z rosyjskimi agentami wpływu. Na celowniku miała nie tylko NRA, ale i konserwatywno-religijne stowarzyszenia blisko związane z prawym skrzydłem partii republikańskiej.

Nie trzeba wspominać, że to wyborcze zaplecze Donalda Trumpa i jego najwięksi sponsorzy – National Rifle Association wydała na kampanię 30 mln dol. Butina od lat pracowała nad powiązaniem NRA z rosyjskim stowarzyszeniem zwolenników prawa do broni, organizowała spotkania i wizyty. W czasie jednej z nich dwaj wysoko postawieni republikańscy politycy byli goszczeni przez samego Dmitrija Rogozina, wpływowego wicepremiera od przemysłu obronnego. Na prawicowym portalu tuż przed ogłoszeniem kandydatury Trumpa na prezydenta Maria Butina stwierdziła, że poprawa relacji rosyjsko-amerykańskich wymaga wyboru republikanina do Białego Domu.

Nic dziwnego, że we wniosku o areszt śledczy napisano, że Butina „wykorzystywała osobiste kontakty z obywatelami USA mającymi wpływy polityczne w celu promowania interesów Federacji Rosyjskiej”. Zatrzymanie nastąpiło tuż przed szczytem Trump–Putin w Helsinkach. Prasa w USA pyta, czy niespodziewane odejście w maju szefa NRA nie miało związku ze śledztwem FBI i szykującymi się aresztami.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj