Rosja testuje przygotowanie do wojny
Jeśli jakiś kraj organizuje ćwiczenia obejmujące pół swego terytorium i jedną trzecią aktywnych wojsk, to cel może być tylko jeden – przygotowanie do wojny.
Kiedy stojąc na tle tych mas wojska i sprzętu, Putin zapewnia, że Rosja jest krajem miłującym pokój i wobec nikogo nie ma agresywnych planów, ciarki przechodzą po plecach.
Vyacheslav Prokofyev/TASS/Forum

Kiedy stojąc na tle tych mas wojska i sprzętu, Putin zapewnia, że Rosja jest krajem miłującym pokój i wobec nikogo nie ma agresywnych planów, ciarki przechodzą po plecach.

Te ćwiczenia tylko pozornie są odległe o wiele tysięcy kilometrów. Ich skala sprawia, że nie ma większego znaczenia, gdzie dokładnie mają miejsce. Rzecz jasna nie jesteśmy w stanie zweryfikować, czy w ćwiczeniach Wostok-18 bierze udział 297 tys. żołnierzy, jak zapewnia moskiewski MON. Przy założeniu, że tak jest, mamy do czynienia z gigantycznym wysiłkiem wojskowym, porównywalnym jedynie z prowadzeniem prawdziwej wojny. A jeśli Rosja jest w stanie przerzucić tyle wojska i masę towarzyszącego sprzętu na poligon w Kraju Zabajkalskim, to równie dobrze będzie mogła zgromadzić to wszystko u swoich zachodnich granic – dla ostrzeżenia albo w celu ataku.

Czytaj także: Najlepsza broń Rosji – agentki

300 tys. rosyjskich żołnierzy ćwiczy wojnę

Jeśli przypomnimy sobie nasze obawy dotyczące zeszłorocznych ćwiczeń Zapad-17, to w przypadku tegorocznego Wostoku powinniśmy je przemnożyć razy kilka. Poza niemal 300 tys. żołnierzy Moskwa zaangażowała 36 tys. „jednostek techniki wojskowej” – jak Rosjanie określają czołgi, wozy bojowe, artylerię, wyrzutnie rakiet i inne pojazdy wojskowe – tysiąc samolotów i śmigłowców oraz 80 okrętów wojennych. Dla porównania: mniej więcej takiej wielkości siły zostały użyte w 2003 r. do inwazji na Irak.

Może to odległość od polskich granic zrobiła swoje, a może gorący czas krajowej kampanii politycznej sprawił, że w Polsce o rosyjskich gigaćwiczeniach jest jakby cicho? Nie powinno, bo w ocenie ekspertów z USA, NATO i zachodniej Europy Rosja po prostu ćwiczy teraz wojnę i to z równorzędnym przeciwnikiem. Jeśli nie mają nim być Chiny, które zresztą wysłały na Wostok-18 trzy tysiące żołnierzy i grają rolę sojusznika Rosji, to rzeczywistym celem manewrów jest Zachód.

Na publikowanych w mediach zdjęciach z uroczystej inauguracji ćwiczeń nie ma supernowoczesnych broni. Przeciwnie, widać znane sylwetki kołowych transporterów BTR, czołgów T-72, bojowych wozów piechoty znanych u nas jako BWP, a w Rosji BMP. Artylerię lufową reprezentują znane haubice samobieżne MSTA-S, obronę przeciwlotniczą – wyrzutnie S-300, S-400 i Buk, które zapisały się haniebnie w niedawnej historii zestrzeleniem cywilnego samolotu nad zajętą przez Rosję wschodnią Ukrainą. Artylerię rakietową – wyrzutnie pocisków termobarycznych TOS-1 iskandery z pociskami skrzydlatymi, tymi, które według Amerykanów łamią międzynarodowe porozumienia zakazujące odpalanych z ziemi rakiet pośredniego zasięgu.

Rosjanom zbrojeniowy skok technologiczny zapowiadany jeszcze kilka lat temu przez Władimira Putina nie bardzo wychodzi. Na razie musieli zrezygnować z ambicji budowy półautomatycznego czołgu Armata czy samolotu bojowego piątej generacji. Nawet jednak jeśli większość rosyjskiego sprzętu wywodzi się konstrukcyjnie z lat 70., to wersje zmodernizowane w ciągu ostatnich 10 lat wyposażone są w nową łączność, czujniki, systemy prowadzenia ognia. Przede wszystkim tego sprzętu są ogromne ilości – zwłaszcza w porównaniu do tego, co jest w stanie na ćwiczeniach zgromadzić NATO. A jak wiadomo, ilość to jakość sama w sobie.

Operacja o charakterze propagandowym

Kiedy stojąc na tle tych mas wojska i sprzętu, Putin zapewnia, że Rosja jest krajem miłującym pokój i wobec nikogo nie ma agresywnych planów, ciarki przechodzą po plecach, a na twarzy może pojawić się zgryźliwy uśmiech. Gdy deklaruje, że będzie armię dozbrajał – jego wiarygodność jest o wiele większa. Krótkie wystąpienie prezydenta Rosji na manewrach warto odczytywać w kontekście innych, dłuższych. Jak choćby orędzie sprzed marcowych wyborów, gdy po imieniu wskazywał największe zagrożenia dla Rosji. Trzykrotnie powtórzył wtedy, że Rosja za akt nieprzyjazny traktuje „ekspansję NATO”, tak jak budowę baz antyrakietowych w Polsce i Rumunii – i że zrobi wszystko, by to zagrożenie zneutralizować. Wtedy zapowiadał szybkie powstanie przełomowych, niepokonanych systemów uzbrojenia – jak choćby atomowy pocisk manewrujący. Kilka miesięcy później wiele z tych zapowiedzi nie zostało, a niektóre wręcz wyśmiano. Ale manewrami na wschodzie Putin na pewno pokazuje, że i bez zbrojeniowych cudów jest w stanie zmobilizować imponujące siły.

Oczywiście Wostok-18 to też operacja o charakterze propagandowym. Putin nie ma ostatnio łatwo – Rosjanie są wściekli na jego plan reformy emerytalnej. Od marcowych wyborów notowania prezydenta poleciały na łeb na szyję. Co prawda w niedawnym telewizyjnym wystąpieniu zwalił winę na rząd Dmitrija Miedwiediewa i ustąpił z najbardziej radykalnego ruchu – podniesienia wieku emerytalnego kobiet o osiem lat – ale codzienne demonstracje nie chcą słabnąć. Przy średniej długości życia w Rosji nieco tylko przekraczającej 60 lat podniesienie wieku emerytalnego do 60 lat dla mężczyzn i 55 dla kobiet dla wielu oznacza, że żadnej emerytury nie dożyje – pracować będą do śmierci. Jak wiadomo, nic tak nie odwraca uwagi od problemów wewnętrznych jak atmosfera zewnętrznego zagrożenia.

I nic tak nie poprawia wizerunku jak pokazanie – choć na chwilę – własnej potęgi. Więc w tych dniach w telewizorze Rosjanie zobaczą tę lepszą twarz Putina – mocarza, obrońcy ojczyzny, głównodowodzącego. Putin udowodnił, że siły zbrojne traktuje jak przedłużenie metod polityki – zarówno w kraju, jak i na zewnątrz. Manewry 300 tys. żołnierzy tworzą niezwykle łatwą okazję do ich użycia.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj