Świat

Brazylia szuka ratunku w objęciach populizmu

Brazylia szuka ratunku w objęciach populizmu

Plakaty z Jairem Bolsonaro Plakaty z Jairem Bolsonaro Forum
Reprezentującemu antyestablishmentowy zryw prawicy Jairowi Bolsonaro zabrakło jedynie kilku procent do zwycięstwa już w pierwszej turze wyborów prezydenckich.

Od miesięcy było wiadomo, że brazylijską politykę czeka fala bardzo głębokich zmian personalnych.

Po największym skandalu korupcyjnym w historii kraju, zwanym „Myjnią Samochodową” (por. Lava Jato), który doprowadził do usunięcia z urzędu prezydent Dilmy Rousseff, skazania legendy tamtejszej lewicy, dwukrotnego prezydenta Inácio Luli da Silvy i przedwczesnego zakończenia karier niemal wszystkich wiodących polityków Partii Robotniczej (PT), Brazylijczycy szli do urn wyborczych, szukając nowego otwarcia dla swojego państwa.

Kampania pod znakiem oczyszczenia

Rywalizujący kandydaci doskonale czuli nastroje społeczne, bo zdecydowana większość z nich prowadziła kampanię pod hasłami oczyszczenia, walki z korupcją i wymiany elit. Nikt jednak nie głosił haseł tak radykalnych, jak zwycięzca wczorajszej pierwszej tury Jair Bolsonaro. Po przeliczeniu ponad 97 proc. kart do głosowania federalna komisja wyborcza poinformowała, że kandydat prawicy dosłownie otarł się o bezpośrednie zwycięstwo, zdobywając 46,7 proc. poparcia. Jego rywalem za dwa tygodnie będzie reprezentujący PT Fernando Haddad, na którego w niedzielę zagłosowało 28,3 proc. Brazylijczyków.

Kim jest Jair Bolsonaro?

Bolsonaro, 63-letni przedsiębiorca, który w brazylijskiej armii dosłużył się stopnia kapitana, jest politycznym ekstremistą w najczystszym wydaniu. Choć w parlamencie spędził aż siedem kadencji, niewiele można powiedzieć o jego politycznym dorobku poza bardzo wysoką liczbą absencji w czasie posiedzeń kongresu.

Dużo lepiej czuje się jednak w środowisku kampanijnej walki i wyborczych wieców. Na swoim koncie ma już procesy w sądach federalnych o zniesławienie, propagowanie mowy nienawiści, homofobię i rasizm. Naprzemiennie krytykuje zarówno brazylijską lewicę, jego zdaniem przeżartą do szpiku kości korupcją, i tradycyjne grupy konserwatywne, którym zarzuca brak ideologicznej tożsamości. Sam jest przeciwieństwem obu frakcji. W wyborach startował bez wsparcia żadnej z ważnych ogólnokrajowych partii politycznych. Pieniądze na kampanię zbierał wszędzie, od kwest na ulicy po kampanie internetowe. Ciepło wypowiadał się jedynie o dyktaturze wojskowej, która rządziła Brazylią w latach 1964–1985 i która jako jedna z pierwszych na kontynencie latynoamerykańskim zinstytucjonalizowała tortury jako element działania państwa, doprowadzając do śmierci blisko pół tysiąca więźniów politycznych.

Główny postulat: porządek na ulicach

Sentyment do rządu w mundurach jest zresztą u Bolsonaro nieprzypadkowy, nie tylko ze względu na przeszłość w armii. Jego głównym postulatem wyborczym było bowiem przywrócenie porządku i stabilności na brazylijskich ulicach, nawet za cenę poważnych ograniczeń w funkcjonowaniu demokracji i państwa prawa.

Bolsonaro, przez latynoamerykańską prasę nazywany hybrydą Donalda Trumpa, tureckiego prezydenta Recepa Erdogana i filipińskiego quazi-dyktatora Rodrigo Duterte poglądy na bezpieczeństwo ma dość radykalne. Chce umożliwić brazylijskim celnikom strzelanie do migrantów z Wenezueli, których coraz więcej szturmuje granice na północnym zachodzie kraju. Głośno zapowiada rozprawienie się z gangami i handlarzami narkotyków, nie wykluczając wręcz egzekucji. Niejako na potwierdzenie własnej diagnozy społecznej został raniony nożem w czasie ostatnich tygodni kampanii. Choć rana była dość poważna, a Bolsonaro miał stracić blisko 40 proc. krwi, szybko wrócił do walki o prezydenturę, a jego notowania momentalnie poszybowały w górę. Zamach tylko i wyłącznie pomógł mu, utwierdzając Brazylijczyków w przekonaniu, że czas na rządy żelaznej ręki.

Brazylia w największej recesji

Niedzielne wybory to jednocześnie ogromna klęska PT rządzącej krajem nieprzerwanie od 2002 r. do usunięcia Dilmy dwa lata temu. To właśnie ona i jej poprzednik Ignacio Lula da Silva byli twórcami brazylijskiego cudu ekonomicznego ostatnich 15 lat. Lula najpierw wyprowadził tysiące Brazylijczyków z biedy i głodu ambitnym programem polityk socjalnych i transferów bezpośrednich, a potem wyrósł na przywódcę nie tylko regionu, ale całego globalnego Południa w konfrontacjach z Europą i USA.

Po złotych latach nie ma już jednak śladu. Brazylia jest pogrążona w największej recesji w swojej współczesnej historii, deficyt sięga ponad 7 proc. PKB, a malwersacje finansowe w największych spółkach państwowych znacznie zmniejszyły wpływy do budżetu. Nie pomogła też fala procesów, w wyniku których wyroki skazujące usłyszało kilkunastu członków rządu Dilmy Rousseff. PT ma tak fatalną opinię w brazylijskim społeczeństwie, że nawet startujący pod partyjnym szyldem Haddad robił wszystko, żeby zdystansować się od poprzedniej ekipy rządzącej. Wczorajsze wyniki pokazały, że na niewiele się to zdało. Nie pomógł też fakt, że środowiska centrowe, lewicowe i bezpartyjni progresywiści nie mogli do końca wybrać wspólnego kandydata. Ich głosy rozparcelowały się pomiędzy Haddada, Ciro Gomeza z Demokratycznej Partii Pracy (12,5 proc.) i byłego gubernatora stanu Sao Paolo Geraldo Alckmina (4,8 proc.). Katastrofą zakończył się start twarzy brazylijskiej ekologii Mariny Silvy. Cztery lata temu zdobyła ponad 21 proc. głosów, w kolejnych wyborach miała rzucić wyzwanie kandydatom PT. Wczoraj jej wynik ledwo przekroczył 1 proc.

Druga tura właściwie rozstrzygnięta

Niestety nawet zsumowane wyniki przeciwników Bolsonaro mogą nie wystarczyć, by pokonać go w drugiej rundzie. Aby w Brazylii nie zapanował populistyczny autorytaryzm, Haddad musiałby nie tylko przejąć wszystkie głosy lewicy i centrum, ale również zmobilizować do głosowania tych, którzy wczoraj nie poszli do urn. W tej chwili wydaje się to mało prawdopodobne, zwłaszcza że Haddad jest kandydatem mało charyzmatycznym, skoncentrowanym na technokratycznych przemowach, a tacy w Brazylii mają tradycyjnie mniejsze szanse na zwycięstwo.

Najlepiej pokazał to zresztą jeden z ostatnich sondaży przed wyborami, przeprowadzony przez renomowany instytut badawczy Datafolha. Największe poparcie uzyskał w nim… Lula da Silva, któremu udziału w wyborach zabronił sąd. Gdyby to były prezydent startował jako kandydat PT, mógłby liczyć na 39 proc. głosów w pierwszej turze. Poparcie dla Bolsonaro spadało w tym wariancie do zaledwie 19 proc. Ten scenariusz to jednak czysta fikcja polityczna. Brazylijczycy wyraźnie pokazali, że są w stanie poświęcić część wolności obywatelskich w zamian za obietnicę porządku i stabilności. Bardzo szybko mogą przekonać się jednak, że takie wybory często niosą za sobą tragiczne konsekwencje.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Wojciech Marczewski o wolności od kina

Moje pokolenie nie sprawdziło się. To, co zaproponowało, jest odrzucane – mówi reżyser filmowy Wojciech Marczewski w przeddzień swojej retrospektywy na łódzkim festiwalu Transatlantyk.

Janusz Wróblewski
07.07.2019
Reklama