Węgrzy mają dosyć Viktora Orbána? Trwają protesty
Węgrzy nie ustępują w proteście przeciwko zmianom w prawie pracy i łamaniu demokracji. Już piąty dzień wychodzą na ulicę.
Węgrzy nie ustępują w proteście przeciw zmianom w prawie pracy i łamaniu demokracji.
Leonhard Foeger/Reuters/Forum

Węgrzy nie ustępują w proteście przeciw zmianom w prawie pracy i łamaniu demokracji.

W porównaniu z Polską protesty na Węgrzech nie są jeszcze duże, uczestniczy w nich od 10 do 15 tys. osób. Ale rosną i stają się coraz gwałtowniejsze. Iskrą zapalną była nowelizacja prawa pracy zwiększająca limit godzin nadliczbowych z 250 do 400, przy czym pracodawcy mieliby aż trzy lata na to, aby za tę dodatkową pracę zapłacić. W praktyce może to oznaczać dodatkowy dzień roboczy z odroczoną pensją.

Czy Viktor Orbán ma się czego bać?

Protesty w obronie rządów prawa, wolnych mediów czy Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, ufundowanego przez George′a Sorosa, nie powodowały podobnych emocji, a ich skala była dużo mniejsza. Tym razem protestują nie tylko węgierscy intelektualiści, lecz także związki zawodowe.

Czytaj także: PiS i Fidesz, dwa bratanki

Fidesz szuka pocieszenia w sondażach, które dają mu ponad 50 proc. poparcia i zostawiają opozycję w tyle. Badania dotyczące nowelizacji prawa pracy nie są już tak optymistyczne – reformę krytykuje aż 63 proc. zwolenników partii i 95 proc. jej przeciwników.

Fidesz może przeceniać rzeczywistą skalę poparcia. Zwycięstwo w wyborach Viktor Orbán zawdzięcza głównie populistycznej, antyemigracyjnej retoryce oraz manipulacji prawem wyborczym. Partia tak zmieniła granice okręgów, żeby faworyzować swoich kandydatów.

W ostatnich paru latach Fidesz dokończył proces upartyjniania mediów publicznych (których standard przypomina dzisiejsze TVP Info) i przejął kontrolę nad większością mediów prywatnych. Dziś, poza paroma portalami, na Węgrzech praktycznie nie ma wolności słowa. Fidesz może bombardować elektorat dowolnym przekazem, ale i totalnie podważa zaufanie do dziennikarstwa. Skutkiem tego stanu rzeczy jest przepaść rosnąca między społeczeństwem a coraz bardziej skorumpowaną klasą polityczną, żyjącą w poczuciu bezkarności.

Jak biznes patrzy na Węgry

W przeszłości Orbán zawdzięczał swój sukces dobrym wyczuwaniem społecznych nastrojów. Teraz, gdy przejął scenę polityczną i pozbawił media głosu, zaczyna brakować mu punktów, które skorygowałyby jego najbardziej radykalne socjotechniczne pomysły.

Czytaj też: Węgry, prowincja rządzi i wybiera

Pewną rolę odgrywa tu biznes. Węgry są krajem atrakcyjnym dla firm. Orbánowi udało się tu ściągnąć m.in. Mercedesa i Audi. Stopa inwestycji pozostaje wysoka. Ale standard życia jest dziś jednym z najniższych w Europie, a prawa pracownicze wracają do wzorców z XIX w. Smutna to konstatacja, że Orbán i jego zamordystyczne rządy nie są problemem dla międzynarodowego biznesu, który jest zainteresowany tylko niską ceną kosztów pracy.

Fidesz dostaje żółtą kartkę

Protesty w Budapeszcie raczej nie doprowadzą do kryzysu politycznego. Fidesz nadal jest popularny, a opozycja słaba i podzielona. Ale dla partii rządzącej to jak żółta kartka i ostrzeżenie od elektoratu, który mówi wyraźnie, że praw socjalnych będzie bronić zdecydowanie silniej niż demokracji.

Ta sama logika była obecna przy każdym wielkim proteście społecznym, włącznie z polską Solidarnością. Z czasem postulaty socjalne zaczęły być poszerzane o polityczne. Na Węgrzech zaczyna się dziać podobnie.

Czytaj też: Orbán znów u Putina. Po co mu ten sojusznik

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj