Świat

USA chcą wycofać misje pokojowe z Afryki

Operacje ONZ w Afryce są bez wyjątku skomplikowane politycznie, militarnie, logistycznie i finansowo. Operacje ONZ w Afryce są bez wyjątku skomplikowane politycznie, militarnie, logistycznie i finansowo. RAKAN ALREQABI / Unsplash
Stany Zjednoczone zapowiadają koniec finansowania „bezproduktywnych” misji pokojowych w Afryce. W Saharze Zachodniej taka presja może pomóc.

John Bolton, doradca amerykańskiego prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego, zapowiedział zakończenie finansowania „bezproduktywnych” misji pokojowych ONZ w Afryce przez Stany. To nie pierwsza wypowiedź w tym tonie – już wcześniej Waszyngton odmówił podwyżki finansowania misji w Republice Środkowoafrykańskiej (MINUSCA), groził obcięciem budżetu misji w DR Kongo (MONUSCO) czy naciskał na zwiększenie efektywności misji w Saharze Zachodniej (MINURSO).

Na urzędnikach ONZ groźby muszą wywierać wpływ, bo bez Stanów misje pokojowe – i tak chronicznie niedofinansowane – zbiednieją do poziomu praktycznie wykluczającego skuteczną działalność. Z 6,7 mld dol. zadeklarowanych przez członków ONZ na finansowanie misji w tym roku 28,5 proc. (1,9 mld) dają Stany. Amerykańscy żołnierze nie uczestniczą w misjach (tradycyjnie supermocarstwa nie wysyłają żołnierzy), ale te pieniądze są kluczowe dla działalności błękitnych hełmów.

Zapowiedź Boltona pozornie pasuje do opinii prezydenta Trumpa, który Afrykę uważa za „gówniane kraje” (shithole countries) i wykazuje konsekwentny brak jakiegokolwiek zainteresowania tym strategicznie coraz ważniejszym kontynentem. Jednak postawienie misji ONZ pod ścianą w przynajmniej jednym wypadku może przynieść pozytywne efekty.

MINURSO bez „R”

Operacje ONZ w Afryce są bez wyjątku skomplikowane politycznie, militarnie, logistycznie i finansowo. Osiem spośród 15 trwających misji jest w Afryce i każda z nich jest w pewnym stopniu porażką – najczęściej przez finansowe i polityczne ograniczenia nałożone przez kraje członkowskie w głosowaniach w ONZ.

Jednak MINURSO, najdłużej trwająca misja pokojowa ONZ, jest przykładem szczególnym. Została powołana w 1991 r. na rok i od tego czasu jest co roku odnawiana. Jest jedyną misją, która ma bardzo specyficzny cel już w nazwie – „R” w skrócie pochodzi od „referendum”, czyli głosowania dotyczącego niepodległości Sahary Zachodniej, które misja miała zorganizować.

Ale prawie 28 lat po ustanowieniu misji stan przygotowań do referendum – po raz pierwszy zadekretowanego już w latach 70., gdy Sahara Zachodnia była jeszcze hiszpańską kolonią – jest taki sam jak w 1991 r. Nie udało się przygotować nawet listy uprawnionych głosujących. To dlatego, że przez prawie trzy dekady Maroko i Francja, jego żelazny sojusznik w Radzie Bezpieczeństwa dysponujący prawem weta, wychodzą z siebie, by MINURSO było tylko ozdobnikiem.

Maroko po szemranym porozumieniu z Hiszpanią nigdy nie dopuściło do dekolonizacji Sahary Zachodniej. Rozpoczęło jej okupację, jeszcze zanim kolonizatorzy się wycofali, a od 1976 r. w praktyce – choć nielegalnie – kontroluje większość tego terytorium. Przez prawie pół wieku eksploatuje bogate złoża fosforytów w Saharze i łowi ryby w saharyjskich wodach, a prawa samych Saharawich brutalnie tłamsi.

Do 1991 r. saharyjscy partyzanci z lewicowego ruchu Polisario próbowali bez szans na powodzenie odbić swoją ojczyznę. Potem, na fali pozimnowojennej odwilży, ONZ wymusiło rozejm i powołało MINURSO, by wreszcie rozstrzygnąć status państwowości Sahary Zachodniej, choć przez większość tego czasu Maroko albo odmawiało rozmów z Polisario, albo odrzucało inicjatywy ONZ.

Czytaj także: Jak przebiegają afrykańskie granice

Trzy dekady nicnierobienia

Maroko – autorytarne i biedne państwo, w którym król ma status półboga, a władze żywią mieszkańców irredentystycznymi mrzonkami o Wielkim Maroku – uważa Saharę Zachodnią za część swojego dawnego imperium, choć nie ma to żadnego oparcia w faktach. Do tego okupacja jest całkiem opłacalna z uwagi na zasoby tego terytorium.

Polisario nie ma szansy odbić ojczyzny militarnie, zresztą dawno wybrało drogę dyplomacji i pozwów w sądach międzynarodowych i wyrzekło się walki zbrojnej (na drogę terroryzmu nigdy nawet nie weszło). Maroko, dysponujące przez lata wsparciem Stanów i Francji, wybrało niezwykle skuteczną, a równocześnie bardzo prostą metodę utrzymania okupacji poprzez blokowanie działań ONZ.

Władze w Rabacie od prawie 30 lat nie zgadzają się na proponowane przez MINURSO i Polisario referendum z dwóch powodów. Po pierwsze chcą, by do wyboru były tylko autonomia lub włączenie do Maroka, co zupełnie zaprzecza idei referendum niepodległościowego. Po drugie, ważniejsze, Maroko żąda dopisania do listy uprawnionych do głosowania osiedleńców, którzy głosowaliby po myśli Rabatu, a równocześnie chce okroić liczbę uprawnionych do głosowania uchodźców z Sahary, którzy są niemal jednogłośnie proniepodległościowi.

Przez 27 lat mandat misji co roku był odnawiany bez żadnych zmian – MINURSO nadal nie może monitorować praw człowieka w okupowanej Saharze i nie robi żadnych postępów w kwestii referendum. Kryzys humanitarny w obozach i polityczny pod okupacją trwają, ale nie są na tyle gwałtowne, by przyciągnąć uwagę świata. Ostatnie działania Stanów wymusiły wreszcie pewne zmiany.

Waszyngton już w kwietniu wpłynął na to, by misja MINURSO została przedłużona tylko o pół roku (a nie rok, jak zwykle), a strony wróciły do rozmów. Na początku grudnia w Genewie po raz pierwszy od sześciu lat odbyło się spotkanie Maroka z Polisario. Na razie nie przyniosło oczywiście żadnych efektów, ale Saharyjczycy mają duże nadzieje. Zdają sobie sprawę, że jeśli Maroko straci poparcie Stanów dla okupacji, to szanse na referendum znacznie wzrosną.

Saharyjczycy odnieśli też ważne zwycięstwa prawne w walce z drugą podporą marokańskiej okupacji, czyli Francją, która z kolei ma decydujący wpływ na stanowisko Unii w kwestii saharyjskiej. Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł bowiem, że traktaty o połowach, o wolnym handlu i o otwartej przestrzeni lotniczej między Unią a Marokiem nie obejmują terenu Sahary Zachodniej. Presja na Maroko powoli się nasila.

Czytaj także: Zdekolonizowany Trzeci Świat

Czy ktoś chce błękitnych hełmów?

Amerykańska presja na to, by wreszcie rozwiązać ten kryzys, na razie działa. Pytanie, na ile będzie skuteczna. Urzędnicy ONZ podkreślają znaczenie MINURSO, które mimo wszystko skutecznie pilnuje rozejmu, ale ani Maroko, ani Saharawi nie płakaliby, gdyby misja zniknęła.

Saharawi od dawna są sfrustrowani bezczynnością MINURSO, nie całkiem sprawiedliwie postrzegając misję jako promarokańską (m.in. dlatego, że Maroko – wbrew zwyczajom – powiesiło swoją flagę przy siedzibie misji w El-Aaiun). Władzom w Rabacie misja w zasadzie nie przeszkadza w biciu i aresztowaniu Saharawich i kradzieży ich surowców, ale i tak jest irytująca. Gdy w 2016 r. ówczesny sekretarz generalny Ban Ki-Moon powiedział, że Maroko okupuje Saharę, Rabat w odwecie z dnia na dzień po prostu kazał wyjechać wszystkim cywilnym pracownikom misji (wrócili po kilku miesiącach).

Jeśli Ameryka rzeczywiście chce doprowadzić do rozwiązania konfliktu o Saharę Zachodnią, musi ostrożnie szacować presję. Na groźbę wycofania MINURSO obie strony mogą bowiem zareagować wzruszeniem ramion. Maroko na pewno nie zignoruje jednak presji ze strony Waszyngtonu, jeśli ten wycofa poparcie dla działań Rabatu.

Brak MINURSO nie musiałby oznaczać powrotu do wojny, choć wykluczyć tego nie można. Ale na pewno odsunąłby i tak niewielkie szanse na przeprowadzenie obiecanego referendum, a tym samym na niepodległość Sahary Zachodniej. Im dłużej Saharawi będą bez własnego kraju, tym większa szansa, że w końcu znudzi im się praktykowane w obozach uchodźców przywiązanie do demokracji, praw kobiet, laickości i prawno-dyplomatycznych zabiegów o niepodległość.

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jaka jest granica między normalnością a chorobą psychiczną?

Norma psychiczna – czy to w ogóle możliwe, by ją ustalić.

Anna Tylikowska
22.11.2016
Reklama