Odwrót z Syrii? Powoli albo wcale
Donald Trump może niechętnie, ale odchodzi od własnych deklaracji w sprawie Syrii. Amerykanie na razie zostają, być może na długo.
Już po ogłoszeniu przez Donalda Trumpa „szybkiego i kompletnego wycofania” przeprowadzono w Syrii 469 ataków na cele powiązane z ISIS.
DELIL SOULEIMAN/EAST NEWS

Już po ogłoszeniu przez Donalda Trumpa „szybkiego i kompletnego wycofania” przeprowadzono w Syrii 469 ataków na cele powiązane z ISIS.

Na razie nic się nie zmienia i nie wygląda na to, by szybko miało się zmienić. Wbrew zapowiedziom prezydenta Amerykanie nie opuszczają Syrii, mało tego, kampania zbrojna jakby przybrała na sile. W Zatoce Perskiej jest lotniskowiec USS John C. Stennis, z którego pokładu wykonano właśnie intensywną, 24-godzinną kampanię nalotów przeciw ISIS, które przecież według prezydenta już zostało pokonane. Dowództwo Centralne donosi o trwających walkach z bojownikami Państwa Islamskiego nad środkowym Eufratem. Operacja Inherent Resolve trwa w najlepsze, według ostatniego raportu w drugiej połowie grudnia – a więc już po ogłoszeniu przez Donalda Trumpa „szybkiego i kompletnego wycofania” – przeprowadzono w Syrii 469 ataków na cele powiązane z ISIS. Żaden z żołnierzy pozostających pod komendą dowodzącego operacją gen. Paula LaCamery nie został cofnięty do kraju.

Czytaj także: Syria, najkrwawsza wojna tego stulecia

Bliski Wschód może odetchnąć?

Politycy też zmienili narrację. Sekretarz stanu Mike Pompeo zapewnia w Bagdadzie, że Kurdowie, którzy walczyli ramię w ramię z Amerykanami, mogą liczyć na ochronę z ich strony – w domyśle przed Turkami. John Bolton, doradca Trumpa do spraw bezpieczeństwa, twierdzi, że odwrót może „potrwać miesiące”. Sam Trump napisał na Twitterze, że kłamliwe media źle interpretują jego własne zapowiedzi i że nie zrobi nic nierozsądnego. Czy Bliski Wschód może odetchnąć? Gwarancji nie ma, bo decyzje prezydenta USA są czasami tak zmienne jak jego nastroje. W tym wypadku wydaje się, że – może niechętnie – zmienia zdanie.

Najbardziej pomógł chyba Erdoğan. Jego otwarte groźby, że za chwilę ruszy od północy na Kurdów, odbiły się echem w Waszyngtonie i wielu innych stolicach. Nawet Donald Trump nie może całkiem zlekceważyć kwestii etycznych, zwłaszcza jeśli mówią o nich jego wojskowi. Towarzyszy broni, z którymi kilka miesięcy temu Amerykanie prowadzili kampanie przeciw ISIS, nie zostawia się na pastwę Turków. Kurdowie ze swej strony, a mają swoich sprzymierzeńców na świecie, rozpoczęli kampanię pokazującą z jednej strony konsekwencje amerykańskiego wycofania, a z drugiej skomplikowanie sytuacji na froncie, na którym walka wciąż trwa.

Los kurdyjskich kobiet i dzieci na terenach zagrożonych tureckim atakiem został podchwycony przez media i zachodnich polityków. Kurdyjscy politycy zaczęli głośno rozważać zwrócenie się o pomoc do Iranu, Syrii czy Rosji. Nagle okazało się też, że w szeregach ISIS są Amerykanie, których zdjęcia obiegły świat. Powstrzymaniu impulsywnego Trumpa pomogła oczywiście zmiana układu sił na Kapitolu, która sprawiła, że polityka prezydenta już zaczęła być poddawana ściślejszej kontroli, a konsekwencje uznania jego decyzji za szkodliwe przez opozycję, która uzyskała poważny wpływ na budżet, stały się dużo poważniejsze.

Czytaj także: Wojskowi w gabinecie Donalda Trumpa

Europa negocjuje z Trumpem

Swoje znaczenie miało zdanie sojuszników z Bliskiego Wschodu i Europy. Wygląda bowiem na to, że – jak już bywało w przeszłości – słowa Trumpa o wycofaniu z Syrii padły bez żadnej konsultacji z ponad 70 uczestnikami koalicji przeciw ISIS i tymi krajami, które dokładają swoje kontyngenty do prowadzonej przez Amerykanów operacji w imię dbania o szersze relacje sojusznicze. Chodzi przy tym w części o europejskie kraje NATO. Europa, reprezentowana, jak się zdaje, przez najbardziej zaangażowanego bezpośrednio na froncie Emmanuela Macrona, zamieniła początkowe rozdrażnienie na spokojne negocjacje. Nowy rok, po okresie świątecznych przemyśleń o wartości sojuszniczych zobowiązań, przyniósł serię telefonicznych rozmów na linii Gabinet Owalny–reszta świata, w których jedną z pierwszych było połączenie Trump–Macron.

Rozmowom prezydenta towarzyszyły wyprawy Boltona i Pompeo na Bliski Wschód. Komunikaty płynące po ich zakończeniu były już zupełnie odmienne od buńczucznych zapowiedzi sprzed świąt. Otoczenie Trumpa zorientowało się, że relatywnie niewielka oszczędność finansowa i gest w sumie symboliczny może mieć gigantyczne konsekwencje dla pozycji i wiarygodności Ameryki. I na razie nie ma decyzji, by w imię realizacji obietnic Trumpa postawić całą resztę na szali.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj