Odwrót z Syrii? Powoli albo wcale
Już po ogłoszeniu przez Donalda Trumpa „szybkiego i kompletnego wycofania” przeprowadzono w Syrii 469 ataków na cele powiązane z ISIS.
DELIL SOULEIMAN/EAST NEWS

Już po ogłoszeniu przez Donalda Trumpa „szybkiego i kompletnego wycofania” przeprowadzono w Syrii 469 ataków na cele powiązane z ISIS.

Czy Trump wycofa się z decyzji w sprawie Syrii?

Zwłaszcza że spowolnienie wycofania – a nawet całkowitą rezygnację z niego – da się spokojnie wytłumaczyć. Najbardziej wiarygodne, choć najtrudniejsze do przełknięcia przez Trumpa może być to, że Państwo Islamskie wcale nie zostało pokonane. Do fizycznej eliminacji zostało wedle różnych szacunków od 5 do 15 tys. bojowników ISIS, kryjących się głównie na syryjsko-irackim pograniczu. Do transgranicznych interwencji została zresztą niedawno zaproszona przez Damaszek armia iracka, niemal całkowicie kontrolowana przez Amerykanów i przez nich wspierana. Asysta wojskowa, przynajmniej do czasu osiągnięcia jakiegoś „dealu” z Erdoğanem, pozostanie też na terenach kurdyjskich, zapewniając Kurdom ochronę przed tureckim atakiem.

Najważniejsze z politycznego punktu widzenia wydaje się jednak to, że obecność Amerykanów na syryjskiej ziemi gwarantowała stałe monitorowanie działalności ugrupowań wspieranych przez Iran oraz poczynań Rosjan. Spuszczenie z nich czujnego oka amerykańskich satelitów, samolotów i bezzałogowców, które nie musiałyby już wspierać wojsk działających na ziemi, byłoby równoznaczne z daniem przeciwnikom USA większego marginesu swobody, jeśli nie wolnej ręki. O ile Trump bardzo chętnie oddałby syryjski problem Teheranowi i Moskwie w sensie politycznym, o tyle wziąłby na siebie odpowiedzialność za strategiczne skutki. Również wobec tak bliskich partnerów jak Izrael, któremu wielokrotnie deklarował wierność i oddanie. A w USA o oskarżenia o narażenie bezpieczeństwa Izraela lepiej się nie prosić.

Amerykanów interesuje bardziej mur niż los Kurdów w Syrii

Prezydent Trump zresztą dość skutecznie odwraca uwagę Amerykanów od meandrów swojej polityki bliskowschodniej. Robi to tak, jak umie najlepiej, przez wykreowanie jeszcze większego kryzysu w kraju. Trzeci tydzień trwa już ograniczenie działalności urzędów i instytucji finansowanych z budżetu federalnego, które oznacza finansowe kłopoty dla ok. 800 tys. pracowników i funkcjonariuszy oraz polityczną wojnę z Kongresem. Tłem konfliktu jest żądanie budowy muru czy też płotu na granicy z Meksykiem, który Donald Trump obiecał swoim wyborcom dwa lat temu. Pieniędzy zażądał rzutem na taśmę pod koniec zeszłego roku, kiedy jeszcze miał po swojej stronie obie izby Kongresu, ale nic nie uzyskał.

W zaczętej w styczniu nowej kadencji, ze zdominowaną przez opozycję Izbą Reprezentantów, wydaje się to wręcz niemożliwe. Dlatego zagroził, że jest gotów wprowadzić stan wyjątkowy, by sfinansować mur bez zgody Kongresu, najprawdopodobniej z budżetu Pentagonu. Ale mimo głośnej retoryki Trump doskonale zdaje sobie sprawę, że takie rozwiązanie nie spotka się z akceptacją również w jego partii.

Trwa wojna nerwów, każda strona wyczekuje, by to przeciwnik mrugnął pierwszy, pracownicy federalni liczą ostatnie centy w portfelach. Amerykanie mają na własnej scenie dramat o wiele bardziej ekscytujący niż los Kurdów w Syrii, a Trump może być chwilowo spokojny, że z pytaniami o fiasko jego zamiarów nikt zbyt mocno nie będzie się narzucał. Zwłaszcza że reporterzy nawet w obliczu takiego kryzysu wolą pytać prezydenta o rozwód najbogatszego człowieka świata – Jeffa Bezosa. Jeśli nie drażnienie prezydenta ma być ceną za pozostanie Amerykanów tam, gdzie są potrzebni, to może warto o nic nie pytać.

Czytaj także: Gen. Mattis mówi Trumpowi dość

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj