Świat

Atak Iranu odsłonił niedostatki amerykańskiej obrony przeciwrakietowej

Po ataku na amerykańską ambasadę w Bagdadzie do Iraku skierowano dodatkowe siły. Po ataku na amerykańską ambasadę w Bagdadzie do Iraku skierowano dodatkowe siły. apt. Robyn Haake/Planetpix / Zuma Press / Forum
To była bardzo krótka i bezkrwawa „wojna”, ale przyniosła kilka istotnych wniosków dla przyszłych konfliktów i sytuacji strategicznej, nie tylko na Bliskim Wschodzie.

Według amerykańskich dowódców Iran miał wystrzelić 15 pocisków, z których tylko 11 trafiło w cele, ale to wystarczyło, by unaocznić amerykańskiej opinii publicznej i wszystkim innym podstawowy fakt: Iran jest w stanie zaatakować rakietami balistycznymi, a wojska USA nie są w stanie obronić wszystkich potencjalnie zagrożonych lokalizacji swoimi systemami antyrakietowymi. Dylemat tarczy i miecza pojawił się w nowej odsłonie: miecz jest w stanie spaść w miejsce, gdzie nie sięga tarcza, a w dodatku tych mieczy są setki, a może tysiące, podczas gdy tarcze można policzyć na palcach jednej ręki.

Irańskie miecze

Iran od dawna uznawany był za rakietową potęgę na regionalną skalę. Po przegranej wojnie z dużo mniejszym Irakiem w latach 1980–88, kiedy to Irak był stroną lepiej uzbrojoną i wykorzystującą nowoczesne wówczas pociski balistyczne SCUD, Iran rozpoczął starania o własne rakiety. Z pomocą Rosji, Chin, Korei Północnej zbudował pokaźny arsenał wielu typów pocisków o różnym stopniu zaawansowania. Część to dziś już przestarzałe wersje rozwojowe SCUD-ów, napędzane płynnym paliwem, które każdorazowo przed startem trzeba nalać do stopnia napędowego rakiety. Ale nowsze, krótszego zasięgu pociski napędza już stałe paliwo rakietowe, a zatem są bezpieczniejsze dla użytkowników, prostsze w obsłudze i przede wszystkim mobilne, a więc trudniejsze do wykrycia. Pociski balistyczne to dla Iranu broń strategiczna i mająca największe znaczenie polityczne – wszystkie są więc w rękach sił powietrznych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, najbardziej zaufanego rodzaju sił zbrojnych.

Według amerykańskiego think tanku CSIS Iran ma dziś w uzbrojeniu sześć typów pocisków balistycznych krótkiego zasięgu (od 150 do 800 km) i dwa typy pocisków średniego zasięgu (1300–2000 km). Pracuje też nad dwoma kolejnymi typami pocisków o zasięgu zbliżonym i przekraczającym 2 tys. km. Iran ma poza tym skrzydlate pociski samosterujące Cruise o zasięgu 2,5 tys. km – wolniejsze od balistycznych i przenoszące mniejsze głowice, za to znacznie trudniejsze do wykrycia i co ważne, tańsze od rakiet. Taki arsenał wystarczy, by zagrozić dowolnemu miejscu na Bliskim Wschodzie, w północno-wschodniej Afryce czy południowo-wschodniej Europie.

W ataku na amerykańskie bazy w sąsiednim Iraku, według CSIS, użyto pocisków Qiam o zasięgu do 800 km i Fateh-110 o zasięgu 300 km, a może i większym. Irańskie państwowe media podawały bowiem informację o nowych Fateh-313 o zasięgu wydłużonym do 500 km. Według CSIS oba typy należą do najbardziej precyzyjnych broni w irańskim arsenale rakietowym, choć to pociski różnych generacji. Qiam jest modernizacją starego SCUD-a na paliwo ciekłe – to duża, ale dość niecelna rakieta (promień trafienia 500 m) z potężną, 750-kilogramową głowicą. Fateh to już pocisk nowej generacji na paliwo stałe, mający trafiać z dokładnością 100 m. Jego nowsza generacja to dokładność trafienia liczona w metrach. Dokładność tę da się wykorzystać do trafienia tam, gdzie nie jest spodziewana obecność wrogich żołnierzy, co najprawdopodobniej miało miejsce przy okazji ostatniego ostrzału.

Czytaj też: Stany kontra Iran – scenariusze wojenne

Odstraszanie działa w dwie strony

Irańczycy pokazali Amerykanom, po pierwsze, że są w stanie zaatakować ich bazy rakietami bez potrzeby uciekania się do pomocy paramilitarnych oddziałów na terytorium Iraku; są w stanie odpalić salwę różnego rodzaju pocisków przeciw różnym celom oraz mają na tyle dobre rozpoznanie, że mogą bardzo precyzyjnie wymierzyć cios. Czy Iran zamierzał czy nie zabić żołnierzy USA w zaatakowanych bazach, to nadal kwestia dyskusyjna, ale wiele analiz skutków ostrzału zawiera konstatację, że atak celowo skierowany był w miejsca, gdzie prawdopodobieństwo przebywania Amerykanów było znikome – a dodatkowo został zapowiedziany z takim wyprzedzeniem, żeby był czas na ukrycie się.

To, że ostrzał nie miał na celu spowodowanie strat w ludziach, przyznały też ostatecznie irańskie siły zbrojne, co może być wyłącznie propagandą usprawiedliwiającą brak ofiar wobec żądnej zemsty opinii publicznej, ale powinno być brane pod uwagę. Dla równowagi amerykański szef połączonych sztabów gen. Mark Milley uważa, że Iran chciał krwawo pomścić zabitego w Bagdadzie gen. Sulejmaniego, tyle że mu się to nie powiodło wskutek doskonałej pracy zwiadu, wywiadu oraz reakcji dowódców baz.

Nie ma wątpliwości, iż zademonstrowanie przez Iran zdolności do rakietowego uderzenia zrobiło wrażenie na wojskowych z USA. Co innego analiza testów poligonowych, a co innego naoczne przekonanie się o skuteczności systemu ofensywnego w warunkach bojowych. Od tej pory Amerykanie wiedzą, że Iran jest w stanie wystrzelić przeciw nim rakiety balistyczne, a rakiety te są mogą bardzo dokładnie trafić w cel. Wiedzą również, że do masakry żołnierzy w bazach nie doszło tylko wskutek politycznej decyzji Teheranu, a nie nieudolności przeciwnika bądź nieskuteczności użytych przez niego systemów. Amerykańscy dowódcy mieli pełną świadomość, że ich bazy w Iraku nie są w aktywny sposób chronione przed atakiem balistycznym. Kilka dni po ostrzale jest już absolutnie jasne, że nie miały antyrakietowej obrony, bo systemów takich jest w służbie za mało, by chronić każdą lokalizację wojsk USA będącą w zasięgu irańskich rakiet, a przed nadchodzącą eskalacją antyrakietowe baterie zostały wysłane gdzie indziej, nie do Iraku.

Patrioty się skończyły

Jakież musiało być zdumienie Donalda Trumpa, gdy siedząc z generałami w pokoju narad wojennych Białego Domu, usłyszał, że bazy wojsk USA w Iraku nie są bronione systemami antyrakietowymi. Trump lubi powtarzać – i w większości przypadków ma rację – że Amerykanie mają najlepsze uzbrojenie na świecie i mają go pod dostatkiem.

Można sobie wyobrazić, że prezydent – na co dzień niezbyt przywiązany do detali – przekonany był, iż każda baza w regionie ma roztoczony nad sobą antyrakietowy parasol, a systemy Patriot są w stanie zestrzelić każdą nadlatującą rakietę. „Panie prezydencie, nie mamy patriotów” – usłyszał głównodowodzący, gdy o to zapytał. Lub – co bardziej prawdopodobne – sam wyraził takie przekonanie. Trump mógł więc pytać generałów, „jak wobec tego się obronimy”, a ci pewnie mu opowiedzieli, jak wygląda alarm rakietowy, w jaki sposób dowódcy rozśrodkowali żołnierzy poza bazy, i uspokoili, że najprawdopodobniej zobaczą start pocisków balistycznych poprzez czujne systemy satelitarne.

Wyobrażenie żołnierzy „posiadających najlepsze na świecie uzbrojenie”, którzy muszą kryć się w dziurach w ziemi przed irańskimi rakietami, z pewnością Trumpowi się nie spodobało. Być może uświadomienie prezydentowi problemu stało również za powstrzymaniem się od kolejnych ataków na Iran. Trump zdał sobie sprawę, że jeśli Irańczycy zdecydowaliby się użyć większej liczby pocisków przeciw większej liczbie celów, ofiary byłyby nie do uniknięcia, niezależnie od tego, jak srogi później zarządziłby odwet.

Za mało tarcz

Amerykanie mają w jednostkach liniowych 15 batalionów patriotów, których użytkownikiem są wojska lądowe – US Army. Cztery bataliony są na stałe rozmieszczone w Europie i wschodniej Azji, chronią siły USA przed atakiem z Rosji czy Korei Północnej. Latem i jesienią zeszłego roku, gdy Iran zaatakował tankowce w cieśninie Ormuz, a Saudyjczycy ucierpieli w ataku dronów na ich instalacje naftowe, Amerykanie wysłali batalion patriotów, wraz z radarami krótkiego zasięgu, do Kataru i Arabii Saudyjskiej.

Patrioty są stale unowocześniane, przechodzą końcowy etap „ucyfrowienia”, bo to system wywodzący się jeszcze ze starej technologii lampowej i nie wszystkie jego komponenty były wymieniane w tempie odpowiednim do zachodzącej w cywilnym świecie rewolucji technologicznej. Jeden batalion jest więc na stałe przeznaczony do testów i szkolenia, a jakaś część arsenału antyrakietowego zawsze jest w trakcie modernizacji.

Na horyzoncie są większe zmiany – w tej dekadzie system obrony powietrznej USA ma zostać niemal całkowicie przebudowany. Wyrzutnie pocisków PAC-3 MSE dostaną nowe radary LTAMDS i system dowodzenia IBCS (kupi go również Polska), a zatem i tak nieliczne bataliony obrony powietrznej średniego pułapu trzeba będzie wycofać z linii w celu integracji z nowym sprzętem. Jeszcze gorzej jest z systemami broniącymi nieba na wysokim pułapie – THAAD. Tych Amerykanie mają ledwie siedem batalionów i bardzo oszczędnie nimi gospodarują. Żeby było jeszcze gorzej, systemy obrony antyrakietowej, niezależnie od swojej nowoczesności, są z natury punktowe – bateria jest w stanie skutecznie bronić bardzo niewielkiego obszaru. Istniejące systemy – Patriot i THAAD – nie są łatwo mobilne, ich szybki przerzut z bazy do bazy wymaga sporego wysiłku transportowego i logistycznego, potrzebnych jest kilka samolotów klasy C-17 (w przypadku patriota wystarczą mniejsze C-130, ale liczne). Wymagają też stanowisk, obsługa baterii to zaś 200 osób, które gdzieś trzeba zakwaterować, jakoś wyżywić i chronić przed atakiem wroga.

W sumie to bardzo droga operacja już na etapie przygotowania obrony, nie mówiąc o bojowym uruchomieniu antyrakietowej tarczy. Jeden pocisk PAC-3 MSE kosztuje ponad 5 mln dol., do nadlatującej rakiety balistycznej dla pewności odpala się dwa. Nie ma możliwości, by tych kalkulacji nie uwzględniali Rosjanie czy Chińczycy. I nie sposób nie myśleć o tych kalkulacjach w realiach Polski, wschodniej flanki NATO i obrony antyrakietowej wobec arsenału wielokroć większego niż ten z Iranu.

Czytaj także: Wnioski dla Polski po ataku na saudyjskie rafinerie

Brzydkie słowo proliferacja

Amerykańscy wojskowi i politycy bardzo nie lubią tego sformułowania, które w przypadku Iranu właśnie przybrało praktyczny wymiar. Technologia rakietowa i zdolność budowy pocisków samosterujących dawno przestała być zastrzeżona dla światowych mocarstw i krajów najbardziej zaawansowanych technologicznie. Światowe porozumienia o ograniczeniu zbrojeń są efektywne tylko w odniesieniu do tych krajów, które chcą ich przestrzegać. Kraje odmawiające ich podpisania lub je łamiące przy politycznej determinacji i odpowiednich zasobach finansowych mają w zasadzie swobodny dostęp do tego rodzaju uzbrojenia.

Iran jest jednym z nich, a ponieważ w ostatnich dekadach współpracował choćby z Koreą Północną, nie dziwi, że uzyskał to, co chciał – zdolność budowy własnych rakiet. Wiemy też, że próbował – a według Izraela i USA wcale nie przestał po podpisaniu porozumienia atomowego z 2015 r. – do tych rakiet dołożyć głowice jądrowe, co dałoby niekwestionowany status regionalnego mocarstwa.

Przykład Indii, Pakistanu czy Korei Północnej pokazuje, że nawet w świecie traktatów i pod okiem tradycyjnych mocarstw z Rady Bezpieczeństwa ONZ jest to możliwe. Paradoksem sytuacji jest to, że obserwujący zbrojenia innych krajów Amerykanie związani byli traktatem INF, zawartym jeszcze ze Związkiem Radzieckim, więc nie posiadają dziś odpalanych z ziemi pocisków rakietowych i samosterujących o zasięgu powyżej 500 km. Czyli nie mają takiej broni, jaką zostali zaatakowani przez Iran. Kompensują to oczywiście pociskami Tomahawk odpalanymi z morza i powietrza, lecz naziemnych wyrzutni rakiet po prostu im brak.

To jeden z argumentów za wyjściem z ograniczeń traktatu INF, choć oczywiście nie Iran, a Chiny i Rosja przytaczane są w tym kontekście jako główni „winowajcy”. Proliferacja technologii rakietowej stała się faktem i Amerykanie na razie mogą co najwyżej równoważyć potencjał swych ewentualnych przeciwników. Ze względu na koszty systemów obrony antyrakietowej nie da się zbudować takiej liczby tarcz, by wystarczyła przeciw wszystkim mieczom. A może w ogóle to ślepa uliczka?

Liczy się zwiad i wywiad

Amerykanów przed masakrą uchroniły bowiem nie supernowoczesne antyrakiety, których w zaatakowanych miejscach po prostu nie było, a współpraca wywiadowcza i dane uzyskane od... przeciwników. Amerykańskie media ciągle dokopują się nowych szczegółów, ale z tego, co w tej chwili z dużym prawdopodobieństwem wiadomo, powiadomienia przyszły sporo przed atakiem i przynajmniej dwoma kanałami. Pierwszy był iracki – co oczywiste, biorąc pod uwagę sąsiedztwo z Iranem oraz fakt, że Iran jest aktywnie obecny w Iraku na poziomie politycznym. Teheranowi nie zależało na antagonizowaniu irackiej ulicy, dlatego raczej nie chciał, by rakiety wyrządziły większe szkody.

Drugi kanał miał być gorącą linią uruchomioną przez USA poprzez dyplomację szwajcarską. Neutralna Szwajcaria otwarcie przyznaje się do tej roli i potwierdza, że w apogeum obecnego kryzysu odbyło się tajne spotkanie na mocy mandatu dyplomatycznego pośrednictwa, sprawowanego od czasu zerwania przez USA i Iran stosunków bezpośrednich relacji dyplomatycznych w 1980 r. Niewykluczone – spekulują media – że kanał ten został wykorzystany, aby uprzedzić Amerykanów przed nadchodzącym uderzeniem irańskich pocisków.

Sami Amerykanie oczywiście zobaczyli starty pocisków balistycznych z Iranu, bo mają na orbicie satelity wojskowe do tego przeznaczone. Ale to też pewnego rodzaju wybieg. Start pocisków balistycznych z naziemnych wyrzutni w suchym lub pustynnym otoczeniu w nocy jest wyraźnie widoczny z odległości tysięcy kilometrów, zwłaszcza dla czujników termicznych. Gdyby Iran użył pocisków samosterujących lub dronów dalekiego zasięgu, ich start byłby dużo trudniejszy do wykrycia. W świecie, w którym rakiety balistyczne i skrzydlate pociski stają się coraz dostępniejsze, środki ich wykrywania – na poziomie budowy, gromadzenia potencjału i przede wszystkim użycia bojowego – są równie ważne, a kto wie, czy nie ważniejsze od środków ich zwalczania.

Szczególnie że rozpoznanie i śledzenie potencjału rakietowego przeciwnika jest o wiele tańsze niż jego zwalczanie. W sytuacji kryzysowej niezastąpiony jest jednak wywiad, zwłaszcza ten umożliwiający bezpośredni dostęp do decyzji – a zatem ludzki. Krajowi na celowniku najbardziej zależy nie na informacji o tym, iloma i jakimi rakietami dysponuje przeciwnik, a o tym, czy, jakie i ilu zamierza użyć i przeciw jakim celom. Tu nowoczesna technologia satelitarna musi ustąpić tradycyjnym metodom – szpiegostwu i agenturze, które być może odegrały kluczową rolę w zapobieżeniu dramatycznym konsekwencjom konfrontacji Iranu i USA.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Czytaj także

Historia

Dawni medycy i lekarscy kaci

Balwierze, wyrwizęby i kaci, czyli dawni medycy i ich terapie.

Dariusz Łukasiewicz
17.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną