Świat

Koronawirus może mocno uderzyć w nasze demokracje

Miasto Daegu, Korea Południowa. Wojsko na ulicach walczy z rozwojem epidemii Covid-19. Miasto Daegu, Korea Południowa. Wojsko na ulicach walczy z rozwojem epidemii Covid-19. Kim Kyung-hoon / Reuters / Forum
By zatrzymać pandemię, kolejne kraje wprowadzają restrykcje w społecznych interakcjach. Wirus, który zdaniem sceptyków miał być tylko nową wersją grypy, zmienia zasady relacji państwa z obywatelem.

Korea Południowa podawana jest jako przykład skutecznej odpowiedzi władz na pandemię. Dość szybko udało się tam zahamować przyrost zachorowań. W dodatku przy relatywnie wysokiej liczbie chorych kraj zarejestrował mało ofiar śmiertelnych.

Eksperci chwalą Seul za szybkie decyzje i zaawansowane technologie. Podkreślają, że rząd nie oszczędzał, a już na pierwszą fazę zagrożenia przeznaczył ok. 25 mld dol. Tyle że gdy Covid-19 przestał być sprawą wyłącznie chińską i przeobraził się w problem ponadnarodowy, koreańska władza zaczęła się zachowywać jak autorytarna.

Czytaj też: Co zrobić, gdy mam objawy infekcji? Krótki poradnik

Koreańska strategia walki z wirusem

Wszyscy, którzy w początkowej fazie epidemii przyjeżdżali do Korei z Chin, byli ściśle monitorowani. Dotyczy to także tych aspektów życia codziennego, które wychowani w duchu demokracji liberalnych Europejczycy uznają za prywatne i święte. Przybyszom z Państwa Środka oglądano wyciągi bankowe, kontrolowano ich transakcje, śledzono, jak się przemieszczają.

Kiedy któryś z nich zachorował, wszystkie szczegóły z jego życia stawały się publiczne: od miejsca robienia zakupów po numer fotela w kinie. W imię bezpieczeństwa Koreańczycy ingerowali w sferę prywatną obywateli najgłębiej, jak się da. Wielokrotnie doprowadziło to do kuriozalnych, wstydliwych sytuacji – ujawniono m.in., że jeden z mieszkańców Daejeon udał się do sklepu z bielizną erotyczną.

Mimo to społeczeństwo podporządkowało się restrykcjom. Ale z różnych przyczyn Europa o powtórce azjatyckich sukcesów w walce z koronawirusem może na razie zapomnieć. Tymczasem stała się epicentrum pandemii. Czy mieszkańców Starego Kontynentu czeka przejście na tymczasowy paraautorytaryzm? I czy są na to gotowi?

Czytaj też: Dlaczego koronawirus uderzył właśnie we Włoszech?

Od kwarantanny po areszt domowy

Pewne ograniczenia już zostały wprowadzone. Nie chodzi tylko o zamknięcie szkół i granic, zawieszenie lotów czy zalecenia domowej kwarantanny. Europejskie rządy zaczynają regulować ceny niektórych dóbr. Władze Francji ustanowiły limity cenowe dla maseczek chirurgicznych i płynów dezynfekujących. Kolejne kraje zakazują ich akumulowania w ogromnych ilościach i handlu na wtórnym rynku. Tych, którzy nie podporządkują się przepisom, czekają kary finansowe, a nawet naloty służb, konfiskata mienia, a może i więzienie.

Do zwiększonej obecności wojska czy policji też trzeba się zacząć przyzwyczajać. Możliwe, że jeśli statystyki zachorowań nie przestaną rosnąć, codzienne wizyty w domach, meldunki telefoniczne czy internetowe staną się rzeczywistością nie tylko dla objętych kwarantanną, ale dla dużej części populacji. By ograniczyć liczbę zgonów, władze mogą np. trzymać w areszcie domowym wszystkich obywateli powyżej pewnej granicy wiekowej.

Czytaj też: Co się zmieni po ogłoszeniu pandemii przez WHO?

Restrykcje trudne do przełknięcia

Danych osobistych mogą też zacząć żądać od nas prywatne instytucje, jak centra handlowe. To rozwiązanie znane z innego nie do końca demokratycznego kraju azjatyckiego: Singapuru. Tam przy wejściu do galerii, siedzib prywatnych firm i na dworcach trzeba było podać dane osobowe, włącznie z numerem paszportu i historią podróży z ostatnich miesięcy. Dla Europejczyków, wrażliwych na punkcie swojej prywatności, mogłoby to być trudne do przełknięcia.

W europejskiej rzeczywistości pojawia się też kolejny dawno niewidziany element, czyli narzucone limity zakupowe. TESCO w wielu krajach UE wprowadziło ograniczenia: nie więcej niż sześć sztuk produktu na jednego klienta. W ślad sieci pójdą pewnie inne duże sklepy. A jeśli kwarantanna będzie się przedłużać, zapewne i małe, rodzinne przedsiębiorstwa.

Gospodarka centralnie sterowana

Najbardziej katastrofalny scenariusz zakłada, że pandemii nie uda się opanować aż do lata. W połączeniu z suszą i innymi skutkami ocieplenia klimatu może to mocno zagrozić dostawom żywności. Rolnicy nie będą mogli wyjść na pola, opóźni się produkcja sztucznych nawozów czy środków chwastobójczych. Co wtedy z dostępem do jedzenia?

Inny scenariusz zakłada, że w jakiś sposób zainterweniowałoby państwo, ustalając ceny produktów spożywczych tak samo, jak robi to już z maseczkami i płynami dezynfekującymi. Wówczas jedzenia byłoby pewnie mniej, ale pozostałoby w miarę szeroko dostępne. W tym miejscu należy jednak zapytać, czy interwencja cenowa, w praktyce oznaczająca powrót do centralnie sterowanej gospodarki, jest w ogóle możliwa w czasach zglobalizowanego łańcucha dostaw i kapitalizmu.

Jeśli więc władze nie byłyby chętne ani gotowe wyrównać cen żywności, w grę wszedłby scenariusz rodem z filmów science fiction. Bogatych stać byłoby na jedzenie jak w czasach prepandemicznych, biedni musieliby liczyć na racje żywnościowe lub wąską grupę tanich towarów. W pierwszym scenariuszu oznaczałoby to naruszenie zasad wolnego rynku i nagięcie zdolności państwa do maksimum, w drugim – rozwarstwienie i regres społeczny.

Czytaj też: Koronawirus zainfekował gospodarkę

Jak pandemia wpłynie na wybory

Zawieszenie życia społecznego na dłużej mocno wpłynie też na kalendarz polityczny. Wybory powinny w tym roku odbyć się w 13 europejskich krajach. Żaden nie jest przygotowany, by przeprowadzić je w sieci. Dlatego niewykluczone, że kadencja co niektórych polityków czy partii automatycznie się wydłuży.

Czytaj też: Polityka w czasach zarazy

A wtedy zyskają czas, by wprowadzić fundamentalne zmiany, nawet takie o charakterze ustrojowym. To zaś da pole do kolejnych konfliktów, bo opozycja w każdym z tych krajów będzie z pewnością dążyć do uczynienia z „doliczonego czasu gry” etapu, w którym decyzje wykonawcze zostałyby mocno ograniczone.

Pandemia Covid-19 jest pierwszym zjawiskiem, które z taką mocą i gwałtownością uderza w zglobalizowaną, zjednoczoną i wolną od wojen Europę. To test dla trwałości naszych demokracji i porządku instytucjonalnego na poziomie ponadnarodowym. Jeśli go oblejemy, przechylając wahadło w stronę autorytaryzmu, koronawirus może się okazać bardziej brzemienny w skutki niż najgorsze konflikty zbrojne.

Czytaj też: Stan wyjątkowy w Polsce. Potrzebny? Groźny? Co oznacza?

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną