Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Zamach w Brukseli był tragiczny, ale z Hamasem nie miał nic wspólnego

Dwaj szwedzcy kibice zastrzeleni w Brukseli na stadionie im. Króla Baudouina, 16 października 2023 r. Dwaj szwedzcy kibice zastrzeleni w Brukseli na stadionie im. Króla Baudouina, 16 października 2023 r. John Thys / AFP / EAST NEWS
W poniedziałek przed meczem piłkarskich eliminacji mistrzostw Europy pomiędzy Belgią a Szwecją 45-letni obywatel Tunezji śmiertelnie postrzelił dwóch szwedzkich kibiców i ranił trzeciego. Policja nie wiąże jego działań z toczącym się konfliktem na Bliskim Wschodzie.

Do ataku doszło na trzy kwadranse przed rozpoczęciem spotkania rozgrywanego w Brukseli, mniej więcej 5 km od stadionu im. Króla Baudouina znajdującego się na obrzeżach belgijskiej stolicy. Mężczyzna, ostatecznie zastrzelony przez interweniujących policjantów po całonocnej obławie, wcześniej zamieścił w mediach społecznościowych nagranie wideo, w którym identyfikował się jako zwolennik Państwa Islamskiego. Według wstępnych ustaleń policji pochodził z Tunezji, wcześniej przebywał we Włoszech, gdzie spędził najpewniej kilka lat. Belgijska policja we współpracy z Europolem oraz władzami na Półwyspie Apenińskim zidentyfikowała go na zamieszczonych w internecie zdjęciach z Genui (w 2021 r.) oraz Bolonii (2016 r.). Na razie brak danych na temat jego statusu prawnego w Unii Europejskiej, chociaż wiele wskazuje, że dostał się do Europy bez ważnych dokumentów kilka lat wcześniej. Według ustaleń serwisu Politico mężczyzna był na celowniku służb już wcześniej z powodu jego aktywności w mediach społecznościowych – był klasyfikowany jako potencjalnie zradykalizowany.

Nie każdy zamach ma związek z Bliskim Wschodem

Ofiarami byli dwaj mężczyźni w wieku ok. 60 i 70 lat. Obaj byli Szwedami, kibicami swojej reprezentacji. Wstępna teoria zakłada, że zamachowiec wziął ich na cel właśnie z powodu kraju pochodzenia. Powtórzył ją we wtorek rano premier Belgii Alexander De Croo, wskazując, że Tunezyjczyk najprawdopodobniej chciał ukarać Szwedów za rzekome antyislamskie nastawienie tego narodu. W Brukseli wskutek zamachu zmobilizowano dodatkowe służby porządkowe i wzmocniono ochronę unijnych dyplomatów. We wtorek zamknięte były międzynarodowe placówki edukacyjne i przedszkola dla urzędników instytucji wspólnotowych, ale na głównych osiach transportu publicznego nie wprowadzono żadnych ograniczeń.

Władze – zarówno belgijskie, jak i szwedzkie – podkreślają wyraźnie, że nie ma w tej chwili dowodów na związek pomiędzy poniedziałkowym atakiem a kryzysem na Bliskim Wschodzie. Wbrew pierwszym doniesieniom medialnym oraz rozpowszechnionym już dość mocno w internecie fake newsom zamachowiec nie był powiązany z Hamasem, nie krzyczał ani nie manifestował haseł antysemickich. Nie znaczy to oczywiście, że atak był całkowicie przypadkowy, zwłaszcza biorąc pod uwagę jak najbardziej świadomy wybór narodowości ofiar. Politico, powołując się na źródła w belgijskiej policji oraz tamtejszym MSW, sugeruje, że motywem mogła być niedawna seria przypadków publicznego spalenia Koranu w szwedzkich miastach, która doprowadziła zresztą do podniesienia poziomu zagrożenia terrorystycznego w największych miastach – w tym w Sztokholmie i w Malmö, gdzie w ostatnich latach dochodziło do ataków na tle religijnym oraz starć pomiędzy służbami mundurowymi a przedstawicielami społeczności migrantów z krajów arabskich.

Brukselski atak, choć niepowiązany z sytuacją w Gazie, natychmiast spotęgował nieco uśpione w ostatnich latach lęki związane z zamachami ze strony dżihadystów. Zwłaszcza że 45-letni Tunezyjczyk w mediach społecznościowych identyfikował się jako „wysłannik Allaha w szeregach Państwa Islamskiego”. Lęki te dodatkowo potęguje fakt, że do zamachu doszło właśnie w stolicy Belgii, nierzadko opisywanej jako jedno z europejskich miast obarczonych największym ryzykiem ewentualnego ataku ze strony radykałów islamskich. Wielu komentatorów ulega zresztą pokusie, by poniedziałkowe wydarzenia powiązać chociażby z ubiegłotygodniowym zasztyletowaniem Dominique’a Bernarda, nauczyciela w szkole średniej w Arras, który został zabity przez Rosjanina czeczeńskiego pochodzenia. Napastnik miał w chwili morderstwa krzyczeć „Allah Akbar”, a on i jego rodzina również znajdowali się na celowniku francuskich służb z powodu możliwej radykalizacji i związków z organizacjami terrorystycznymi. Ojciec zamachowca miał związki z islamskimi radykałami, a cała rodzina ledwo uniknęła deportacji do Inguszetii w 2014 r. Inni wskazują też na niedawne wydarzenia w Stanach Zjednoczonych, gdzie 6-letni chłopiec, Amerykanin palestyńskiego pochodzenia, został aż 26 razy pchnięty nożem przez 71-letniego mężczyznę w swoim domu w Plainfield w stanie Illinois.

Za oceanem nie brakuje zresztą kontrowersyjnych incydentów, które akurat można – i należy – bezpośrednio łączyć z atakiem Hamasu na Izrael i późniejszymi bombardowaniami Gazy przez izraelskie siły zbrojne. Na kampusie New York University dwie studentki związane z grupami wspierającymi Palestynę zerwały i zniszczyły plakaty upamiętniające obywateli Izraela porwanych i prawdopodobnie nadal więzionych przez Hamas. Szeroko komentowany był również fakt całkowitego braku krytyki Hamasu i obwinianie Izraela o wywołanie ataków na swoim terytorium w oświadczeniu wydanym i podpisanym przez aż 34 stowarzyszenia studenckie na Harvardzie. Nie ulega jednak wątpliwości, że antysemityzm części lewicowych środowisk w USA niewiele ma wspólnego z ostatnimi atakami w Europie, może poza ogólnym wzrostem napięć religijnych w krajach rozwiniętych – zwłaszcza tych z relatywnie widoczną obecnością grup żydowskich, arabskich lub obu jednocześnie.

Łukasz Wójcik: Jaki kłopot muzułmanie mają ze swoją religią, a my z nimi

Politycy próbują zbić kapitał na zamachu w Brukseli

Mimo to europejska prawica próbuje już zbudować polityczny kapitał na brukselskim zamachu, alarmując, że nadchodzi kolejna fala samobójczych ataków, bo świat arabski wypowiedział Europie dżihad. W tym tonie wypowiadają się chociażby członkowie Nowego Sojuszu Flamandzkiego, jednej z konserwatywnych partii w Belgii. Podobne głosy słychać też w Szwecji, gdzie w mediach społecznościowych swój antyimigrancki przekaz wznowili zwłaszcza Szwedzcy Demokraci. Ta radykalna partia o neonazistowskich korzeniach pełni rolę stabilizatora tamtejszego rządu – nie jest formalnie w koalicji, aczkolwiek na mocy osobnego paktu wspiera gabinet premiera Ulfa Kristerssona. Premier Szwecji powiedział zresztą w poniedziałek, że jego naród „żyje w czasach mroku”, zapowiedział też intensyfikację działań wywiadowczych i inwigilację potencjalnie zradykalizowanych środowisk.

Z kolei prezydent Francji Emmanuel Macron stwierdził, że „nasza Europa jest wstrząśnięta” wydarzeniami z Brukseli. I choć rzeczywiście był to już drugi na naszym kontynencie śmiertelny atak przeprowadzony najpewniej przez islamskiego radykała w ciągu zaledwie tygodnia, komentować go należy ostrożnie – zwłaszcza w obliczu toczącego się konfliktu między Izraelem a Hamasem. Unia Europejska desperacko próbuje podnieść swoją rolę na arenie międzynarodowej, więc niewykluczone, że pozycja Brukseli względem konfliktu na Bliskim Wschodzie stanie się bardziej wyrazista. Tym bardziej ważne jest, by zdecydowania w swojej odpowiedzi nie pomylić z naciąganą interpretacją rzeczywistości, wiążąc ze sobą zdarzenia wynikające z kompletnie różnych zjawisk i procesów społecznych.

Czytaj też: Trzecia intifada? Frustracja i broń to niebezpieczna mieszanka

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Fotoreportaże

Richard Serra: mistrz wielkiego formatu. Przegląd kultowych rzeźb

Richard Serra zmarł 26 marca. Świat stracił jednego z najważniejszych twórców rzeźby. Imponujące realizacje w przestrzeni publicznej jednak pozostaną.

Aleksander Świeszewski
13.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną