Grecki tankowiec „Maran Homer” został trafiony dronem morskim na podejściu do portu w Noworosyjsku. Miał tam załadować kazachską ropę. Korzystanie z rosyjskich portów to nie jest najlepszy pomysł, zwłaszcza w strefie działań wojennych, jaką jest Morze Czarne. Czy ropa faktycznie była kazachska, czy tylko miała takie dokumenty – trudno stwierdzić.
Właśnie ujawniono, że niesławnej pamięci ppłk. Władimira Matofonowa, dowódcy batalionu z 64. Brygady Zmechanizowanej Gwardii z 35. Armii ze Wschodniego OW, która wyjątkowo „zasłużyła się” w Buczy, nie ma już wśród żywych. Ppłk Matofonow zginął już w lipcu 2024 r. – ale dopiero niedawno jego personalia i fakt śmierci wypłynęły publicznie.
Amerykanie zdjęli sankcje z tych rosyjskich tankowców, które są obecnie na morzu, by do 11 kwietnia mogły sprzedawać ropę naftową, komu chcą i za ile chcą. Ma to wpłynąć na obniżenie cen, które poszybowały przez wojnę w Iranie. Niestety rosyjska gospodarka dzięki temu może nieco odetchnąć. Wzrost cen ropy to dla Moskwy zbawienie.
Szwedzka Straż Przybrzeżna poinformowała, że 12 marca wraz z policją weszły na pokład jednostki „Sea Owl I” na wodach terytorialnych Szwecji w pobliżu Trelleborgu na Morzu Bałtyckim. Statek jest podejrzewany o przynależność do rosyjskiej floty cieni. Jednostka płynęła z brazylijskiego Santos do Primorska w Rosji bez ładunku i pod prawdopodobnie fałszywą flagą Komorów. W ostatnich latach statek transportował ropę między tymi krajami. Była to jego trzecia taka trasa od stycznia ubiegłego roku.
Na frontach sytuacja bez większych zmian. W ostatnim okresie to ukraińskie wojska zdobywają więcej terenu niż rosyjskie, ale nie wiadomo, jak długo ta tendencja się utrzyma.
Czytaj też: Weto ws. SAFE. Dla Rosji gorzej uzbrojona i bardziej skłócona Polska to świetna wiadomość
Dlaczego państwa sobie pomagają?
Państwa zostały zorganizowane po to, by dbać o własnych obywateli. I państwa udzielają sobie wzajemnie wojskowej pomocy najczęściej dlatego, że czują zagrożenie dla członków swoich społeczności z tej samej strony. Sojusznik, który widzi w twojej obronie własny interes, nigdy cię nie zostawi. Inaczej działałby przeciwko sobie.
Amerykanie na przykład w XX w. widzieli interes w utrzymaniu demokratycznych państw w Europie, był to bowiem największy bastion demokracji i relatywnej praworządności, przewidywalności, strefa wolnego handlu itp. Po XIX-wiecznej doktrynie izolacjonizmu Amerykanie uznali, że nie chcą żyć w otoczeniu dyktatur i państw niestabilnych, nie mając partnerów podobnych sobie. Dlatego w dwóch wojnach światowych stanęli w obronie podobnego im świata – by zachować swoich partnerów i oparcie do budowy lepszego otoczenia.
W XXI w. USA wróciły do doktryny Monroego, co oficjalnie deklarują, i interesuje ich głównie zachodnia półkula oraz basen Pacyfiku aż po Bliski Wschód. Europa Zachodnia stała się dla nich rywalem, konkurentem. Waszyngton uważa, że państwa tu położone powinny bronić się same. Jak na tym tle wygląda pomoc dla Ukrainy?
Czy warto pomagać?
Jeśli przyjmiemy założenie, że państwa niczego nie robią z dobroci serca, można przeprowadzić chłodną kalkulację. Co nam daje wspieranie wysiłku obronnego Ukrainy?
Utrzymywanie oporu Ukrainy kupuje Europie czas na własne przygotowania obronne, które zostały potraktowane całkiem poważnie. Jest jednak nadzieja, że Rosja wyczerpie możliwości prowadzenia wojny i będzie musiała odbudować swój potencjał. A co bardziej prawdopodobne, wyczerpie się cierpliwość współpracowników Władimira Putina wobec nieskuteczności (w ich ocenie) jego strategii. I to spowoduje albo jego usunięcie, albo sam Putin dostrzeże nadchodzące zagrożenie i zdecyduje się na uporządkowanie spraw krajowych.
W takim przypadku nastąpi zawieszenie broni w Ukrainie, bo Rosja będzie musiała zająć się swoimi wewnętrznymi sprawami. To zawieszenie broni można wykorzystać na zabezpieczenie militarne Ukrainy, by Rosja nie odważyła się już napaść na ten kraj. Wtedy czeka nas nowa „zimna wojna”.
Najgorszy dla nas scenariusz to ten, w którym Putin zostaje obalony przez swoich współpracowników z frakcji „siłowików”, bo oni przypuszczalnie ogłoszą mobilizację ludzi do wojska i przemysłu do produkcji wojennej. A to właściwie od razu oznacza wojnę z kolejnymi państwami NATO, której Rosja raczej by nie wygrała. Tyle że dla nas byłoby to zwycięstwo osiągnięte krwawym kosztem.
Mamy więc do wyboru: wspierać Ukrainę lub przyglądać się upadkowi Ukrainy, czekając na własną kolej.
Czytaj też: Płoną tankowce w cieśninie Ormuz. Mnożą się teorie, co dalej. A może w tym wszystkim chodzi o Chiny?
Smutek pamięci
Ryzyko związane ze wspieraniem Ukrainy to nagły upadek tego kraju. Wówczas całe uzbrojenie i zapasy amunicji mogą po prostu wpaść w ręce Rosjan. Dlatego nad pomocą należy mieć przynajmniej podstawową kontrolę: do jakich jednostek trafia, jak jest to uzbrojenie używane itd. To warunek konieczny udzielania pomocy. Pozwala przy okazji ocenić morale wojsk ukraińskich. Czy nie ma oznak załamania, masowych dezercji lub najgorszego – przechodzenia wraz ze sprzętem na stronę wroga.
Na wypadek przyspieszonego upadku Ukrainy należy więc zachować jednocześnie własne zdolności obronne. To dość trudna sztuka wyważenia między tym, by nie dopuścić do klęski Ukrainy, bo wówczas atak na nas będzie tylko kwestią czasu, a tym, by utrzymać własne zdolności obronne, i nie stawiać wszystkiego na jedną kartę (ani na pierwszą, ani tę drugą).
Najważniejsze jednak to nie dać się uwieść rosyjskiej propagandzie. Nie można ulegać sentymentom, bo sentymenty w polityce międzynarodowej są zgubne. Jedynym wyznacznikiem są interesy nasze i naszych potencjalnych sojuszników. W naszym interesie leży więc choćby odłożenie zaszłości historycznych na okres powojenny, kiedy zostaną wspólnie wyjaśnione (można z tego uczynić warunek zgody na przyjęcie Ukrainy do Unii Europejskiej).
Bo w naszym interesie leży trzymanie Ukrainy po naszej, zachodniej stronie. Dołączenie jej do Rosji może mieć dla nas katastrofalne skutki. W naszym interesie jest trzymanie się rodziny państw demokratycznych, praworządnych i wolnorynkowych, bo przy tym położeniu Polski alternatywą jest wyłącznie los Białorusi. I wreszcie w naszym interesie jest utrzymywanie sojuszy z tymi państwami, z którymi łączy nas poczucie wspólnego zagrożenia, czyli np. z Niemcami.
I znów nie wolno poddawać się naszym typowym sentymentom w stylu „pamiętamy”. Inaczej spraw do pamiętania będzie tylko więcej. I tylko smutnych.