Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Huti mają palec na spuście. Włączą się do wojny? Światu groziłby paraliż bez precedensu

Okolice cieśniny Bab al-Mandab Okolice cieśniny Bab al-Mandab Mc2 Keith Nowak / US Navy / Zuma Press / Forum
owy Najwyższy Przywódca Iranu Modżtaba Chamenei zapowiedział, że jest jeszcze „siła, która wkrótce może być wykorzystana” w walce z najeźdźcami. Eksperci byli niemal zgodni, że mówił o Hutich.

„Palce mamy na spustach” – powiedział 5 marca Abdulmalik al-Huti, przywódca ugrupowania, które nosi jego nazwisko. Była to pierwsza reakcja Hutich na amerykańsko-izraelskie uderzenie w Iran, którego ta jemeńska organizacja jest sojusznikiem. Potem było milczenie – szczególnie zaskakujące, że w latach 2023–24 Huti bezpardonowo ostrzeliwali Izrael, solidaryzując się ze Strefą Gazy. Ale w swoim pierwszym oświadczeniu nowy Najwyższy Przywódca Iranu Modżtaba Chamenei zapowiedział, że jest jeszcze „siła, która wkrótce może być wykorzystana” w walce z najeźdźcami. Eksperci byli niemal zgodni, że mówił o Hutich.

Czytaj też: Western na Bliskim Wschodzie. Trump „dla zabawy” sprowadzi na świat katastrofę?

Amerykanie już próbowali

I nie chodzi tu o atakowanie Izraela – dotychczas pociski z oddalonego o 2,5 tys. km Jemenu raczej siały tam strach niż zniszczenie. Huti kontrolują zachodnią, górzystą cześć Jemenu, która przylega do Morza Czerwonego i cieśniny Bab al-Mandab, znanej też jako Wrota Łez, która łączy wspomniane morze z Oceanem Indyjskim. Gdyby Huti zablokowali to „wąskie gardło”, przez które w spokojnych czasach przepływa 15 proc. globalnego frachtu, to przy utrzymującej się irańskiej blokadzie cieśniny Ormuz światowemu handlu groziłby bezprecedensowy paraliż.

A że to technicznie możliwe, Huti udowodnili podczas wojny w Gazie, gdy niemal zatrzymali żeglugę we Wrotach Łez, zatapiając kilka statków, kilkanaście podpalając. Warunki tam są bardzo podobne do Ormuzu – wąski przesmyk, jałowe góry dochodzące do samego wybrzeża, w których łatwo się skryć. Idealne warunki do asymetrycznej walki z potęgami, które chciałyby odblokować cieśninę.

Amerykanie już raz próbowali walczyć z Huti. Gdy Donald Trump rozpoczynał drugą kadencję, uznał ich za organizację terrorystyczną i zapowiedział jej „całkowite unicestwienie” (jakby były jakieś inne unicestwienia…). Wysłał kilka okrętów do wybrzeży Jemenu, rozważał nawet desant w tamtejszych górach.

Ale po tym, jak Huti zniszczyli kilka dużych amerykańskich dronów i ostrzelali dwa okręty, spuścił z tonu. W maju 2025 r. Waszyngton nieco po kryjomu zawarł z Huti zawieszenie broni – Jemeńczycy zobowiązali się do nieatakowania statków amerykańskich armatorów, a po jesiennym rozejmie w Strefie Gazy również izraelskich. Nawet Trump wydawał się pod wrażeniem ich odporności, chwaląc ich „odwagę” i zdolność do „wytrzymywania wielu ciosów”.

Czytaj też: Cieśnina Ormuz i inne wąskie gardła świata. Biznes ma się toczyć mimo bomb, rakiet i dronów

Drogie Wrota Łez

Ruch we Wrotach Łez do dziś jednak nie wrócił do normy, a trudno o ważniejszy szlak morski. Tędy wiedzie droga łącząca Europę przez Morze Śródziemne, Kanał Sueski, z Oceanem Indyjskim aż do Azji. Można go ominąć, tylko żeglując wokół Afryki. Koszty blokady Wrót Łez w latach 2023–24 były ogromne, sam Egipt w tym czasie stracił na opłatach za przejście Kanału Sueskiego ponad 10 mld dol. Część statków po prostu wykupywała u Hutich „pozwolenie” na przejście cieśniny.

Huti zaistnieli szerzej w latach 90., gdy prowadzili wojnę domową z jemeńskim rządem sponsorowanym przez Arabię Saudyjską. Najpierw jako ugrupowanie religijne reprezentujące zajdytów – to odłam szyizmu w zasadzie endemiczny dla Jemenu, różniący się od szyizmu irańskiego – potem już jako organizacja zbrojna walcząca o prawa tej mniejszości religijnej traktowanej w kraju jako obywatele drugiej kategorii, również za sprawą arcysunnickich Saudyjczyków, którzy nie chcieli „heretyków” u swoich południowych granic i uważali, że są oni „produktem” Iranu.

W tym przypadku doszło do samospełniającej się przepowiedni. Dziś uważa się zajdyjskich Hutich za popleczników irańskiego reżimu, który ich rękami chciał zdestabilizować Arabię Saudyjską. Ale było odwrotnie – to saudyjskie prześladowania zajdytów w Jemenie pchnęły ich w objęcia Teheranu, z którym wcześniej nie utrzymywali bliskich kontaktów. Ostatecznie Huti obalili prosaudyjski rząd w Jemenie w 2014 r. i od tego czasu rządzą niepodzielnie zachodnią częścią kraju.

Czytaj też: Szybka wojna z Iranem, długa wojna z Libanem. Izrael atakuje, nie zamierza odpuścić

Nie będą umierać za Teheran

Według lokalnych mediów Huti gromadzą już większe siły wzdłuż jemeńskiego wybrzeża Morza Czerwonego, w tym wokół portu Al-Hudajda, przygotowując się do wznowienia konfliktu z USA i Izraelem. Mogą też zaatakować Zjednoczone Emiraty Arabskie, jak to zrobili już w 2022 r. A przede wszystkim sąsiednią Arabię Saudyjską, tak jak po 2015, gdy arabska koalicja próbowała obalić ich siłą.

To może być jednak gra pozorów. Przed wojną w Strefie Gazy Huti byli bardzo blisko porozumienia z Saudyjczykami, którzy zrezygnowali już z opcji siłowej i nawet sponsorowali Hutich, licząc na polubowne zakończenie sporu u swoich granic. Wtedy wojna wstrzymała ten proces. Obecna wojna też nie do końca odpowiada Hutim. Wcześniej, gdy mogli symbolicznie stanąć po stronie Palestyńczyków w Stefie Gazy, bardzo poprawiło to ich notowania wśród Jemeńczyków. Konflikt w obronie irańskiego reżimu nie wywoła takiego entuzjazmu.

Jemeńczycy do religijnej czy ideologicznej wspólnoty podchodzą pragmatycznie i raczej nie będą umierać za Teheran. A że potrafią porozumieć się z każdym, już kilka razy udowodnili. W XIX w. dogadali się z Imperium Osmańskim, w pierwszej połowie XX w. – z Brytyjskim, a w latach 60. korzystali nawet z pomocy izraelskiego lotnictwa, gdy Egipt próbował ratować zainstalowany przez siebie rząd w Jemenie.

Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Palec na spuście nie musi oznaczać strzału.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną