Szybka wojna z Iranem, długa wojna z Libanem. Izrael atakuje, nie zamierza odpuścić
Na mapie granica Izraela z Libanem wije się od morza na zachód mniej więcej w linii prostej, potem nagle odbija na północ i wrzyna się w terytorium sąsiada. To tzw. palec Izraela. – Metulla leży na jego paznokciu, dosłownie na granicy z Libanem, która otacza nas z trzech stron – tłumaczy Eliszewa Blum, mieszkanka tego miasteczka, nauczycielka matematyki. Wszędzie dookoła są góry, Metulla leży na wschodnim zboczu Har Cfija. A Liban jest na wyciągnięcie ręki.
Jeszcze nie tak dawno było stąd widać libańskie wioski, ale opustoszały po zawieszeniu broni w listopadzie 2024 r. Izraelskie wojsko wycofało się, zajęło tylko pięć pozycji w górach i pilnowało, żeby silne w tym rejonie bojówki Hezbollahu nie odbudowały infrastruktury.
Liban, Izrael: dwie codzienności
Eliszewa Blum do Metulli przeprowadziła się z Jerozolimy, żeby pomóc odbudować społeczność wyczerpaną wojną. Z przygranicznych miejscowości ewakuowało się ok. 60 tys. ludzi (z Metulli 3 tys.), po zawieszeniu broni wróciła jedna trzecia. – Spokój nie trwał długo. Czujemy się teraz, jakbyśmy byli na polu bitwy, dosłownie między wojskami – mówi Eliszewa.
Poprzedniej nocy usłyszała „tylko” dwa alarmy, tych za dnia już nie liczy. – Gdy leci rakieta z Libanu, mam kilka sekund, żeby przebiec z salonu do mamadu, bezpiecznego pokoju. Teoretycznie więcej, jeśli leci z Iranu. Ale dolatują tu głównie te z Libanu – mówi. Innym wyzwaniem logistycznym jest dotarcie do oddalonego o ok. 10 minut drogi sklepu spożywczego. – Opracowałam trasę tak, żeby cały czas być w zasięgu schronów – wyjaśnia Eliszewa.
To codzienność Izraelczyków mieszkających na północy. Libańska codzienność jest jeszcze gorsza, z domów, głównie na południu, uciekło już ok. 1 mln osób, wybuchł ogromny kryzys humanitarny. Nie dla wszystkich znalazło się miejsce w organizowanych na szybko centrach pomocowych. Ludzie rozbijają zwykłe turystyczne namioty na ulicach Bejrutu.
W ostatnich dniach izraelskie wojsko rozszerzyło nakazy ewakuacji dla cywilów w Libanie – do tej pory obejmowały 13 proc. jego terytorium (m.in. część południowego Bejrutu i doliny Bekaa). Teraz także ci, którzy mieszkają na południe od rzeki Zahrani – ok. 40 km od granicy z Izraelem – mają przenieść się na północ. W Libanie zginęło już ok. 850 osób, w tym ponad setka dzieci. Izraelska armia podaje, że zabiła ok. 350 bojowników Hezbollahu, m.in. 120 członków specjalnej jednostki Radwan przeznaczonej do rajdów transgranicznych.
Wojna w Libanie niepokoi Biuro Praw Człowieka ONZ. „W izraelskich nalotach ucierpiały całe budynki mieszkalne w gęsto zaludnionych obszarach, giną członkowie jednej rodziny, w tym kobiety i dzieci” – przekazał rzecznik Biura Thameen Al-Kheetan. To rodzi wątpliwości w świetle prawa międzynarodowego i grozi kolejnymi oskarżeniami o zbrodnie wojenne.
Południe Libanu to newralgiczny teren. Hezbollah zgodził się wycofać z ziem na południe od rzeki Litani i złożyć broń. A w zasadzie nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Libański rząd, który miał pilnować rozbrojenia, nie wyegzekwował tego w obawie przed wojną domową – bojówki szyickiego Hezbollahu (30–50 tys. ludzi, w tym ok. 3 tys. w elitarnej jednostce Radwan) przewyższają krajową armię pod każdym względem. Po wejściu w życie porozumienia z 2024 r. w Bejrucie przestały co prawda lądować samoloty wypełnione bronią dla Hezbollahu. Ale osłabienie potencjału to nie to samo co jego całkowita likwidacja. Do tego jeszcze daleko.
Jako silne wsparcie Iranu, de facto jego zastępcza armia w regionie, Hezbollah tylko w zeszłym roku miał otrzymać ok. 1 mld dol. z Teheranu i broń, choć nie tradycyjnym szlakiem przez Syrię, gdzie po obaleniu reżimu Baszara Asada kanał przerzutowy się zacieśnił, ale przez Sudan, Libię i morze.
Hezbollah: stałe zagrożenie
Hezbollah to nie tylko siła militarna, ale i cała infrastruktura – ma swoje przychodnie, szkoły, apteki, banki, stacje benzynowe. Mieszkańcy południa żyli z nim w symbiozie, choć zdaniem ekspertów wcale nie popiera ich większość szyitów, stanowiących ok. jednej trzeciej muzułmanów w kraju (kolejne 30 proc. to sunnici, reszta to Druzowie, alawici – w sumie muzułmańskie wyznania stanowią ok. 70 proc., pozostali są chrześcijanami). W 6-milionowym Libanie mieszka też ok. 1,5 mln syryjskich i pół miliona palestyńskich uchodźców. Łącznie ponad 1 mln szyitów. W libańskim parlamencie Hezbollah (bo to też po prostu partia polityczna) ma 13 ze 128 miejsc.
Hezbollah przystąpił do wojny niespełna 48 godzin po izraelsko-amerykańskim uderzeniu i śmierci Alego Chameneiego. Była noc z 1 na 2 marca. Według szacunków Alma Research and Education Center, organizacji non-profit z północy Izraela, zajmującej się badaniem wyzwań w zakresie bezpieczeństwa na granicy z Libanem i Syrią, od 2 do 15 marca Hezbollah przeprowadził 485 ataków na Izrael, głównie z użyciem rakiet, rzadziej dronów. – Było też kilka ataków rakietami przeciwpancernymi. To koszmar, bo w odróżnieniu od rakiet czy dronów tych pocisków nie da się zestrzelić – wyjaśnia ppłk. rez. Sarit Zehavi, założycielka i prezeska Almy.
W tym samym czasie Izrael przeprowadził ok. 200 ataków na pozycje Hezbollahu na południu Libanu, ale i na jego infrastrukturę w Bejrucie i dolinie Bekaa. Przed wojną w 2023 r. Hezbollah twierdził, że ma ponad 150 tys. rakiet. Izraelskie wojsko przekonuje, że zniszczyło 85–90 proc. tego arsenału.
W 2025 r. Hezbollah miał rzekomo tylko 30 tys. rakiet, zostało 10–23 tys., nadal sporo. – My, mieszkańcy północy, nie mamy czasu. Nie możemy nadal żyć w strachu ani funkcjonować, gdy np. turystyka nie może się rozwijać, bo ludzie się boją, że Hezbollah znów otworzy ogień – dodaje Sarit Zehavi. – Z kolei brak działań oznacza, że Hezbollah się wzmocni i za kilka lat będzie strategicznym zagrożeniem dla istnienia Izraela.
Czytaj też: Irańska pułapka. Trump musi zdobyć jakieś trofeum, ale trudno dopatrzyć się tu strategii
Zastępcze zwycięstwo w Libanie?
Zdaje sobie z tego sprawę izraelski rząd. Widać, że nie zamierza odpuścić, liczy, że atakując głównego sponsora Hezbollahu, czyli Iran, pośrednio osłabi także jego. Wczoraj izraelskie wojsko donosiło o rozszerzeniu ofensywy lądowej przeciw niemu. Do walk mają dołączyć dwie dywizje, które wesprą trzy już operujące po drugiej stronie granicy. Natarcie wzmocnią uderzenia lotnicze i artyleryjskie.
Wojska już wkroczyły do libańskich wiosek tuż za granicą, siły są rozmieszczone po izraelskiej stronie w rejonie Galilei. To może być początek szerszej kampanii: drugi front (Liban) po zakończeniu walk na pierwszym (Iran) może stać się główną areną wojenną. W weekend izraelska armia ogłosiła, że planuje atakować Iran jeszcze przez co najmniej trzy tygodnie. Zamknięcie cieśniny Ormuz i rosnąca presja międzynarodowa może jednak przyhamować zarówno Donalda Trumpa, jak i Izrael. – Te trzy tygodnie dotyczą tylko Iranu – zastrzegł na poniedziałkowym briefingu z dziennikarzami ppłk Nadav Shoshani, jeden z rzeczników izraelskiej armii.
W ocenie lokalnych mediów Izrael chce osiągnąć w Libanie to, co nie udało się w 2024 r., czyli wypchnąć Hezbollah za rzekę Litani, a może nawet zdusić jego potencjał militarny. W oczach Izraela szeroka na 30 km strefa buforowa zapobiegłaby atakom. Problem w tym, że ktoś tej strefy musiałby pilnować, np. poprzez okupację tego terenu. Izraelowi to i tak może się opłacać, zwłaszcza gdyby nie udało się obalić reżimu ajatollahów w Iranie (co wysoce prawdopodobne). Liban ma być w pewnym sensie „zastępczym zwycięstwem”.
Ale to tylko jeden z wariantów. Być może uda się rozwiązać sprawę dyplomatycznie, chociaż planowaną na najbliższe dni rundę rozmów izraelsko-libańskich odłożono. Izraelczycy mają ponoć analizować francuską propozycję przewidującą uznanie Izraela przez Liban w zamian za wstrzymanie ataków i odwrót wojsk.
Naim Kassem, sekretarz generalny Hezbollahu, następca zabitego we wrześniu 2024 r. Hasana Nasr Allaha, oświadczył niedawno, że przygotowuje się na długotrwałą konfrontację z Izraelem. „Wróg zobaczy naszą siłę, a jego groźby nas nie zastraszą”, oznajmił. Może to być jednak urzędniczy optymizm.
Sarit Zehavi nie ma wątpliwości, że Hezbollah wciąż stanowi ogromne zagrożenie, ale żeby go pokonać, trzeba działać kompleksowo, na kilku poziomach: libański rząd musi przeciąć powiązania z Hezbollahem, odciąć go od pieniędzy, pozbawić kontroli nad infrastrukturą cywilną, a to nie może się udać bez wsparcia z zewnątrz. Presję powinna wzmocnić społeczność międzynarodowa, m.in. uznając oba skrzydła Hezbollahu, i militarne, i polityczne, za organizację terrorystyczną – np. Francja uznaje za taką tylko skrzydło militarne.
– Libański rząd powinien zerwać stosunki z Iranem. Wprowadzenie wiz to krok w dobrym kierunku, ale niewystarczający – podkreśla analityczka. – Nie powinniśmy planować strefy bezpieczeństwa, tylko skupić się na rozbrojeniu regionu, a dopiero potem zdecydować o ewentualnym utworzeniu tej strefy. Ona nie musi mieć 30 km, wystarczy 10, bo tyle wynosi zasięg pocisków przeciwpancernych – dodaje.
Jej zdaniem sytuacja stwarza szansę dla rządu w Libanie. W obliczu kryzysu humanitarnego to on powinien przejąć organizację pomocy dla potrzebujących, a nie Hezbollah. Upadek reżimu w Iranie pomógłby mu zmienić nastawienie do Hezbollahu. – Ale to nie oznacza automatycznie upadku Hezbollahu. Może przetrwać, bo to siła ideologiczna, oparta na religii, ale na pewno zostałby osłabiony – dodaje.
Ale jeśli ajatollahowie przetrwają, Hezbollah będzie mógł liczyć na drogocenną kroplówkę z Teheranu, dostawy broni, pieniędzy, szkolenia. Izrael nie zamierza tego tolerować, czyli nie wycofa się, dopóki nie zada Hezbollahowi ostatecznego ciosu. A to może potrwać długo, bardzo długo.