Izrael–Liban: Trump ogłasza zawieszenie broni. Ale do końca wojny bardzo daleko
„Właśnie odbyłem wspaniałe rozmowy z wysoce szanowanym prezydentem Libanu Josephem Aounem i premierem Izraela Bibim Netanjahu” – napisał Donald Trump na swojej platformie TruthSocial. „Przywódcy zgodzili się, że aby osiągnąć POKÓJ, wdrożą dziesięciodniowe ZAWIESZENIE BRONI o godz. 17 czasu EST”. To północ w Izraelu i Libanie. Trump dodał, że obu przywódców zaprosi do Białego Domu „na pierwsze znaczące rozmowy między Izraelem a Libanem od 1983 r.”.
Trwały pokój mają wypracować J.D. Vance, sekretarz stanu Marco Rubio, a także przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów gen. Dan Caine.
Dziesięć wojen Trumpa
„To dla mnie zaszczyt, że rozwiązałem dziewięć wojen na świecie – ta będzie dziesiąta, więc doprowadźmy to do końca!” – zakończył Trump w swoim stylu. Problem w tym, że do zakończenia wojny droga daleka. Świadczyć może o tym nie to, co dziś się stało, ale to, co się nie udało.
Trump zasugerował bowiem, że mogło dojść do telefonicznej rozmowy między prezydentem Libanu a izraelskim premierem, co byłoby rzeczywiście historycznym wydarzeniem. Według relacji izraelskich mediów Aoun, mimo że przygotował się do rozmowy, ostatecznie się na nią nie zdecydował. Odradzali mu to podobno przewodniczący parlamentu Nabih Berri, a także przywódca Druzów Walid Dżumblatt.
Powód jest dość oczywisty: Liban nie chce rozmawiać z Netanjahu, skoro Izrael cały czas atakuje jego terytorium. Mogłoby to wywołać nieoczekiwane skutki wewnętrzne i dać Hezbollahowi paliwo do bardziej zdecydowanych działań przeciwko libańskiemu rządowi, z zamachem stanu włącznie. Libańczycy przejrzeli Trumpa i Netanjahu – uznali, że rozmowa wizerunkowo przysłuży się tylko tej dwójce.
Izraelskie wojsko zajmuje pozycje w pasie 6–8 km od granicy. I nie planuje się wycofać na czas zawieszenia broni. To minimalny dystans, by chronić północ Izraela przed pociskami artyleryjskimi.
Przypomina się sytuacja z 2024 r., gdy po zawieszeniu broni izraelskie siły wciąż stacjonowały na terenie Libanu. Różnica jest jednak taka, że wtedy było to pięć punktów na granicy, teraz mowa o strefie buforowej do 10 km. Libański rząd podkreślał, że nie zgodzi się na pogwałcenie suwerenności jego kraju. A okupacja południa tym w istocie by była. To może być warunek nie do przejścia dla obu stron.
Trump czyści pole
Wymuszone dziś przez Trumpa zawieszenie broni ewidentnie ma związek z tym, co w najbliższych dniach będzie się działo na linii Waszyngton–Teheran. 21 kwietnia upływa dwutygodniowe zawieszenie broni z Iranem, wkrótce są planowane nowe rozmowy w Pakistanie. Trump w pewnym sensie chciał wyczyścić sobie pole, bo choć upiera się, że te fronty nie mają ze sobą nic wspólnego, to ten związek jednak jest – Hezbollah to przecież największy sojusznik Iranu w regionie i Teheran nie zamierza go porzucać. Trumpowi zależy na zakończeniu wojny, dlatego nie chce, żeby „front libański” popsuł mu szyki.
Rozmowy izraelsko-libańskie rozpoczęły się już w tym tygodniu w Waszyngtonie, ale na dość niskim szczeblu, przy stole zabrakło Hezbollahu. – Nasuwa się pytanie, czy libański rząd będzie w stanie egzekwować jakiekolwiek ustalenia. Nawet jeśli widać w nim pewne zmiany i próbę ograniczania wpływów Hezbollahu, to nie ma realnej siły, żeby mu coś narzucić. Dlatego Izraelczycy są sceptyczni nie tylko co do trwałego pokoju, ale nawet wobec stabilnego zawieszenia broni – uważa Avner Vilan, w przeszłości związany ze służbami bezpieczeństwa, obecnie ekspert ds. Iranu. Jego zdaniem Izrael nie ma teraz zbyt wielu opcji, ponieważ relacje z Waszyngtonem są dla niego ważniejsze niż swoboda działania militarnego. – To USA wyznaczają granice tego, co Izrael może zrobić w Libanie – dodaje Vilan.
Rzeczywiście ucichły głosy na temat pełnoskalowej ofensywy Izraela aż do rzeki Litani czy wysiedlenia setek tysięcy ludzi, ale marne to pocieszenie dla miliona osób, które już musiały opuścić domy. To, czy, kiedy i na jakich warunkach będą mogły wrócić, wydaje się kwestią otwartą. Nie wiadomo nawet, jak miałyby odbudować swoje życie. Dziś izraelska armia zniszczyła ostatni most łączący południe z resztą kraju. Nie nadaje się do naprawy.
(Bez)sens wojny
Nie jest też jasne, co z rozbrojeniem Hezbollahu, o co Izrael od dawna zabiega. W ramach poprzedniego porozumienia zobowiązał się do tego libański rząd, ale było wiadomo, że to niewykonalne – Hezbollah przewyższa możliwości libańskiej armii. A z perspektywy Izraela ważne jest nie tylko zawieszenie broni, ale też długoterminowe osłabienie Hezbollahu.
Słowem: trzeba mniej siły, więcej dyplomacji i polityki. – Co osiągamy poprzez nowe operacje militarne? Czy eliminacja kolejnych dowódców rzeczywiście zmienia sytuację strategicznie na tyle, by uzasadnić koszty? Izrael jest w bardzo trudnej sytuacji dyplomatycznej, bycie Izraelczykiem w wielu miejscach na świecie nie jest dziś powodem do dumy. Izrael twierdzi, że jest liberalną demokracją walczącą z ekstremizmem. Problem w tym, że nawet jeśli wygrywa militarnie, to nie potrafi przekuć tego w trwałe rozwiązania polityczne. Przykład: Hamas został militarnie rozbity, ale nie powstała alternatywa polityczna i teraz odbudowuje się w Gazie. To samo dotyczy Hezbollahu i Iranu – ponoszą straty, ale wracają do sił – mówi Vilan.
Rzeczywiście trudno dopatrzeć się większego sensu w wojnie, w której zginęło ponad 2 tys. osób, w tym co najmniej 172 dzieci (jak podaje agencja Associated Press, zostały zabite z dala od linii frontu). A jeśli potraktować słowa Avnera Vilana jako prorocze, może się okazać, że Izrael nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nawet jeśli teraz zostanie zmuszony do rozejmu.