Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

Dni Starmera są policzone? Brytyjski rząd pogrąża się w głębokim kryzysie, lecą głowy

Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer Premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer Facebook
O tym, że premier Wielkiej Brytanii może nie przetrwać kolejnego roku na stanowisku, mówiło się od dawna. Cenzurą miały być majowe wybory samorządowe – ale nie wiadomo, czy Starmer w ogóle do nich dotrwa.

Załamanie poparcia dla laburzystów, rządzących krajem niecałe dwa lata, jest tak niewyobrażalne i nagłe, że właściwie trudno je opisać tradycyjnymi metodami analizy politycznej. Oto w lipcu 2024 r., po 14 latach dominacji coraz bardziej populistycznej Partii Konserwatywnej, na Wyspach dochodzi do zmiany u steru. Partia Pracy wygrywa wybory, premierem zostaje Keir Starmer – pod wieloma względami polityk na wskroś brytyjski. Prawnik z wykształcenia, specjalista od praw człowieka. Obrońca powojennego porządku międzynarodowego, który Wielka Brytania pomagała kreować po drugiej wojnie światowej.

Z jednej strony człowiek o wyrazistych poglądach. Z drugiej – politycznie neutralny biurokrata, zatroskany o niezależność instytucji, co udowodnił, gdy pracował w prokuraturze. Był w roli śledczego tak dobry, że kolejni konserwatywni premierzy rozważali pozostawienie go na stanowisku, nawet gdy jego ambicje w Partii Pracy stały się publiczne.

Scena polityczna wydawała się już wyczyszczona. Torysi byli zużyci władzą, pozbawieni charyzmatycznego przywódcy, pogodzeni z porażką. Zapłacili za odejście od tradycyjnych zasad ograniczania biurokracji, brak wzrostu gospodarczego, zapaść w służbie zdrowia i skandale związane z naruszaniem obostrzeń w czasie pandemii koronawirusa. David Runciman, podkaster, historyk idei, dawniej dziekan wydziału politologii na Cambridge, podkreślał nawet, że w opinii wielu członków partii Starmer ma nie pięć, a dziesięć lat na reformowanie kraju.

Czytaj też: Keir Starmer. Gardzą nim prawica i skrajna lewica. Może zostać premierem Wielkiej Brytanii

Starmer pudruje trupa

Dzisiaj oczywiście łatwo stawiać diagnozy wstecznie, ale wtedy nikt nie wiedział, że zmiana w brytyjskiej polityce zachodzi na znacznie głębszym poziomie. Najprawdopodobniej przejęcie władzy przez laburzystów było ostatnim aktem liczącej ponad sto lat tradycji rotacji w systemie dwupartyjnym. Wybory z 2024 r. były ostatnim tchnieniem starego systemu, w którym mniejsze partie były jedynie przecinkami w zdaniach wypowiadanych przez liderów dwóch największych formacji. Nawet rządy koalicyjne zdarzały się niezwykle rzadko – w 2010 r. torysi musieli zaprosić do współtworzenia gabinetu Liberalnych Demokratów. Wielu Brytyjczyków uważało to za kryzys na miarę wojny albo klęski głodu.

Mało kto pamięta też, że Starmer wprawdzie wygrał wybory, ale w liczbach bezwzględnych Partia Pracy dostała mniej głosów niż w 2019 r. pod wodzą Jeremy’ego Corbyna – głosowanie zakończyło się dla laburzystów klęską i utratą 60 mandatów.

Teraz ich rząd jest szalenie niepopularny. Według badań YouGov negatywne zdanie o jego pracy ma 69 proc. Brytyjczyków, na podobnym poziomie utrzymuje się stosunek do Starmera. Można to sondażowe załamanie rozkładać na czynniki pierwsze, wskazując na zły stan gospodarki, pogarszające się dane o rynku pracy, koszty życia, upadek prestiżu na arenie międzynarodowej. Ale zacząć jakąkolwiek analizę trzeba jednak od bardziej abstrakcyjnej obserwacji – bo dziś widać już, że Starmer nie zrozumiał ani głębi problemów trapiących Wielką Brytanię, ani skali reform, jaka jest jej potrzebna.

W lipcu ubiegłego roku, w rocznicę objęcia władzy, premier został bohaterem dużego eseju opublikowanego w magazynie „New Statesman”. Tom McTague spędził z szefem rządu sporo czasu, pytał o jego pracę i wizję kraju. Najbardziej szokującym elementem tekstu McTague’a, szeroko komentowanego przez brytyjskich dziennikarzy, był fakt, że Starmer nie uważał Wielkiej Brytanii za kraj „zniszczony” czy „dysfunkcyjny”. Owszem, zgadzał się, że trzeba zmian, ale myślał o nich w sposób konwencjonalny, stary, tradycyjny. Zamiast debatować o nowych aksjomatach politycznych, wielkiej modernizacji, nowym kontrakcie społecznym, chciał robić to co poprzednicy. I wyszło, że pudruje trupa.

Czytaj też: Kryzys w Wielkiej Brytanii. Czy Epstein obali rząd Starmera? Gdzie nie spojrzeć: katastrofa

Brytania brata się z Brukselą

Tak dzisiaj de facto wygląda społeczny odbiór laburzystów. Nie dość, że nie udało im się wprowadzić żadnych znaczących zmian w gospodarce, ordynacji podatkowej, inwestycjach publicznych – to jeszcze zarówno premier, jak i najważniejsi politycy jego partii co chwila zmieniają zdanie. Najpierw Starmer chciał być cichym partnerem Trumpa i próbował balansować na cienkiej linie między utrzymaniem „specjalnej relacji” z USA a zjednoczoną Europą. Nie wyszło, Trump otwartym tekstem mówił, że żadnych sojuszników w Europie nie chce i nie potrzebuje. Dlatego nagle Downing Street chce na nowo bratać się z Brukselą – ale eurokraci są sceptyczni, bo za chęciami nie idą konkrety.

Nikt już nie wie, czy kanclerz skarbu Rachel Reeves chce podnosić, czy obniżać podatki. Czy laburzyści będą inwestować w uniwersytety, czy jednak zachęcać do szkolnictwa zawodowego – ustalając na 2040 r. dość ambiwalentny cel dwóch trzecich młodych ludzi „na uczelni albo z fachem w ręku”. Niedawno Starmer powiedział, że poszerza marynarce wojennej uprawnienia co do abordażu statków rosyjskiej floty cieni, ale od tego momentu przez La Manche przepłynęło ich kilkaset, żaden nie został zatrzymany.

Wreszcie – premiera i rząd na dno ciągnie nadal Peter Mandelson. Swego czasu bohater lewicy, współtwórca sukcesu doktryny „Trzeciej Drogi” z lat 90., partner Tony’ego Blaira i Gordona Browna, były ambasador w USA. Dzisiaj wiadomo, że Mandelson był bliskim znajomym Jeffreya Epsteina, wynosił plany podatkowe rządu Browna, działał na szkodę państwa, lobbował w imieniu koncernu technologicznego Palantir. Trwa debata, jakim cudem mimo konfliktu interesów mógł zostać ambasadorem. A skoro został – to kto zawinił?

Czytaj też: Uwodziciel. Peter Mandelson: przez takich jak on państwa wpadają w ręce szalonych populistów

Polowanie na czarownice

W korpusie służby cywilnej lecą głowy. Zdymisjonowany został m.in. sekretarz stanu w resorcie spraw zagranicznych sir Olly Robbins. W jego obronie stanęły związki zawodowe zrzeszające pracowników administracji publicznej oraz lord Mark Sedwill, były główny doradca do spraw bezpieczeństwa. Sedwill na łamach „The Times” domaga się przywrócenia Sedwilla do pracy, stwierdzając przy okazji, że Starmer „stracił zdolność pracy ze służbą cywilną”.

Na Downing Street trwa polowanie na czarownice, bo premier twierdzi, że nie miał pełnej wiedzy na temat Mandelsona, kiedy podpisywał jego nominację. Tymczasem jego współpracownicy chodzą do mediów i anonimowo opowiadają, że wbrew publicznemu wizerunkowi premier „nie jest niekompetentnym miłym człowiekiem, tylko niekompetentnym dupkiem” – tak napisał chociażby portal Politico.

Za jego plecami załamuje się cały system polityczny. Narrację przejął i zdominował Reform UK Nigela Farage’a, które zbiera głosy sfrustrowanego elektoratu zarówno z dawnej klasy pracującej, jak i konserwatywnych segmentów społeczeństwa. Gigantyczny wzrost popularności i trzykrotny przyrost członków w pół roku zanotowali Zieloni, rządzący na polu lewicowego populizmu. Swoje trzy grosze do walki w już wielopartyjnym systemie dorzucają Liberalni Demokraci. Tymczasem Keir Starmer, spokojny prawnik z humanitarnym zacięciem, zachowuje się, jakby czasy wcale się nie zmieniły. Trudno spodziewać się sukcesu, kiedy neguje się rzeczywistość.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Polak sprzedaje broń Ukrainie. „To nie były łatwe pieniądze. Trochę rozdałem za darmo”

Pomyślałem: „Przyszła wojna, przyszły standardy”. Ale było to dosyć naiwne myślenie – mówi Piotr Sapieżyński, prezes firmy Alfa sprzedającej broń Ukrainie.

Juliusz Ćwieluch, Paweł Reszka
09.04.2026
Reklama