Recenzja filmu: „Między morzem a oceanem”, reż. Isaki Lacuesta
Opowieść utkana jest z poetyckich retrospekcji i żywiołowych jak flamenco scen skąpanych w ciepłych barwach końca lata.
Opowieść utkana jest z poetyckich retrospekcji i żywiołowych jak flamenco scen skąpanych w ciepłych barwach końca lata.
Donald Trump nie ma pojęcia o problemach amerykańskich robotników, choć często wraca do nich w swojej retoryce.
Poruszający dramat o tym, że wszystko toczy się w rytm wyniszczającego fatum.
Wielka, wyzwalająca opowieść o pogodzeniu się z losem, a może bardziej – o oswajaniu lęku.
Film nawiązuje do fali śmierci młodych uzależnionych od heroiny Islandczyków.
Opowieści asystentek i aktorek, które miały do czynienia z Harveyem Weinsteinem, są dobrze znane.
Za filmem najbardziej przemawiają żywe emocje młodych ludzi świetnie oddane przez nastoletnich aktorów.
Film jest kalką estetyki „To” lub serialu „Stranger Things”, a wybrane przez del Toro opowieści są nierówne.
Masakra w domu Romana Polańskiego definitywnie zamknęła pewien rozdział nie tylko hollywoodzkiej, ale także amerykańskiej historii.
W filmie dominuje wątek komediowy wprowadzony przez Ashleigh (Elle Fanning), naiwną studentkę z Teksasu, która przyjeżdża do Nowego Jorku, by napisać artykuł o ambitnej produkcji filmowej.
Cała seria filmów „Toy Story” jest po prostu mądra. Kolejne odsłony podejmują temat człowieczeństwa i szczęścia.
Dokument przeplata opowieści kilku bijących na alarm dziennikarzy, ekspertów i byłych pracowników Cambridge Analytica, którzy, by ratować reputację, mówią o popełnionych przestępstwach.
Prześledzić można początki i rozwój kariery tego samorodnego talentu, prostego chłopaka z Modeny obdarzonego wyjątkowej jakości i siły głosem.
Dokument poświęcony Diego Maradonie przypomina uprawiany przez niego futbol – poetycki, bajeczny i dynamiczny, ale niepozbawiony przecież słabszych momentów.
Mistrz ponowoczesnej narracji powraca do tematu rozczarowania, śmierci i upiornej rzeczywistości, z której nie ma innej ucieczki, jak tylko poprzez jej zniszczenie.
Francuzi są mistrzami w powierzchownym krytykowaniu samych siebie.
Komediowe elementy są przyjemne.
Autor mierzył wysoko, chciał przedstawić zjawisko do tej pory nieopisane w kinie. Prawie mu się udało.
Filmowi nie pomaga harlequinowy pierwowzór, który posłużył za podstawę scenariusza.
Klątwa większego budżetu znowu zebrała swoje żniwo.