Recenzja książki: Joanna Mucha, „Wszystko się stało”
Nie sprawdza się ani jako historia fantastyczna, ani jako metaforyczna opowieść o współczesności.
Nie sprawdza się ani jako historia fantastyczna, ani jako metaforyczna opowieść o współczesności.
Gdyby zapytać, co jest najistotniejszym znakiem wielkości Johna Coltrane’a, odpowiedzi byłyby różne.
Nazwisko Barbary Piaseckiej Johnson, żony Sewarda Johnsona, właściciela gigantycznej firmy kosmetycznej, było na ustach wszystkich, kiedy pokazywała w Polsce swoją kolekcję sztuki czy wspierała opozycję, a potem rozmaite polskie przedsięwzięcia.
Literatura chyba nie może zrobić z czytelnikiem więcej.
Książka Napiórskiej to tylko i aż ciekawostka.
Racjonalne zestawienia danych nie wystarczą do zmiany stosunku do migrantów, jeśli nie zmieni się język.
Na początku kadencji Donalda Trumpa można się tylko zastanawiać, jak w przyszłości poradzi sobie z nią literatura.
Iwaszkiewicz potrzebował piękna, żeby żyć. Błeszyński sprawiał, że to piękno na progu starości znowu się pojawiło.
Żyjemy zwykle w porządku chronologicznym. Jeśli więc autor biografii przetasowuje przód z tyłem, to musi mieć ważny powód.
W 2015 r. ludzie wciąż wspominają stalinowskie czystki, nie opuścili jeszcze kołchozu, lękają się władzy i zmarłych, których bezimienne groby znaczą ziemie byłego ZSRR. Mundur i broń w dalszym ciągu stanowią tu prawo.
To jest książka o książce jako przedmiocie. O tym, jak kodeks, czyli książka w formie, jaką znamy, wyparła zwoje pergaminu.
Zbiór Dunina-Wąsowicza jest pełen perełek, spotykają się tu pisarze z różnych stron ideologicznych, literatura wagonowa sąsiaduje z poezją.
Książka opowiada o kobietach w sztuce i nowojorskiej bohemie, a także o żonach i matkach.
Komu mogło zależeć na zniszczeniu zapisków, które mogłyby być pomocne w ściganiu wojennych zbrodniarzy?
Książka nie jest wegetariańską agitką, to opisana z naukową precyzją podróż przez historię, która zaczyna się przed milionami lat.
Choć miejscami autor niebezpiecznie zbliża się do wyświechtanych truizmów, to za każdym razem zbija patetyczny ton swojej opowieści subtelną grą z czytelnikiem.
Wiele z tych wierszy dogonił czas, one są właśnie na dziś.
Nie zawsze są to ściśle rozważania o ciele, ciało pojawia się tu czasem tylko przy okazji.
Ta „wesoła fantazja na temat Dvořáka” – jak brzmi podtytuł – zdaje się ukonorowaniem pasji muzycznej Škvoreckiego.
„Złe” to opowieść o piekle, jakim może być rodzina, ale chyba przede wszystkim o tym, jak lokalna społeczność to piekło innym może zgotować.