Świat

Brexit i zapach sera. Jak zmieni się życie Brytyjczyków po wyjściu z UE

Brexit i zapach sera. Jak zmieni się życie Brytyjczyków po wyjściu z UE

Nad brexitem unosi się zapach gnijących tłustych serów. Jeśli nie będzie porozumienia z Unią, Brytyjczycy będą musieli przejść na dietę. Dopiero wtedy może pójdą po rozum do głowy.

„Co Europa dla nas zrobiła?” – pytają Brytyjczycy od czasu referendum w czerwcu 2016 r. Wielu z nich uznaje, że niewiele. To pytanie przypomina mi, jak grupa bojowników wyzwolenia Palestyny z komedii „Żywot Briana” (nie tylko mój ulubiony film) pytała, co też właściwie Żydzi zawdzięczają Rzymianom. Na filmie w reakcji na to pytanie najpierw były kpiny i sugestie, że niby nic. Potem członkowie grupy Monty Pythona przypomnieli sobie dość szybko o drogach, kanalizacji i tysiącu innych dobrodziejstw, które zawdzięczają Rzymianom. Podobnie będzie z Brytyjczykami i Unią.

Good bye, Wielka Brytanio!MH83/PixabayGood bye, Wielka Brytanio!

Porozumienie czy brutalny rozwód?

Dziś niemal co drugiemu mieszkańcowi Wysp wydaje się, że łatwo da sobie radę bez Europy. Ale Wyspy to nie żaglowiec. Brytyjczycy nie popłyną na drugi koniec świata. Będą zmuszeni (i chętni) do handlu z Europą. Co będzie, jeśli ten handel będzie musiał pokonywać po drodze cła?

To nie czarnowidztwo. W tej chwili staje się więcej niż prawdopodobne, że negocjacje w sprawie brexitu skończą się mrożącą krew w żyłach partią pokera. Do ostatniej chwili ważyć się będzie, czy nastąpi porozumienie z Londynem, czy też brutalny rozwód. Wojna nerwów trwa już dziś. Na dobre zacznie się jesienią, a skończyć powinno tuż przed 29 marca 2019 r. Tylko czym? Co stanie się w okresie przejściowym, który potrwa kolejne niemal półtora roku?

Brytyjczycy chcieliby zjeść ciastko i mieć ciastko – zachować przywileje członka Unii i mieć pozycję kraju od niej niezależnego. Bardziej prawdopodobne staje się więc dziś, że porozumienia w ogóle nie będzie. Brytyjczycy wyjdą z ostatniej kolacji z przedstawicielami Unii bez ciastka, jeszcze przed deserem. Wyjdą po angielsku, bez pożegnania i „bez dealu”. Wtedy na Wyspach rozpęta się szekspirowska burza. Nie tak dawno chorym człowiekiem Europy miała być Grecja, całkiem niedawno Włochy. Tak naprawdę jest nim Wielka Brytania, na własne życzenie.

Czytaj także: Brexit, czyli ściema na raty. Czy możliwe jest drugie referendum?

W kogo uderzy brexit

Przywrócenie ceł może oznaczać trwającą wiele miesięcy katastrofę – korki na drogach do Dover, żywność gnijącą w portach i skoki cen w brytyjskich supermarketach. Byłoby równoznaczne z wyprowadzką wielu firm z Wysp i masowymi zwolnieniami pracowników. Airbus sygnalizował już, że może przenieść produkcję z Wielkiej Brytanii. Amazon ostrzegał niedawno, że w miastach tuż po twardym brexicie mogą wybuchnąć zamieszki.

Były premier John Major, mądry konserwatysta rządzący w latach 90. XX w., powiedział w telewizji BBC, że brexit uderzy dotkliwie najbardziej w tych, którzy mają najmniej, a więc w północ Anglii i Szkocję. Nie dał też swojemu krajowi wielkich szans na ułożenie w dłuższej perspektywie życia gospodarczego bez dostępu do rynku Unii. „Ziemia może być płaska, być może się to uda, ale bardzo wątpię” – mówił Major.

Drogie jak mleko

Konsekwencje stanowczego, bezkompromisowego brexitu będą dla przeciętnego Mr Smitha bardzo poważne. Niezależnie od tego, w której części Zjednoczonego Królestwa mieszka. Weźmy na pierwszy ogień żywność.

Czy Brytyjczycy będą musieli zrezygnować z francuskich serów?Carlos Gracia/Flickr CC by 2.0Czy Brytyjczycy będą musieli zrezygnować z francuskich serów?

Według analizy LSE (London School of Economics) po brexicie, szczególnie twardym, w sklepach brakować będzie serów i jogurtów, a nawet mleka w proszku dla niemowląt. Tam, gdzie będą, ceny tych produktów wzrosną o kilkanaście lub kilkadziesiąt procent!

Nie są to analizy niepraktycznych jajogłowych. Opracowanie oparte na precyzyjnych symulacjach ekspertów powstało na zamówienie kilku wielkich firm, takich jak Arla, największa na rynku brytyjskim firma zajmująca się nabiałem, o obrotach 2,6 mld funtów rocznie. Zwolennicy brexitu skonstatują zapewne z zadowoleniem, że te francuskie fanaberie kulinarne zastąpi rodzimy, patriotyczny ser Cheddar, którego będzie w bród... Ekonomiści kręcą przecząco głowami.

Mamy XXI w. Gospodarka brytyjska to ekonomia epoki usług. Wyspiarze wyjadają od dawna unijne masło i sery, wypijają europejskie, unijne mleko (z Irlandii, Francji i Niemiec). Nie da się z dnia na dzień na Wyspach wyhodować armii krów, nawet na rozkaz konserwatywnej premier, która robi surowe miny jak Margaret Thatcher. Nawet rodzimy cheddar przyjeżdża w większości z... Europy (przede wszystkim sąsiedniej Irlandii, 82 proc.). Jeśli utknie na granicy albo jeśli będzie bardzo drogi, wielu Brytyjczyków nie będzie miało co włożyć do kanapek.

W grę – w przypadku braku porozumienia – wchodzić będą niezwykle wysokie cła. Na przykład produkty mleczne o zawartości tłuszczu powyżej 3 proc. będą obciążone cłem w wysokości 74 proc.! Nawet jeśli jakimś cudem (cudu raczej nie będzie, o czym niżej) uda się do marca zawrzeć sensowny, ostateczny nowy układ z Unią, kontrole na granicy w Dover spowodują opóźnienia, a każde opóźnienie to istotny wzrost ceny produktu.

Dla londyńczyków, mieszkańców Birmingham i Manchesteru skończy się era taniej i różnorodnej żywności. Wielu produktów będzie nagle jak na lekarstwo – mniejsi producenci z Europy, np. z Włoch, nie będą chcieć ryzykować utraty towaru albo policzą, że ich sery staną się w Anglii tak drogie, że nikt ich nie kupi.

Niewiele jest gorszych zapachów od zapachu gnijącego sera. Taka woń powoli zaczyna się unosić nad brexitem. Nie pomogą już perfumowane chusteczki i okrągłe frazy produkowane przez biuro prasowe przy Downing Street.

Bez dotacji i leków, ale z kontrolami na granicach

Kolejny poważny raport mówi, że po „twardym” wyjściu z Unii może zabraknąć ważnych medykamentów. Lista zażaleń po brexicie będzie tak długa, że nikt nie spisze wszystkich problemów na wołowej skórze.

Od eksportu do Unii zależy w Wielkiej Brytanii 3,1 mln miejsc pracy. Nawet jeśli zniknie ich niewielka część, grozi to wielkim kryzysem społecznym i utratą zaufania do Partii Konserwatywnej.

Kulejąca publiczna służba zdrowia (NHS) może nie dostać obiecanych miliardów funtów. Budżet nie zyska przecież aż tak wiele na zaprzestaniu płacenia unijnych składek (Londyn czeka przecież kara w wysokości 49 mld funtów).

Rolnicy brytyjscy, już dziś nie najzamożniejsi, nie będą mogli liczyć na unijne dotacje (zapewniały one stabilny dopływ środków dla pół miliona pracowników rolnych). Arystokraci, którzy mają wciąż w posiadaniu jedną trzecią ziemi w Wielkiej Brytanii, nie dostaną dopłat za areały leżące odłogiem (wśród nich książę Karol).

Brytyjczykom grożą kontrole na granicach Unii. Nie będą mogli łatwo studiować i pracować w Europie. Będą płacić wyższe ceny za bilety lotnicze (kto nie wierzy, że wolny rynek to nie wszystko, niech spojrzy na ceny luksusowych serów w Londynie, niektóre już wzrosły o 15 proc.). Nie będą mogli w ogóle lub w pełni korzystać z porozumień o unikaniu roamingu.

Perspektywa takiego kryzysu nie jest wymysłem proeuropejskich publicystów. Rząd brytyjski zapowiedział oficjalnie, że na wypadek brexitu bez porozumienia będzie gromadzić zapasy żywności, lekarstw i krwi do transfuzji. Prawdopodobieństwo takiego rozwodu jest coraz realniejsze. Unia Europejska już odrzuciła istotę pomysłu May na kompromis z Brukselą. To oznacza fiasko wielkiego planu May z Chequers. Jej nowy minister do spraw brexitu Dominic Raab robi wrażenie młodzieńca wysłanego na negocjacje, w których nie ma szans.

Brexit uderzy w funta

Unia niczym Rzym z filmu „Żywot Briana” zapewnia Wyspiarzom tysiąc różnych udogodnień, z których nie zdają sobie sprawy, dopóki ich nie stracą.

Funt osłabnie?Images Money/Flickr CC by 2.0Funt osłabnie?

Słabnący funt – nieuchronna konsekwencja kryzysu po brexicie – może być dobry dla niektórych eksporterów, ale bardzo kiepski dla firm zależnych od importu. Jak uda się zachować wyjątkowy status londyńskiemu City i nadal z zyskiem handlować w krajach Unii? Zapewne się nie uda.

Zbyt wiele pojawia się takich „oczywistych oczywistości”, by patrzeć z optymizmem na Wielką Brytanię po brexicie. Na większość pytań brak odpowiedzi, a już wkrótce odliczać zaczniemy pół roku do brexitu...

Ruiny zapewne nie będzie, ale spory kryzys, a potem marazm? Niemal bez wątpienia tak! Kiedy brytyjski suweren dojdzie do wniosku, że sam zadał sobie taki ból, wybuchnie kryzys polityczny.

Trudno o happy end

Coraz częściej już dziś, i to w poważnych brytyjskich mediach, pojawia się zdanie: „na brexicie nikt nie zyska lub mało kto zyska”. Trzeba go przeprowadzić, bo przecież suweren wyraził swoją świętą wolę. Ot, meandry demokracji, najlepszego i najgorszego ustroju. Fatalizm godny greckiego dramatu. W końcu statystyka, według której 4–5 proc. brytyjskiego dochodu narodowego zależy dziś od członkostwa w Unii, nie została wzięta z sufitu. Zanim zastąpią to układy z Ameryką, Australią i Indiami, brytyjski suweren straci cierpliwość do polityków z Downing Street.

Schodząc do rozwiązań praktycznych, wychodzi na to, że co bardziej zapobiegliwi brytyjscy klienci mogliby już zacząć chomikować żywność, a na pewno lekarstwa. Bo przechowanie sera brie i jogurtu podczas fali ponadtrzydziestostopniowych upałów wydaje się jednak równie (non)sensowne co brytyjska taktyka negocjacji z Unią – kilkanaście miesięcy wewnętrznej wojny politycznej, przeciągania liny, brak stanowiska negocjacyjnego, popisy słabości, wręcz braku powagi („Fuck business!” – mówił nie tak dawno były szef MSZ, klown-ideolog Boris Johnson, zwolennik brexitu wagi ciężkiej). Tak podziwiana za pragmatyzm brytyjska klasa polityczna upadła na naszych oczach bardzo nisko.

Jaki więc będzie koniec tego dreszczowca? Zapewne dość ponury. Nieuchronna mała wojna celna po brexicie na zasadach niemal wolnej amerykanki, a precyzyjniej Światowej Organizacji Handlu (WTO) rozbudzi na Wyspach nową falę nacjonalizmu. Pojawią się szybko żądania ustąpienia brytyjskiego rządu i nowych wyborów, a po nich kolejnego referendum. Bałagan po brexicie jest już niemal pewny, nie tylko dlatego, że ekipa negocjacyjna Theresy May ma w Brukseli autorytet... Mr Beana.

Twardy brexit czy aksamitny rozwód

Przede wszystkim wszyscy wiedzą, nie tylko w Londynie, że konserwatywny rząd Theresy May jest zakładnikiem ok. 40 posłów, którzy domagają się bardzo twardego brexitu. May świetnie wie, że to nierealistyczne gospodarczo, sama była przecież zwolenniczką pozostania we Wspólnocie. Nie może jednak wiele poradzić na arytmetykę w Izbie Gmin (także paru zwolenników twardego brexitu w Partii Pracy, która chce jak najbardziej aksamitnego rozwodu z Brukselą).

W wielkim trudzie pani premier zamknięta z ministrami i doradcami wykuła w lipcu w Chequers Court swoją kompromisową, ostateczną ponoć propozycję negocjacyjną. Straciła przy okazji paru prawicowych ministrów wierzących w skrajny brexit, w tym niesfornego Borisa Johnsona.

May obiecywała, że się nie cofnie. Tymczasem dwa dni po kompromisie z własnym gabinetem uległa szantażowi. Miało być zachowanie zerowych ceł na towary (nie usługi) i preferencje dla ruchu obywateli Unii – jakaś tam podstawa do rokowań nad warunkami opuszczenia Unii. Lider zwolenników twardego brexitu Jacob Rees–Mogg wymusił zaostrzenie oficjalnego stanowiska rządu. Szanse na porozumienie z Unią stopniały gwałtownie, by nie powiedzieć, że są bliskie zera.

Liczenie na cud nie ma sensu

Unia nie zgodzi się na układ z Wielką Brytanią bez elementu, choćby namiastki swobodnego ruchu siły roboczej. Musi być „coś za coś”. Inaczej takie lordowskie porozumienie byłoby zachętą dla wszystkich państw, by domagały się od Brukseli podobnych warunków. Choćby Norwegia. Będąc poza Unią, ale we wspólnym rynku, płaci dużą cenę – musi przyjmować pracowników z Unii. Musi też wprowadzać unijne regulacje, w sprawie których nie ma za wiele do powiedzenia. Brytyjczycy, a właściwie jedna grupa rządzącej nimi prawicowej partii, liczy na cud. Zapewne się przeliczy. Jak zwykle kosztem Mr Smitha, który dwa lata temu jak indyk zagłosował za świętami Wielkiej Nocy.

Czytaj także: Tak, wy też ucierpicie. Bałagan po brexicie wszyscy będziemy sprzątać przez lata

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Gdy najbliżsi chorują psychicznie

Czy człowieka musi paraliżować strach i niemoc, gdy bliska mu osoba zaczyna cierpieć na zaburzenia psychiczne?

Anna Dobrowolska
27.05.2014
Reklama