Orbán kontra węgierska klasa średnia
Wydarzenia ostatnich tygodni to jeszcze nie przełom, ale już wyrwa w sprawnym działaniu laboratorium nowego systemu politycznego. Dalsze udawanie demokraty będzie dla Viktora Orbána coraz trudniejsze.
Protest pod Pałacem Prezydenckim w Budapeszcie 21 grudnia 2018 r.
Forum

Protest pod Pałacem Prezydenckim w Budapeszcie 21 grudnia 2018 r.

Na Węgrzech doszło do ważnej zmiany. Protesty, które rozpoczęły się 12 grudnia, odbywają się regularnie w całym kraju. Demonstracja w Budapeszcie w miniony piątek ponownie zjednoczyła opozycję, związki zawodowe i środowiska inteligenckie. Do tej pory te trzy grupy nie potrafiły zawiązać strategicznej współpracy. O dziwo pomógł im w tym rząd.

Czytaj też: Orbán, herold nowych czasów

Zatrzymać stagnację

Głównym powodem protestów jest nowe prawo, określane mianem „ustawy niewolniczej”, które daje pracodawcom możliwość zwiększenia dopuszczalnej liczby nadgodzin z 250 do co najmniej 400, a jednocześnie wydłuża obowiązek zapłaty do trzech lat. Ustawę uchwalono w trybie ekspresowym, z pogwałceniem parlamentarnego regulaminu, podpisał ją już prezydent János Áder.

Aby zrozumieć, czym kierowali się węgierscy ustawodawcy, rzućmy okiem na stan gospodarki. Węgry notują ostatnio wzrost na poziomie 5 proc., co w końcu daje im szansę na dogonienie już nawet nie Zachodu, ale partnerów z Grupy Wyszehradzkiej. Od lat bowiem inne gospodarki regionu rosną, dając obywatelom szansę na bogacenie się, a węgierskie PKB per capita nie zmienia się. Jest już mniejsze niż w Polsce, a przy obecnym trendzie w ciągu kilku lat może być także niższe niż na Słowacji.

By utrzymać stopę życiową, Węgrzy muszą więc znaleźć nowy sposób na rozwój. Już teraz z rynku ubywa procent pracowników rocznie, społeczeństwo starzeje się, a tradycyjne źródła migracji zarobkowej się wyczerpują – społeczeństwa Rumunii i Ukrainy starzeją się w co najmniej równym stopniu. Na dodatek młodzi Węgrzy coraz częściej decydują się na wyjazd z kraju.

Przy obecnej koniunkturze owocuje to stopą bezrobocia 3,7 proc., jedną z najniższych w Europie. Jeśli Węgry nie znajdą sposobu na magiczne zwiększenie produktywności, będą zmuszone ograniczyć produkcję. Jednocześnie sytuacja powoduje presję płacową i realne zarobki Węgrów rosną znacznie powyżej stopy inflacji. To zaś wkrótce zaważy na decyzjach inwestorów co do lokalizacji fabryk, których opłacalność była związana z wykwalifikowaną i słabo opłacaną grupą pracowników. Jeśli więc Orbán bronił sprowadzonego z zagranicy kapitału przed migrantami z południa, to kapitał wkrótce może odpływać. I, o ironio, niewykluczone, że to nie będą przenosiny do północnej Afryki.

Czytaj też: Orbán wyrzuca z Węgier „Uniwersytet Sorosa”

Porzucona klasa średnia

Warto przyjrzeć się politycznej i gospodarczej obietnicy Orbána. Początek jego kariery wiąże się wszak z propozycją budowy klasy średniej, a więc także możliwością awansu klas niższych i, co trzeba pamiętać, równym traktowaniem przez prawo najbogatszych. Uczciwie zaczynał od budowy klubów obywatelskich opartych na wierze, że przedsiębiorczość gospodarcza powinna ufundować silną, liberalno-konserwatywną partię reform. Analizując źródła swoich wcześniejszych porażek politycznych przed 2010 r., doszedł jednak do wniosku, że władzy nie dadzą mu przedsiębiorcy, tylko lud, czyli klasa niższa.

Tak narodził się lider, którego znamy dziś jako premiera Węgier. Z mitu o poprawie sytuacji klasy średniej zostały mu tylko niskie podatki, które nie pozwalają na sfinansowanie znaczących projektów inwestycyjnych. Lud karmiony jest antyimigrancką retoryką, która ma być remedium na braki poczucia godności – warto się wybrać na węgierską wieś, by zobaczyć, jak biednie żyją najwierniejsi wyborcy premiera.

Z czasem najistotniejszą grupą utrzymującą Fidesz u władzy okazała się klasa wyższa – początkowo inwestorów, z czasem także mianowanych przez Orbána nowych oligarchów, czyli bogacących się w nieprawdopodobnym tempie urzędników z jego otoczenia. Lőrinc Mészáros, były burmistrz Felcsút, rodzinnej wioski premiera, w 10 lat zanotował szybszy wzrost wartości swoich spółek niż Facebook. Tej klasie „wyborców” Fidesz oferuje najwięcej koncesji, które wiążą coraz mocniej interesy władzy i bogaczy. Jak mawiał stary liberalny konserwatysta Lord Acton: „Im więcej władzy, tym więcej korupcji”.

Czytaj też: Orbán ponownie u Putina. Po co mu ten sojusznik

Jak zmieniać, to przed świętami

Co ważne, równolegle do „ustawy niewolniczej” przyjęto ustawę o powołaniu sądu administracyjnego, który przejmie wszystkie sprawy dotyczące nieprawidłowości, w tym korupcji, w urzędach państwa. Zarówno głośna obstrukcja parlamentarzystów, jak i reakcja na ulicach miast była do przewidzenia. Pytanie, dlaczego Orbán zdecydował się na ten krok właśnie teraz.

Powszechnie uważa się, że na najmniej popularne reformy rządy mają czas w ciągu pierwszych stu dni rządów. Fidesz cieszący się blisko 50-proc. poparciem wygrał po raz trzeci z rzędu w kwietniu 2018 r., zapewniając sobie ponownie konstytucyjną większość w parlamencie. Zyskał w ten sposób niemal władzę absolutną w kwestii stanowienia prawa, w tym konstytucji. To zresztą jeden z elementów, który odróżniał do tej pory PiS od Fideszu – Węgrzy demontowali demokratyczne państwo prawa w sposób zgodny z przepisami i przy pomocy legitymizacji pochodzącej z przygniatającej większości głosów.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj