Salvini nie zgadza się, by kilkudziesięciu migrantów zeszło na ląd
Sprawa migrantów, którym Włochy od wigilii Bożego Narodzenia odmawiają zejścia na ląd w swoich portach, jest potrzebna Matteo Salviniemu, by podbić własną popularność i w niedalekiej przyszłości sięgnąć po stanowisko premiera.
Dwa dni przed wigilią statek Sea Watch 3 holenderskiej organizacji pozarządowej uratował na Morzu Śródziemnym 32 dryfujących migrantów.
DARRIN ZAMMIT LUPI/Reuters/Forum

Dwa dni przed wigilią statek Sea Watch 3 holenderskiej organizacji pozarządowej uratował na Morzu Śródziemnym 32 dryfujących migrantów.

Włoski wicepremier i minister spraw wewnętrznych Matteo Salvini ignoruje prośby papieża i otwarcie kłóci się z przywódcami pozostałych partii koalicyjnych, w tym premierem Giuseppe Contem – w poniedziałek dał do zrozumienia na swoim Facebooku, że bez względu na wynik negocjacji szefa jego rządu z władzami innych krajów europejskich „włoskie porty pozostaną zamknięte”.

Kto przyjmie migrantów?

Cała ta awantura wzięła się z powodu zaledwie kilkudziesięciu potrzebujących pomocy osób. Dwa dni przed wigilią statek Sea Watch 3 holenderskiej organizacji pozarządowej uratował na Morzu Śródziemnym 32 dryfujących migrantów (w tym kobiety i dzieci), a równo tydzień później kolejnych 17 wyłowiła w pobliżu libijskiego wybrzeża niemiecka jednostka Profesor Albrecht Penck. Od tamtej pory zejścia na ląd w swoich portach odmawiają im najbliższe Włochy i Malta – ta ostatnia pozwoliła jedynie załodze pierwszego statku na uzupełnienie zapasów wody i żywności.

Stan pasażerów jest nie do pozazdroszczenia. Migranci zostali uratowani w stanie dużego odwodnienia i wygłodzenia, a w czasie ich pobytu na pokładzie Morze Śródziemne dało znać o swojej mocy – wysokie na cztery metry fale wywołały u większości z nich silne wymioty. Pracujący na miejscu lekarze alarmują, że w razie dalszego powtarzania się takich objawów stan zdrowia tych osób może się radykalnie pogorszyć. Dlatego premier Conte negocjuje z innymi krajami rozdysponowanie migrantów. Według informacji medialnych po kilku zgodziły się przyjąć Francja, Niemcy, Luksemburg, Portugalia, Holandia i Rumunia.

Ale zejścia na ląd uparcie odmawia im Matteo Salvini. Dla ministra spraw wewnętrznych, a zarazem wicepremiera los tych kilkudziesięciu osób jest bowiem bez znaczenia – jemu chodzi tylko o władzę.

Czytaj także: Po co Matteo Salvini przyjeżdża do Warszawy?

Liga już nie Północna

Gdy w 1990 r. wstępował do Ligi Północnej, ugrupowanie liczyło się tylko w jego rodzinnej Lombardii – podsycając niechęć bogatych mieszkańców północy do ubogiego południa, potrafiło w wyborach zdobywać głos co piątego z nich, ale w skali całego kraju cieszyło się śladowym poparciem. Dziś po tamtej strategii nie ma już śladu, z nazwy partii zniknęło nawet słowo „Północna”, a stojący na jej czele od 2017 r. Salvini zabiega równie usilnie o wyborców z Mediolanu, co Palermo.

A ponieważ to właśnie południowe regiony Włoch najbardziej zmagały się z masowym napływem ludzi u szczytu kryzysu migracyjnego, lider Ligi podczas kampanii wyborczej w marcu zeszłego roku kusił elektorat właśnie ostrymi wypowiedziami na temat przybyszów. „Po roku moich rządów we Włoszech liczba imigrantów wyniesie zero”, „ewangelia wcale nie mówi, że trzeba gościć każdego”, „wyczyścimy nasz kraj, zablokujemy granice od Alp po Sycylię” – to tylko kilka z jego ówczesnych haseł.

Dzięki nim Salvini wyrósł na nowego lidera prawicy: Liga zdobyła 18 proc. poparcia, najwięcej z konserwatywnej koalicji, która zgarnęła w sumie co trzeci głos. Ale równie popularny okazał się nie do końca określony politycznie Ruch Pięciu Gwiazd, który świetny wynik osiągnął właśnie na południu. Dlatego ostatecznie oba ugrupowania musiały zawrzeć porozumienie, na mocy którego premierem został bezpartyjny (choć powiązany z Ruchem) Giuseppe Conte, a wicepremierami szefowie Ligi i Ruchu.

Nie tylko Aquarius

Od tamtej pory minister spraw wewnętrznych nie przestaje zdobywać kolejnych punktów w sondażach. Jego samego popiera już 56 proc. Włochów, a gdyby wybory odbyły się dziś, na Ligę głos oddałoby 34 proc. osób, czyli dwukrotnie więcej niż rok temu. To m.in. dlatego, że Salvini dotrzymał kontrowersyjnej obietnicy i zamknął włoskie porty dla migrantów. Choć jest wicepremierem dopiero od czerwca, statystyki przemawiają na jego korzyść: w zeszłym roku Włochy nie tylko przestały być głównym państwem docelowym dla łodzi przepływających przez Morze Śródziemne, ale w ogóle spadły na trzecią pozycję. W całym 2018 r. przyjęły jedynie 23 tys. osób, podczas gdy Grecja 48 tys., a Hiszpania 65 tys. – burmistrz Algeciras, największego portu w tym ostatnim kraju, latem mówił nawet w mediach, że „Andaluzja staje się nową Lampedusą”.

To właśnie Hiszpanie zgodzili się przyjąć migrantów ze słynnego statku Aquarius, gdy zejścia na ląd odmówiły im Włochy w pierwszym miesiącu urzędowania Salviniego. Po kilku tygodniach podległa mu prokuratura zatrzymała zresztą należącą do Lekarzy Bez Granic jednostkę, zarzucając jej załodze nielegalne zrzucanie toksycznych substancji w miejscowych portach.

Obecna historia z zaledwie kilkudziesięcioma osobami na pokładzie dwóch niewielkich statków odbija się równie głośnym echem co sprawa Aquariusa – głównie dlatego, że przytrafiła się w okresie świątecznym. Opinii publicznej może więc umknąć, że pomiędzy oboma przypadkami Włochy odmówiły już przyjęcia prawie 3 tys. osób znajdujących się w takiej samej sytuacji.

Matteo Salvini z pewnością przypomni jednak o tym włoskim wyborcom przy następnej kampanii. Do której może dojść znacznie szybciej niż po wypełnieniu pełnych pięciu lat kadencji, jak tuż po zaprzysiężeniu obiecywał wicepremier.

Czytaj także: Realokacja imigrantów wciąż budzi kontrowersje

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj