Świat

Największe niewiadome wyborów do Parlamentu Europejskiego

Parlament Europejski Parlament Europejski Parlament Europejski
Przygotowania do wyborów nabierają tempa, ale wciąż nie ma pewności co do tego, w ilu krajach odbędzie się głosowanie, ani czy wybory nie okażą się wizerunkową wpadką wspólnoty.

Wybory do Parlamentu Europejskiego zbliżają się wielimi krokami. W Polsce niemal codziennie wyciekają nowe informacje na temat kształtu list wyborczych, a prezydent Andrzej Duda 25 lutego dopełnił formalności i podpisał postanowienie o przeprowadzeniu wyborów 26 maja, tym samym oficjalnie rozpoczynając kampanię w kraju. Przygotowania do głosowania nabierają tempa również w pozostałych krajach członkowskich, ale wciąż nie ma pewności co do tego, w ilu krajach odbędzie się głosowanie, ani czy wybory nie okażą się wizerunkową wpadką wspólnoty.

Czytaj także: Dlaczego Joachim Brudziński startuje w eurowyborach?

Piłkarze i aktywiści na ratunek wyborczej frekwencji

Czynnikiem łączącym społeczeństwa krajów Unii wydaje się brak zrozumienia dla tego, czym jest i co robi Parlament Europejski. Regularnie, co pięć lat, ma to swoje odzwierciedlenie w liczbie głosujących wyborców. W 2014 r. w skali UE do urn poszło 43 proc. uprawnionych – w Polsce do lokali wyborczych pofatygowało się zaś niecałe 24 proc. elektoratu.

Tym razem frekwencja najpewniej będzie nieco wyższa. Wynika to z polaryzacji polityki w krajach członkowskich w ciągu ostatnich pięciu lat, a taka sytuacja z reguły przekłada się na większą mobilizację. Efekt ten nie będzie jednak znaczący, a na pewno nie zadowalający z perspektywy urzędników pracujących w Parlamencie Europejskim. Ci od kilku miesięcy pracują nad przygotowaniem ogólnounijnych kampanii mających zachęcić wyborców do zagłosowania w maju. Jedną z inicjatyw są rozmowy z FIFPro, czyli Międzynarodową Federacją Piłkarzy Zawodowych. FIFPro miałaby nakłonić kilku swoich podopiecznych do nagrania krótkich filmików zachęcających do głosowania. Następnie wybrani piłkarze udostępniliby materiał na swoich profilach w mediach społecznościowych. Szkopuł w tym, że gwiazdy – najpewniej w obawie przed utratą fanów i wartości marketingowej – nie palą się do udziału w inicjatywie zahaczającej o politykę. Wątpliwa jest też skuteczność tego typu inicjatyw – nie wiadomo, na ile post hiszpańskiego piłkarza będzie inspirujący dla wyborców na drugim końcu Europy.

Parlament próbuje też działać na poziomie lokalnym za pośrednictwem swoich biur w krajach Unii. Pracownicy placówek tworzą sieć wolontariuszy-aktywistów i koordynują ich działania pod hasłem „Tym razem głosuję”. Cel – mobilizacja jak największej liczby ludzi. Strategia ta rzeczywiście pozwala dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, ale dotychczas przynosi mieszane wyniki. Sprawdza się w krajach z silnymi organizacjami pozarządowymi lub w państwach z jednym ośrodkiem miejskim skupiającym dużą część społeczeństwa. Nie rozwiązuje jednak problemu mobilizacji elektoratu mieszkającego daleko od ośrodków miejskich, gdzie frekwencja w eurowyborach zwykle jest najniższa.

Czytaj także: Jak będzie wyglądał europarlament po wyborach? Są pierwsze sondaże

Parlament Europejski bardziej podzielony

Wbrew obiegowej opinii ryzyko paraliżu Parlamentu Europejskiego po wyborach przez ugrupowania eurosceptyczne praktycznie nie istnieje. By do tego doszło, partie antyunijne musiałyby zdobyć przynajmniej jedną trzecią miejsc w Izbie, a na taki scenariusz nie wskazują ani sondaże ogólnoeuropejskie, ani wewnętrzne badania Parlamentu. Dość wspomnieć, że jawnie antyunijne partie w żadnym kraju nie przekraczają 30 proc. poparcia, a w kilku (np. w Irlandii, Portugalii i Rumunii) najpewniej nie wprowadzą ani jednego europosła.

W nowej kadencji do rangi problemu może urosnąć większa niż dotychczas fragmentaryzacja izby. Wynika to ze słabnięcia dwóch tradycyjnych ugrupowań głównego nurtu unijnej polityki, które dotychczas dzieliły się władzą: Europejskiej Partii Ludowej (EPL) i Socjalistów (PES). W latach 1999–2004 ugrupowania te zajmowały 66 proc. miejsc w PE, w ostatniej kadencji wzięły już niecałe 55 proc. mandatów, a po majowych wyborach najpewniej ich posłowie nie obsadzą nawet połowy foteli. Oznacza to, że przy prygotowywaniu prawa ludowcy i socjaliści będą zmuszeni szukać wsparcia innych ugrupowań. Wymusi to na nich kompromisy, ale nie zagrozi stabilności Parlamentu – większość utworzą najpewniej z liberałami, Zielonymi lub z nowym ugrupowaniem euroentuzjastów, jeśli takie założy francuskie En Marche! Emmanuela Macrona.

Czytaj także: Populiści chcą rządzić w Europie. O co im chodzi?

Brexit stwarza problemy proceduralne wokół wyborów

W świetle braku większości dla wynegocjonowanego porozumienia brexitowego w brytyjskim parlamencie w Brukseli coraz głośniej mówi się o przesunięciu daty wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii z planowanego 29 marca. Możliwe są trzy scenariusze – przesunięcie brexitu na 24 maja, na przełom czerwca i lipca lub do końca 2020 r. Realizacja drugiego lub trzeciego scenariusza zmusi Wielką Brytanię do przeprowadzenia wyborów europejskich, jako że w dniu głosowania będzie pełnoprawnym członkiem wspólnoty. W takiej sytuacji pominięcie głosowania na Wyspach w świetle unijnego prawa oznaczałoby, że cały PE został wybrany nielegalnie.

Brexit na przełomie czerwca i lipca wciąż nie wpłynie na skład osobowy nowego europarlamentu – Wielka Brytania opuściłaby bowiem Unię przed pierwszą sesją izby w nowej kadencji, więc brytyjscy posłowie nigdy nie objęliby mandatów. Problem pojawi się, jeśli Wielka Brytania pozostanie w UE do końca 2020 r. Unia zatwierdziła już strukturę PE po wyborach, nie uwzględniając Brytyjczyków – całkowita liczba posłów ma się zmniejszyć z 751 do 705, a część miejsc przypadających wcześniej Wielkiej Brytanii ma być rozdysponowana pomiędzy niektóre państwa członkowskie.

Zyska też Polska, która w nowej kadencji będzie miała 52 europsłów, a nie 51, tak jak było dotychczas. Nowa liczba mandatów znalazła się też w postanowieniu prezydenta Dudy o zwołaniu wyborów do PE. Ewentualne przeprowadzenie głosowania w Wielkiej Brytanii i pozostanie przy dotychczasowym podziale mandatów między państwa członkowskie stworzyłoby więc w Polsce problem natury prawnej – w wyborach wybrano by 52 europosłów na 51 dostępnych mandatów. Zmiana postanowienia prezydenta teoretycznie nie jest możliwa (Duda złożył podpis w ostatnim możliwym terminie). Podobnie nielegalne wydaje się poszerzenie PE, tak by pomieścił brytyjskich deputowanych i posłów wybranych z miejsc redystubuowanych między pozostałymi państwami członkowskimi – traktat lizboński ustala maksymalną wielkość PE na 751 miejsc.

Danuta Hübner: To nie będą zwykłe wybory

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama