Świat

Impeachment rujnuje dyplomację Trumpa i pogrąża ją w kryzysie

Donald Trump Donald Trump Official White House Photos by Tia Dufour / Flickr
„Washington Post” donosi, że dyplomaci i eksperci, którzy zeznawali w sprawie impeachmentu i obciążyli prezydenta, są obiektem brutalnej nagonki ze strony Trumpa i jego sojuszników z mediów.

Politics stops at the water′s edge. Polityka kończy się u brzegów wody. W domyśle: obu oceanów. Sentencja ta wyrażała w USA tradycyjny postulat, aby partyjne spory nie rzutowały na politykę zagraniczną, która powinna się kierować wyłącznie narodowymi interesami kraju. Nigdy nie było tak idealnie, ale w przeszłości republikanie i demokraci starali się tonować konflikty, by nie przenosić ich na arenę międzynarodową. Strategiczne interesy określały politykę zagraniczną w okresie zimnej wojny, bo oczywiste było wtedy, kto Ameryce – i to egzystencjalnie – zagraża. Potem ponadpartyjny konsens stopniowo się załamywał. Obserwowaliśmy to w czasie wojny w Iraku, a zwłaszcza później, gdy układ nuklearny z Iranem zawarty przez Baracka Obamę spotkał się z twardą krytyką i opozycją republikanów.

Czytaj też: Impeachment Trumpa będzie tylko i aż symboliczny

Stały kryzys dyplomacji w czasach Trumpa

Strefą ponadpartyjnej zgody była jednak zawsze – nawet, jak się zdawało, za prezydentury Trumpa – polityka wobec Rosji. Szczególnie po inwazji na Ukrainę w 2014 r., zgodnie potępionej przez cały establishment i ukaranej sankcjami Kongresu. Nie dziwiło więc, że o ile wydziały w Departamencie Stanu i komórki Rady Bezpieczeństwa Narodowego (NSC) zajmujące się strategią i dyplomacją w Azji Wschodniej albo na Bliskim Wschodzie wymieniały personel, o tyle analogiczne struktury odpowiedzialne za politykę wobec Rosji i Europy Wschodniej za Trumpa zachowały wielu specjalistów z poprzednich administracji. Wśród takich zawodowych dyplomatów i sprawdzonych ekspertów byli m.in. ambasador w Kijowie William Taylor, specjalny wysłannik na Ukrainę Kurt Volker czy doradcy w NSC: ds. Rosji – Fiona Hill i ds. Ukrainy – Alexander Vindman. Pomagało to utrzymać ciągłość działań powstrzymujących agresję Rosji, w oficjalnej strategii bezpieczeństwa narodowego z 2017 r. określonej jako mocarstwo „rewizjonistyczne”, dążące do osłabiania interesów Ameryki.

Kontynuacja tej polityki stoi chyba pod znakiem zapytania w rezultacie skandalu z naciskami Trumpa na ukraińskiego prezydenta, by pomógł mu oczernić Joego Bidena, jego prawdopodobnego rywala w wyborach w 2020 r. – i uchwalonego z tego powodu impeachmentu. Kryzys dyplomacji trwa zresztą od początku kadencji Trumpa – z Departamentu Stanu odeszło wielu fachowców, niektórych zwolniono, a sporo stanowisk średniego szczebla nie obsadzono. Impeachment wywołał podobne zamieszanie w pionie odpowiedzialnym za politykę rosyjską i wschodnioeuropejską. Jak podał „Washington Post”, wspomniani dyplomaci i eksperci, którzy zeznawali przed komisją ds. wywiadu Izby Reprezentantów i obciążyli prezydenta, są obiektem brutalnej nagonki ze strony Trumpa i jego sojuszników z mediów, z telewizją Fox News na czele.

Czytaj też: Czy Donald Trump jest antysemitą?

Dyplomaci na celowniku w USA

Analityk CIA, który jako sygnalista zaalarmował rząd o szantażu Trumpa wobec Ukrainy (pomoc wojskowa za śledztwa przeciw Bidenom) i któremu trumpiści grożą odwetem, musi jeździć do i z pracy z uzbrojoną eskortą. Vindman, który zeznał, że był świadkiem telefonicznych nacisków Trumpa na Zełenskiego 25 lipca, jest oskarżany o nielojalność i spiskowanie przeciw prezydentowi. Hill, która na przesłuchaniach tezę o głównej roli Ukrainy w zakłócaniu kampanii w USA w 2016 r. określiła jako bajeczkę, odbiera telefony z pogróżkami, a jeden z prawicowych komentatorów wezwał do postawienia jej zarzutu krzywoprzysięstwa, mówiąc w dodatku: „Oskarżyć tę k...”. Hill i Volker zrezygnowali już z posad w administracji Trumpa, a swoją dymisję na początku stycznia zapowiedział też Taylor. Vindman formalnie jest jeszcze zatrudniony w NSC – jako wojskowy delegowany tam z armii – ale jego dni w Białym Domu są raczej policzone.

Eksperci ci zdecydowali się pracować dla Trumpa, wierząc być może, że kurs polityki jest niezmienny: trzeba przeciwstawiać się agresji Rosji i bronić niepodległości Ukrainy. Gdy okazało się, że tajnym kanałem osobisty adwokat prezydenta Rudy Giuliani stawia Zełenskiego w sytuacji bez wyjścia, próbując go zmusić do samobójczej ingerencji w wewnętrzną politykę USA, prawdopodobnie tracą te złudzenia. A jeśli ich nie mieli, to mają po prostu dość. Kadry dyplomacji, wychowane w etosie służby dla kraju niezależnie od osobistych upodobań i uwikłań, uciekają z rządu albo są z niego usuwane – pod pretekstem, jak to określił Steve Bannon, walki z nieprzyjaznym Trumpowi „głębokim państwem”, czyli „niewybranymi biurokratami” niepotrafiącymi zrozumieć geniuszu prezydenta. Takich jak np. spotkania z Kim Dzong Unem – legitymizujące dyktatora ludobójczego reżimu, nieprzynoszące niczego poza chwilowym wstrzymaniem północnokoreańskich testów atomowych.

Nieustanna karuzela posad

Jak podał „Washington Post”, Bannon już w 2017 r. sporządził listę blisko 50 osób do usunięcia z NSC, bo pracowali w Białym Domu Obamy. Trump podobno celowo podsyca napięcia między podwładnymi, bo jego ulubiona taktyka to zarządzanie konfliktem. Tim Morisson, który na stanowisku doradcy ds. Rosji w NSC zastąpił Fionę Hill (zrezygnowała w lipcu), po przesłuchaniach ws. impeachmentu też podał się do dymisji. Jego następca Andrew Peek – trzeci w roli eksperta od Rosji w Białym Domu w ciągu sześciu miesięcy – nie ma doświadczenia w regionie, którym ma się zajmować; był dotąd specjalistą od Bliskiego Wschodu. To typowe w ekipie dyplomatycznej Trumpa: nieustanna karuzela posad, zastępowanie osób sprawdzonych niekompetentnymi.

Do tej pory administrację Trumpa omijały groźne kryzysy międzynarodowe, które wymagałyby silniejszego zaangażowania, zwłaszcza militarnego. Pytanie, co się stanie, gdy do takiego dramatu dojdzie. I jak zachowa się prezydent, który swych doradców ds. bezpieczeństwa narodowego zmienia jak rękawiczki (czy raczej jak żony...), a dyplomację uprawia za pomocą tweetów.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Lekarka: Polska odwróciła się od pacjentek

„Osoby, które argumentują ten wyrok troską o życie i rodzinę, kradną czas kobietom. Decyzja trybunału sprawi, że te z nich, które chciały być matkami, nigdy nimi nie będą. A nas stawia w sytuacji nieetycznej” – mówi Kaja Filaczyńska, inicjatorka listu otwartego do TK, pod którym podpisało się niemal tysiąc lekarek i lekarzy.

Mateusz Witczak
23.10.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną