Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

Świat wie coraz więcej o chińskich protestach. Gdzie podziała się cenzura?

Policjanci w czasie protestu upamiętniającego ofiary pożaru w Urumczi. Pekin, 27 listopada 2022 r. Policjanci w czasie protestu upamiętniającego ofiary pożaru w Urumczi. Pekin, 27 listopada 2022 r. Thomas Peter / Reuters / Forum
Władze w Pekinie coraz ostrzej reagują na przejawy społecznego niezadowolenia z powodu twardej polityki antycovidowej. Mimo to demonstracje nie ustają, a bunt widać również w internecie.

W naukach o polityce i stosunkach międzynarodowych od lat trwa debata co do właściwego określenia formy rządów, które sprawuje Chińska Partia Komunistyczna. W ostatnich latach, zwłaszcza w anglosaskiej społeczności akademickiej, popularność zyskuje termin „cyfrowa dyktatura”, i to on najlepiej oddaje dziś naturę reżimu. Absolutna kontrola ekosystemu informacyjnego jest podstawą funkcjonowania kraju. Pekin wie wszystko o swoich obywatelach, od historii ich przeglądarek, przez szczegóły korespondencji mailowych, stan konta, aż po ulubione miejsca – to za sprawą nowych technologii.

Pęka chiński mur internetowy

Do tej pory wydawało się, że chińska cenzura jest bezbłędna. Rząd błyskawicznie zakrywał krytykę pod swoim adresem – i bezpośrednią, i zawoalowaną. W pewnym momencie z Weibo, najważniejszej tu platformy społecznościowej, znikały nawet wszelkie nawiązania do Kubusia Puchatka, który miał przypominać Xi Jinpinga i podobno strasznie go denerwował. Cenzurze podlegały nie tylko tematy stricte polityczne, ale i obyczajowe, jak w przypadku tenisistki Shuai Peng, która chciała nagłośnić sprawę molestowania seksualnego. Jego sprawcą miał być Zhang Gaoli, były wysoki rangą funkcjonariusz partii. Szczegółów sprawy z chińskiego internetu dowiedzieć się nie da, o to też zadbano.

Coś jednak w chińskim murze internetowym zaczyna pękać. Trwające od ubiegłego tygodnia demonstracje w co najmniej 15 miastach powoli przenoszą się również do internetu. I, co ciekawe, wcale z niego nie znikają, a przynajmniej nie w takim tempie co w poprzednich latach. W ostatni weekend zdjęcia i nagrania wideo z protestów pojawiły się na Weibo i WeChacie, drugiej ważnej platformie społecznościowej. Przetrwały na tyle długo, by użytkownicy zdążyli je udostępnić i udokumentować. Przy okazji obrazy wyciekły do zagranicznych mediów, jak BBC, Al-Dżazira czy Voice of America. Świat wreszcie widzi, co naprawdę dzieje się na chińskich ulicach.

Czytaj też: Fabryka się zacięła. Chiny zapłacą za politykę zero-covid

Jak oszukać cenzora

Problemów, jakie chińscy cenzorzy mają z opanowaniem buntu w sieci, nie należy bagatelizować. Jak pisze „New York Times”, jego skala jest bezprecedensowa. Komentarzy, filmów, zdjęć pojawia się tyle, że cenzura nie daje rady ich wszystkich wyłapać. Również dlatego, że krytycy covidowej polityki Xi Jinpinga znajdują całkiem skuteczne sposoby na obejście cyfrowej dyktatury. Jednym z nich jest kręcenie filmu, na którym widać nagranie z protestu odtwarzane na innym urządzeniu, najczęściej smartfonie. „Incepcyjne” wideo schowane w innym wideo często umyka algorytmom, na podstawie których działają moderatorzy na Weibo, WeChacie czy platformie Douyin, zbliżonej do TikToka. Inną metodą kamuflażu jest nakładanie filtrów na twarze osób widocznych na fotografiach i nagraniach. Obie strategie ewidentnie działają, bo relacje z protestów m.in. w Szanghaju i Pekinie są szeroko dostępne w zachodnich mediach społecznościowych.

I nie są to materiały byle jakie. Nie chodzi już o żadną zawoalowaną krytykę władz za pomocą symboli czy postaci z bajek. Chińczycy zachowują się w sieci, jakby przynajmniej na chwilę przestali się bać konsekwencji. Śpiewają sarkastycznym tonem patriotyczne pieśni. Fotografują się w maskach na tle białych kartek, symbolu zrywu. Palą świeczki, upamiętniając ofiary tragicznego pożaru w Urumczi, gdzie zaczęły się protesty przeciw lockdownom. Krótko mówiąc, chiński internet zalewa fala dowodów niepopularności przywódców partii w całym niemal społeczeństwie Państwa Środka.

Czytaj też: Chiny pozbywają się zachodnich dziennikarzy

Ludzka twarz reżimu

Oczywiście istnieje teoria zakładająca, że wszystko, co dzieje się w Chinach od prawie dwóch tygodni, jest pozorne. Xi kontroluje – lub może kontrolować – każdy aspekt życia swoich obywateli, więc teoretycznie byłby w stanie porwać się na ustawkę tak gigantycznych rozmiarów: koncesjonowane protesty, przeprowadzane nie przeciwko, ale za zgodą rządu, by pokazać światu ludzką twarz reżimu. W ten sposób Pekin budowałby wizerunek czułego władcy, który zezwala obywatelom na bunt, wysłuchuje ich postulatów i minimalnie, ale luzuje restrykcje. Być może taki był właśnie wstępny plan Xi: pozwolić ludziom się wyszaleć, dać chwilę oddechu i wolności w internecie, wycofać parę zasad covidowych i wygrać na tym wszystkim wizerunkowo. Jeśli tak było, chiński przywódca ewidentnie się przeliczył, bo protesty są już zbyt duże i trwają zbyt długo, by uznać je za w pełni sterowane.

Tak czy inaczej, trudno się spodziewać, że doprowadzą do realnej zmiany politycznej w ChRL. Choć ważne i coraz szersze, są wciąż mikroskopijne w porównaniu z milionowymi demonstracjami z 1989 r. W oddolną rewolucję w Chinach trudno uwierzyć, zbyt daleko posunęła się autorytarna władza i prowadzona przez nią inżynieria społeczna. Kluczową rolę w tym procesie odegrała m.in. kontrola internetu. Jeśli więc gdzieś szukać nadziei, to właśnie w tym, co dzieje się teraz w sieci. Gdzieś ten mur trzeba przecież zacząć kruszyć.

Czytaj też: Jak wygląda internet za chińskim murem?

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Społeczeństwo

Marek Kondrat dla „Polityki”: Już nie noszę ojczyźnianego plecaka

Rozmowa z Markiem Kondratem o potrzebie ucieczki z klatki ocen, roli czystego zachwytu w życiu i biznesie i o tym, dlaczego nie chodzi już do teatru.

Martyna Bunda
28.01.2023
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną