Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Świat

NATO coś planuje w sprawie Ukrainy. Słowo klucz: misja. Ale jaka?

Słowa ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego zabrzmiały jak sensacja. Słowa ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego zabrzmiały jak sensacja. Sebastian Indra / MSZ
Sojusz zwiększy i zmieni swoje zaangażowanie na rzecz Kijowa. Oznacza to większą rolę Europy i mniejszą Ameryki w opanowaniu najważniejszego kryzysu bezpieczeństwa na kontynencie. Najciekawsze, że dzieje się to bez Donalda Trumpa w Białym Domu.

Poranne słowa ministra Radosława Sikorskiego zabrzmiały jak sensacja, ale mogły być przejęzyczeniem. Zapytany w radiowej Trójce o tematy środowych obrad natowskich szefów MSZ w Brukseli, odparł, że chodzi o skutki rosyjskiej neoimperialnej agresji na Ukrainę, ale i o „możliwość decyzji co do stworzenia misji natowskiej – broń Boże nie wojennej, ale wspierającej Ukrainę, co stworzyłoby możliwość używania zdolności samego Sojuszu do szkolenia Ukraińców, do użycia logistyki Sojuszu czy innych wspólnych elementów, które mamy”. Renata Grochal natychmiast dopytała, czy taką misję Rosja odbierze jako bezpośrednie wejście NATO w konflikt zbrojny, ale Sikorski zbył jej obawy, wskazując, że Putin od dawna przekonuje Rosjan, że są w konflikcie z NATO. Dociskany, czy taki ruch nie wywoła ataku na kraj NATO, ostrzegł Rosję, że „nie radzi, bo jesteśmy 20 razy bogatsi, wzmacniamy się i tak samo jak ZSRR nie wygrał wojny z Zachodem, tak samo Rosja taką wojnę by przegrała”.

Po kilku godzinach w Brukseli mówił równie dobitnie, że Polska wspiera „wysiłki sekretarza generalnego NATO na rzecz Ukrainy w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego, zarówno jeśli chodzi o ustanowienie misji, tak żeby wykorzystać zdolności sztabowe i szkoleniowe Sojuszu, jak i jeśli chodzi o wsparcie finansowe i wojskowe dla Ukrainy”. Wydawało się, że polski minister jako pierwszy i jedyny z grona 32 osób publicznie opowiada o czymś, co może być przełomem w relacjach NATO z Ukrainą. Znamienne, że o czymś tak ważnym nie było wcześniej nic słychać od sekretarza generalnego czy zapowiadającej dwudniową sesję na briefingu online ambasadorki USA przy NATO Julianne Smith.

Słowo klucz tej zagadki to misja.

Czytaj też: Tarcze i miecze. Czym dokładnie dysponuje NATO? Jak się może bronić, czym atakować?

Czerwona linia NATO nienaruszona

Misja ma wiele znaczeń, ale w kontekście wojennym nam kojarzy się przede wszystkim z wysyłaniem kontyngentów żołnierzy lub innego personelu umundurowanego czy cywilnego za granicę dla realizacji określonych zadań. To dlatego słowa Sikorskiego o „ustanowieniu misji” zabrzmiały jak zapowiedź wysłania na Ukrainę kontyngentu NATO. Zresztą – jak na dyplomatę, od którego można tego wymagać – nie opisał tematu zbyt precyzyjnie. Być może celowo użył takiego języka, który pokazuje, że „nic nie jest niemożliwe” – co po słynnych wypowiedziach Emmanuela Macrona i dla Sikorskiego stało się opcją lepszą niż wyznaczanie czerwonych linii.

Rosnąca popularność „strategicznej niejednoznaczności” rodem z Paryża nie oznacza jednak zgody krajów NATO – a zgodzić musiałyby się wszystkie – na wysłanie kontyngentu do Ukrainy. Ta czerwona linia na razie pozostaje nienaruszona, niezależnie od trwających rozważań, dywagacji i dyskusji, co może nastąpić w przyszłości i kiedy. Na popołudniowej konferencji prasowej Jens Stoltenberg oświadczył jednoznacznie, że nie chodzi o ustanawianie obecności wojskowej w Ukrainie, a koordynowanie pomocy spoza jej terytorium. Ale Norweg zastrzegł, że kształt nowej „misji NATO” nie został jeszcze określony, bo dyskusja w gronie sojuszników dopiero się zaczęła.

Już wcześniej przecieki z Kwatery Głównej opublikowane w „Financial Times” i agencji Bloomberg wyraźnie wskazywały, że „misja” ze słów Sikorskiego niekoniecznie jest tą, o której zbiorowo myśli NATO. Mówiły, owszem, o misji, ale dla Ukrainy. Miałby to być pomysł – może ostatni? – odchodzącego jesienią sekretarza generalnego Jensa Stoltenberga na pakietowe potraktowanie kwestii ukraińskiej. Misją byłoby wykonanie paru zadań: od zbierania pieniędzy, przez pomoc sprzętową i amunicyjną, po szkolenia i przygotowanie sił zbrojnych Ukrainy do członkostwa w NATO. Kluczowym elementem tej „misji” miałby być fundusz w wysokości 100 mld euro na wsparcie Ukrainy przez pięć lat. Gdy porówna się ten zamiar z przeznaczeniem 50 mld przez Unię Europejską na podobne cele i podobny czas, widać, jak olbrzymie są ambicje Stoltenberga i jak trudne wyzwanie może czekać udziałowców tego projektu. Ale o konkretnych sumach i mechanizmie ich zebrania pomysłodawca nawet nie chciał dziś rozmawiać. Podkreślił jedynie, że chodzi o to, by finanse, planowanie, dostawy i szkolenia były „solidniejsze” i „bardziej przewidywalne”.

Część prasy wprost tłumaczy to sytuacją za oceanem, gdy z miesiąca na miesiąc okazało się, że kluczowe dla mechanizmu pomocy amerykańskie wsparcie zostało zablokowane i nie może ruszyć z miejsca. Natowska „misja” ma więc sprawić, by na nowo przewidywalne stało się to, czego Amerykanie nie dali rady ustabilizować i zabezpieczyć. Wszystko ma się okazać w Waszyngtonie, na lipcowym szczycie Sojuszu, nad którym jeszcze wyraźniej niż nad brukselską naradą może unosić się cień Donalda Trumpa.

Czytaj też: A gdyby zabrakło Ameryki? Jeżeli Trump wygra, przyszłość NATO będzie śmiertelnie zagrożona

Misja NATO dla Ukrainy

Zatem wedle największego prawdopodobieństwa „misja NATO dla Ukrainy” nie okaże się, przynajmniej w przewidywalnym czasie, „misją NATO w Ukrainie”. Nie zmienia to faktu, iż instytucjonalne zaangażowanie Sojuszu ulegnie poważnej zmianie na kilka sposobów. Po pierwsze dlatego, że o ile zgodzą się na to kraje członkowskie, w którymś momencie NATO pod swoją flagą będzie udzielać, organizować, koordynować, a nawet w części finansować wsparcie dla Kijowa. Do tej pory Sojusz unikał własnego zaangażowania – wszystko lub niemal wszystko robiły kraje członkowskie na własny rachunek. Grupę wsparcia z Ramstein, powołaną pod wodzą USA, można nazwać swego rodzaju koalicją chętnych, pochodzących też spoza NATO, jednak niesformalizowaną i oddzieloną od urzędniczych struktur NATO. Gdyby przejęło ono odpowiedzialność w ramach misji na rzecz Ukrainy, oznaczałoby to bliższe związanie się z Ukrainą, ale i z trwającą wojną. Nie byłaby to ewolucja w NATO całkiem nowa. Sojusz brał pod egidę zabezpieczenie Afganistanu czy – na mniejszą skalę – Iraku i ustanawiał tam wielonarodowe misje, nawet gdy działania wojenne jeszcze się nie zakończyły. Niestety nie zawsze misje te, polegające na wspieraniu Amerykanów po ostrej fazie działań bojowych, odnosiły sukces.

W przypadku Ukrainy od początku rzecz ma się inaczej. Wysiłek jest wspólny i połączony, obejmuje państwa członkowskie i partnerskie Sojuszu, a także udziałowców ad hoc, zainteresowanych i przekonanych do wspierania kraju napadniętego przez Rosję. To nie Ameryka zaczęła, choć przez ponad dwa lata przewodziła koalicji sprzeciwu wobec putinowskiej agresji. Przejęcie wiodącej roli przez NATO jako organizację zdjęłoby ten ciężar z Amerykanów. Nie oznacza to, przynajmniej na razie, wycofania się USA z mechanizmów wsparcia Ukrainy, ale stanowi przesunięcie odpowiedzialności i kosztów na europejskich sojuszników. Co stopniowo i tak się dzieje. Europa już dawno wyprzedziła Amerykę w wartości donacji sprzętowych, amunicyjnych i innego rodzaju wsparcia dla Ukrainy. Teraz formalnie znajdzie się za sterami tego projektu.

Czy to dowód odizolowywania się Ameryki od problemów Europy? Na razie takiej tezy postawić nie można, ale na pewno można odczytywać tę zmianę akcentów jako dążenie do takiego podziału obowiązków – niektórzy nazwą go sprawiedliwym – by Europa brała odpowiedzialność za swoje sprawy. W tym bezpieczeństwo rozumiane jako niedopuszczenie do pokonania Ukrainy przez Rosję. Unatowienie ukraińskiej misji raczej potwierdzi jej wcześniejszą europeizację niż na odwrót. W NATO i tak do USA należy głos najważniejszy, jeśli nie decydujący, i Waszyngton na nikogo nie sceduje całkowicie wpływu na obrót spraw. Europejczycy, przynajmniej na razie, nie byliby też w stanie takiej „misji dla Ukrainy” samodzielnie prowadzić. Ale proces ten może być zapowiedzią lub modelem kolejnych sytuacji, w których podział zadań będzie wyraźniejszy, a zaangażowanie Ameryki w europejskie sprawy mniejsze niż wcześniej.

Najciekawsze, że dzieje się to bez Donalda Trumpa w Białym Domu.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Kraj

Kaczyński się pozbierał, złapał cugle, zagrożenie nie minęło. Czy PiS jeszcze wróci do władzy?

Mamy już niezagrożoną demokrację, ze zwyczajowymi sporami i krytyką władzy, czy nadal obowiązuje stan nadzwyczajny? Trwa właśnie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, debata na ten temat, a wynik wyborów samorządowych stał się ważnym argumentem.

Mariusz Janicki
09.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną