Jak nie poddać się manipulacji w internecie
Dostęp do prawdziwej informacji staje się kluczową kwestią. Nowa elita to nie będą celebryci czy biznesmeni, ale ludzie potrafiący zmusić się do wystawiania własnych poglądów na zderzenie z rzeczywistością.
Niezależne media są filarem demokracji. Na zdjęciu: darmowa prasa w Nowym Jorku.
Estitxu Carton/Flickr CC by 2.0

Niezależne media są filarem demokracji. Na zdjęciu: darmowa prasa w Nowym Jorku.

Internet, który miał być krynicą wiedzy, stał się jej cmentarzem. Od wieków dostęp do wiedzy był wyznacznikiem potęgi i bogactwa. Dziś każdy ma dostęp do wszystkich bibliotek na wyciągnięcie telefonu. Ale nie staliśmy się od tego lepiej zorientowani – wręcz przeciwnie, łatwiej nas zmanipulować niż kiedykolwiek, a wręcz sami chcemy, by nami manipulowano.

Gdy tradycyjne źródła informacji więdną w nierównej konkurencji, pojawia się znowu stara jak świat potrzeba bycia dobrze poinformowanym. W końcu dostęp do wiedzy wciąż jest wyznacznikiem potęgi i bogactwa. To zaś wymaga profesjonalnych mediów opłacanych przez konsumentów. Pozostawienie finansowania w innych rękach gwarantuje, że dowiemy się nie o tym, co prawdziwe, tylko tego, co służy interesom sponsorów. I ta świadomość dociera do konsumentów mediów, którzy przyzwyczajają się do płacenia za treści także w internecie – co do niedawna było zachowaniem dość ekscentrycznym. Okazuje się, że płacić trzeba już nie tyle za wiedzę, ile za ochronę przed postprawdą.

Czytaj też: Patostreamerzy, nowe „gwiazdy” internetu

Tajemnice utrzymywane przez dekady

Przed wynalezieniem druku każdy skrawek wiedzy był chroniony, bo często stanowił o przewadze jednej grupy nad inną. Dlatego tajemnice wyrobu porcelany czy jedwabiu utrzymywano przez dekady – stąd i tajemnica składu Coca-coli dziś. Jednak druk pokazał, ze dużo bardziej opłaca się dzielić wiedzą, niż chować ją przed wszystkimi. Nowoczesny uniwersytet to właśnie idea publikowania wyników badań po to, by wiedza ludzkości przyrastała jak najszybciej.

Ale ciągłe ograniczenia papieru były olbrzymie. Koszt druku był dla wielu autorów zaporowy, a nawet jeśli coś drukiem się ukazało, mogło przepaść w zasobach bibliotecznych na dekady. Znalezienie właściwych informacji poza głównym nurtem okazywało się bardzo trudne. Wielu uczonych nie było w stanie przebić się ze swoimi rewelacjami i bywali na nowo odkrywani często wiele dekad po swojej śmierci.

Internet miał rozwiązać ten problem. Publikacja własnych dokonań stawała się właściwie bezpłatna, wyszukiwanie treści – natychmiastowe. Koniec ze zbieraniem pieniędzy na druk, koniec z tysiącami godzin przesiedzianych w bibliotekach! Cóż może pójść nie tak? Wszystko.

Czytaj też: Nowe technologie zmieniły demokrację

Zerowy koszt publikacji

Okazało się, że koszt druku stanowił zaporę filtrującą zalew grafomanii i głupoty. Oczywiście na tych sitach zatrzymywał się czasem geniusz albo arcydzieło. W zamian można było jednak generalnie ufać temu, co się przeczyta. Czuwały nad tym, choćby niedoskonale, wydawnictwa, uniwersytety, redakcje.

Pozornie stały się one niepotrzebne. Treści przez nie produkowane były szybko powielane w sieci i bezpłatnie dostępne. Świetna wiadomość dla konsumentów informacji – przynajmniej na początku. Ale brak opłaty przekłada się na brak funduszy, to zaś powoduje spadek jakości treści, nawet wśród uznanych periodyków. I tak rozpoczął się wyścig do informacyjnego dna.

Zerowy koszt publikacji spowodował, że w internecie pojawiła się masa śmieci. Jeśli 50 lat temu uważaliśmy, ze Księżyc jest zrobiony z żółtego sera, stawaliśmy się nieszkodliwymi wioskowymi dziwakami. Dziś bez problemu znajdziemy przynajmniej 50 nam podobnych i możemy założyć Stowarzyszenie Serowego Księżyca – i zaczniemy produkować materiały dowodzące naszych racji i werbować kolejnych członków.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj