Świat

Impeachment: Trump wygrał, przegrała amerykańska demokracja

Prezydent Donald Trump i wiceprezydent Mike Pence Prezydent Donald Trump i wiceprezydent Mike Pence Official White House Photo by D. Myles Cullen / Flickr CC by SA
Senat USA pozostał głuchy na apele oskarżycieli Donalda Trumpa i zgodnie z przewidywaniami nie usunął go z urzędu. Werdykt sankcjonuje niebezpieczny precedens.

Wyrok w trwającym ponad dwa tygodnie procesie zapadł ściśle według partyjnego podziału – niemal wszyscy republikanie, mający większość w wyższej izbie Kongresu, głosowali za uniewinnieniem, a demokraci za impeachmentem. Jedynym republikańskim senatorem, który uznał, że Donald Trump nadużył władzy (pierwszy artykuł impeachmentu) i powinien zostać usunięty ze stanowiska, okazał się Mitt Romney, kandydat GOP na prezydenta w 2012 r. Jego kolegów nie przekonały żadne argumenty, że postępek Trumpa – wstrzymanie pomocy wojskowej dla Ukrainy, aby zmusić prezydenta tego kraju do ogłoszenia śledztwa przeciw Joe Bidenowi – kwalifikuje się do impeachmentu. Powtarzając linię obrony Białego Domu, republikańscy senatorowie utrzymywali, że „nie zrobił nic złego”. A jeśli nawet postąpił niewłaściwie, to nie zasługuje na usunięcie ze stanowiska.

Czytaj też: Adam Schiff – oskarżyciel prezydenta

Republikanie nie głosowali za impeachmentem

Zgodne głosowanie senatorów GOP mimo nieodpartych dowodów, że prezydent dla prywatnej korzyści de facto szantażował przywódcę zaprzyjaźnionego kraju walczącego z Rosją w obronie niepodległości, świadczy o tym, że ich argumenty były w istocie kamuflażem czysto politycznych motywów.

Część z nich obawiała się, że opowiedzenie się za zdjęciem go z urzędu zaszkodzi im w wyborach, gdyż Trump jest wciąż popularny w kręgach elektoratu. Inni, którzy nie ubiegają się w tym roku o reelekcję lub nawet wybierają się na emeryturę, bali się zemsty prezydenta, zdolnego do rozpętania kampanii hejtu w internecie. Jeszcze inni kierowali się prawdopodobnie przekonaniem, że zastąpienie Trumpa bezbarwnym wiceprezydentem Mikiem Pence′em grozi porażką w wyborach. A to oznaczałoby klęskę także dla partii.

Czytaj też: To Giuliani doprowadzi do upadku Trumpa

Trump jak monarcha – ponad prawem

Komentatorzy w USA ostrzegają, że werdykt Senatu niejako sankcjonuje niebezpieczny precedens: uznaje za nieszkodliwą presję na rząd innego państwa. Trump zrobił to już w 2016 r., publicznie wzywając Rosję do znalezienia materiałów obciążających jego rywalkę Hillary Clinton i korzystając z pomocy, kiedy agenci Putina włamali się do komputerów Partii Demokratycznej. Uszło mu to na sucho, gdyż prokuratorowi Muellerowi nie udało się znaleźć twardych dowodów.

Tym razem Trump starał się zmusić Ukrainę do podobnej przysługi – korzystając z jej zależności od Ameryki – i zachęcił Chiny, by zrobiły to samo. Jego bezkarność to zagrożenie, że historia powtórzy się w czasie kampanii przed wyborami. A uniewinnienie z drugiego zarzutu – utrudniania śledztwa – mimo że Biały Dom odmówił współpracy w dochodzeniu prawdy, czyli udostępnienia dokumentów i zgody na kluczowych świadków, oznacza, że sankcjonuje się brak odpowiedzialności prezydenta przed Kongresem. Albo wręcz „imperialną” prezydenturę, postawienie prezydenta, niczym monarchy, ponad prawem.

Czytaj też: Jak wygląda procedura impeachmentu w USA?

Instytucja impeachmentu powoli traci sens

Impeachment Trumpa był trzecim w historii USA epizodem zakończonym uniewinnieniem i trzecim, gdy głosy za i przeciw odbijały układ sił w Senacie. W najmniejszym stopniu miało to miejsce w przypadku Andrew Johnsona w 1868 r., kiedy jeszcze część senatorów GOP (10 na 45) głosowała przeciw zdjęciu go z urzędu, co mimo republikańskiej większości przyczyniło się do tego, że ocalił stanowisko (zabrakło jednego głosu). 101 lat później Senat uniewinnił Billa Clintona dzięki solidarnemu głosowaniu wszystkich 45 demokratów (do „skazania” potrzeba minimum dwóch trzecich głosów: 67 na 100). Wtedy przyłączyło się do nich nawet kilkoro republikanów. W procesie Trumpa partyjny podział był już niemal absolutny.

Rezultat wskazuje, że impeachment – nawiązujący do prawa pozbawienia władzy dygnitarzy rządowych w monarchii angielskiej – jest instytucją w kryzysie, która traci powoli sens. Mechanizm miał umożliwiać usunięcie ze stanowiska prezydenta, który dopuścił się „zdrady, przekupstwa i innych ciężkich zbrodni lub wykroczeń”, co konstytucjonaliści tłumaczyli jako czyny szkodzące głównie dobru i interesom państwa, niekoniecznie będące przestępstwami według kodeksów karnych.

Wiadomo było zawsze, że to instytucja polityczna, gdyż wszystkie etapy procedury obsługują nie urzędnicy aparatu sprawiedliwości, lecz politycy – członkowie Kongresu. Na ich decyzje wpływa nie tylko rozumienie prawa, lecz także okoliczności „zewnętrzne”, a konkretnie ocena urzędującego prezydenta przez wyborców. Dlatego np. Clinton, cieszący się wysokimi notowaniami w sondażach dzięki dobrym nastrojom w kraju w latach 90., miał duże szanse na zachowanie stanowiska mimo oskarżenia o krzywoprzysięstwo i obstrukcję wymiaru sprawiedliwości.

Zdaniem wielu konstytucjonalistów zarzuty przeciw Trumpowi były jeszcze poważniejsze, gdyż chodzi o wciąganie obcego państwa do zakłócenia procesu demokratycznego w USA. W jego obronie stanęła jednak murem partia, tak jak zgodnie przeciw niemu wystąpiła opozycja. Sytuacja, gdy obie partie zachowują się jak plemiona, bo nasila się polaryzacja amerykańskiej polityki, sprawia, że wynik jest coraz łatwiejszy do przewidzenia – wygrywa prezydent partii mającej większość w Senacie bez względu na meritum sporu. Obie strony mogłyby zaoszczędzić sobie czasu, a podatnikom pieniędzy, i zrezygnować z trwającej cztery miesiące procedury.

Jak werdykt Senatu wpłynie na kampanię przed tegorocznymi wyborami, trudno definitywnie wyrokować. Notowania Trumpa nieco ostatnio wzrosły – 49 proc. Amerykanów dobrze ocenia jego rządy, to najlepszy wynik od początku jego kadencji. Przyczyną nie jest prawdopodobnie impeachment, tylko wciąż dobra kondycja gospodarki, zwłaszcza najniższe od 50 lat bezrobocie. Oraz słabość demokratycznej opozycji, skłóconej i pozbawionej inspirujących przywódców.

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Niespotykanie niewidoczny człowiek. Minister Kościński

Tadeusz Kościński przyjął tekę ministra finansów, ale się nie cieszy. Nominacji nie zawdzięcza swoim kompetencjom, ale temu, że już w 2015 r. znalazł się w drużynie Morawieckiego. Teraz musi znaleźć pieniądze na wydatki projektowane na Nowogrodzkiej.

Joanna Solska
26.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną