Świat

Europejscy koronasceptycy wyszli na ulice. Co ich łączy?

W Paryżu manifestację koronasceptyków zorganizowały żółte kamizelki, znane z paraliżowania francuskiej stolicy. W Paryżu manifestację koronasceptyków zorganizowały żółte kamizelki, znane z paraliżowania francuskiej stolicy. Gonzalo Fuentes / Reuters / Forum
Mnożą się inicjatywy negujące koronawirusa. Uczestnicy marszów w europejskich stolicach domagają się „prawdy o zarazie” i wolności. Bo covid-19 „to zwykłe przeziębienie”.

W sobotę 12 września centrum Dublina było sparaliżowane przez dobrych kilka godzin. Mieszkańcy irlandzkiej stolicy, podobnie jak innych dużych miast, zdążyli się już pewnie odzwyczaić od takich widoków – od prawie pół roku na świecie obowiązują restrykcje w organizacji wydarzeń publicznych. Po niemal sześciu miesiącach od momentu, gdy tajemniczy wirus sparaliżował życie większości społeczeństw na planecie, demonstracje triumfalnie wróciły. A ich uczestnicy wzięli sobie na cel właśnie koronawirusa – wroga, który ich zdaniem nie istnieje.

Irlandzka odsłona protestu przybrała narodowe barwy. Ulicami Dublina przeszło ponad 3 tys. osób z flagami. Niektórzy byli ubrani w koszulki reprezentacji w piłce nożnej czy rugby, część szła przez miasto z trąbkami i wuwuzelami. Na transparentach hasła: „To tylko przeziębienie”, „Ściągnijcie maski”, „Obudźcie się”, „Nie ma żadnej pandemii”, „Nie dajcie zarobić wielkim koncernom”. Nie mieli na sobie maseczek, nie dezynfekowali rąk, nie zachowywali dystansu. Wspólnie śpiewali, wznosili okrzyki, padali sobie w ramiona. Tworzyli, jednym słowem, idealne warunki do szerzenia się wirusa.

Zmutowane teorie spiskowe

Żółte kamizelki walczą z systemem

Oficjalnym organizatorem marszu był irlandzki oddział ruchu żółtych kamizelek. To inicjatywa znana w całej Europie, choć ciężko mówić o niej jako o zinstytucjonalizowanej, spójnej całości. Francuskie, hiszpańskie, brytyjskie czy irlandzkie kamizelki (czasami, jak we Włoszech, zmieniające kolor na pomarańczowy) łączy w zasadzie jedna cecha: antysystemowość. Ktokolwiek jest u władzy, ten ląduje na celowniku. Ideologicznie stanowią trudną do zrozumienia mieszankę gospodarczego protekcjonizmu, natywistyczno-rasistowskich pobudek, pogardy dla demokratycznych instytucji i prawa, łączonych jednak z szacunkiem dla służb mundurowych i sprzeciwem wobec jakichkolwiek podatków.

Nic więc dziwnego, że kiedy europejskie rządy nakazały obywatelom pozostanie w domach, kolorowe kamizelki i podobne ruchy uznały to za dowód opresyjnego charakteru demokratycznych władz. Innymi słowy: rzeczywistość, przynajmniej według nich, zaczęła przyznawać im rację. Jednocześnie ruchy te stanowią bardzo żyzny grunt dla wszelkich teorii spiskowych. A ponieważ pandemia to walka z przeciwnikiem niewidzialnym, trudnym do ujęcia w tradycyjne ramy konfliktu społecznego, łatwo sobie wyobrazić, jak szybko teorie te zyskały na sile.

Irlandzcy koronasceptycy podeszli do sprawy dość łagodnie. W covid-19 nie wierzą, a restrykcje uznają za łamanie praw obywatelskich i naruszanie wolności gospodarczej. Z podobnymi hasłami maszerowali Belgowie. Na początku września przeszli ulicami Brukseli, było ich niecałe pół tysiąca. Łączyło ich hasło: „Dajcie nam oddychać”. Krzyczeli, że pandemia to wymysł międzynarodowych koncernów, które chcą wykończyć drobny biznes. A belgijskie władze, podobnie jak inne rządy, pracują po prostu na ich usługach. Brukselska demonstracja była znacznie mniej pokojowa od tej w Dublinie. Interweniowała policja, aresztowano dwie osoby, jedną za uderzenie w twarz funkcjonariusza.

Groźna dezinformacja. Kto i po co sieje zamęt w sprawie koronawirusa

„Plandemia” zagrzewa koronasceptyków

Podobne demonstracje odbyły się już prawie we wszystkich europejskich stolicach. Włoskie pomarańczowe kamizelki, bez maseczek na twarzach i z okrzykami walki o prawa przedsiębiorców, pod koniec sierpnia pokazywały się w Lombardii – regionie, z którego pochodziło najwięcej ofiar pandemii w kraju. W Paryżu manifestację zorganizowały żółte kamizelki, regularnie paraliżujące ruch we francuskiej stolicy. W Berlinie piewcy teorii spiskowych protestowali przeciwko rządowi Angeli Merkel, ale po zaledwie godzinie musieli się rozejść. Policja bowiem uznała, że stanowią zagrożenie dla zdrowia publicznego.

Przykłady takich demonstracji można długo wyliczać – nie ominęły też Polski. O ile jednak na ulicach słychać, że wirus nie istnieje albo nie jest groźny, a pandemia to zamach na wolność przedsiębiorców, o tyle antycovidowe ruchy w internecie podchodzą do tematu w sposób znacznie bardziej radykalny.

Punktem wyjścia często jest pewien film pseudodokumentalny: „Plandemia”, w której dr Judy Mikovits, wyklęta w środowisku naukowym amerykańska wirusolożka, przekonuje, że dane na temat ofiar śmiertelnych SARS-CoV-2 są zawyżone i służą zastraszaniu. Wirus, owszem, istnieje, ale został „wzmocniony” w laboratorium, by stopniowo eliminować wybrane części populacji. Na koniec Mikovits wzywa do zrzucenia maseczek i rękawiczek i do sprzeciwu wobec restrykcji. Jeśli tego nie zrobimy, wszyscy zginiemy – twierdzi w końcówce filmu.

Produkcję szybko usunięto z Facebooka i YouTube’a, ale obejrzało ją ponad 8 mln osób. Tezy w niej eksponowane zaczęły pączkować w innych miejscach sieci, zwłaszcza wśród radykalnej prawicy. Według danych z raportu Institute for Strategic Dialogue i BBC prawicowe profile w mediach społecznościowych szerzące teorie spiskowe na temat pandemii wygenerowały od marca do maja aż 80 mln interakcji – kilkanaście razy więcej niż oficjalna strona WHO. Na Telegramie, szyfrowanej platformie często używanej do organizacji działań politycznych, tylko w marcu przybyło ponad 6 tys. członków kanałów, które koronasceptyków łączyły z rasizmem i ksenofobią. Z kolei liczba subskrybentów kanału o „pandemicznej prawdzie” wzrosła latem aż o 800 proc.

Jak się choruje po epidemii

Zaczyna się od maseczki

O niebezpiecznych związkach niedowiarków z radykalną prawicą alarmuje też w swoim raporcie Rada Bezpieczeństwa ONZ. Zdaniem autorów teorie spiskowe dotyczące covid-19 mogą zostać wykorzystane do radykalizowania i werbowania nowych członków i planowania aktów przemocy – głównie w Stanach Zjednoczonych, ale też w Wielkiej Brytanii i Niemczech.

Rada Unii Europejskiej ostrzega z kolei, że koronasceptycyzm idzie w parze z nienawiścią do mniejszości, przede wszystkim do Żydów. Na Starym Kontynencie wzmacnia się antysemityzm, zdaniem Brukseli grożący nawet kolejnymi przypadkami prawicowego terroryzmu. I chociażby z tego względu nie należy ruchów tych lekceważyć. Nawet jeśli zaczynają się od rzeczy tak banalnych jak niechęć do noszenia maseczki.

Czytaj także: Groźne skutki bezobjawowej infekcji SARS-CoV-2

Więcej na ten temat

Warte przeczytania

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dramat dzieci z wrodzonymi wadami

Co roku rodzi się ponad 2 tys. dzieci z głębokimi wadami. Ich rodziców czasem trzeba zastąpić lub im pomóc. Lecz nie ma kto tego zrobić.

Agnieszka Sowa
01.11.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną