Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Świat

Niemieckie media o wojnie w Ukrainie, praworządności i rosyjskim gazie

Niedzielna demonstracja przeciwko rosyjskiej agresji na Ukrainę Niedzielna demonstracja przeciwko rosyjskiej agresji na Ukrainę Michael Kuenne / Zuma Press / Forum
Czy Unia powinna w świetle wojny w Ukrainie karać kraje naruszające praworządność? Co z embargiem na surowce energetyczne z Rosji? Jak odpowiedzieć na atak tuż przy granicy NATO? Przeglądamy niemiecką prasę z ostatniego tygodnia.

PiS zna jedną mantrę. Szkop – jak zachodnich sojuszników nazywa w TOK FM jeden z posłów Zjednoczonej Prawicy – zawsze wredny. A wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński zapytany o wypowiedź węgierskiego ministra finansów, że jego kraj nie poprze sankcji wymierzonych w rosyjski sektor energetyczny, zbył sprawę, wskazując palcem na Niemcy jako prawdziwego winnego. Jak gdyby PiS bardziej niż Niemcy uniezależnił się od rosyjskich dostaw energii i bardziej przestrzegał zasad unijnego ładu prawnego.

Czytaj też: Wojenny kompromis według PiS

Nie można odpuścić praworządności

Wiceszef MSZ w złym momencie uderzył w stół. W Strasburgu odezwały się nożyce: Parlament Europejski przyjął sformułowaną tuż przed rosyjskim najazdem na Ukrainę rezolucję na rzecz wprowadzenia w życie reguły „pieniądze za praworządność”, co mogłoby oznaczać obcięcie Polsce i Węgrom części dotacji. Już słychać głosy: „a co, do diaska, ma piernik do wiatraka! 24 lutego zaczęła się nowa era! Tam wojna o rzeczywiste wartości europejskie, a tu podrzędne swary”.

I tak też zaczynał się komentarz monachijskiej „Süddeutsche Zeitung”. Jeszcze niedawno Mateusz Morawiecki musiał w Strasburgu wysłuchiwać, że jest podobny do Putina. Teraz – na tle wojny – to Polska demonstruje prawdziwe wartości europejskie. Rząd otwiera kraj na uchodźców, a zwykli ludzie gorąco ich przyjmują. Ponadto Warszawa wspiera pomoc militarną dla Ukrainy i wpływa na Węgry, by nie blokowały sankcji wobec Rosji.

Ale fatalnym błędem byłoby stwierdzenie, że w Unii to, co było wczoraj, już się nie liczy. „24 lutego nie zniknął antydemokratyczny, nieliberalny i skorumpowany ustrój Orbána. Także niezbyt mocno zastopowany został zamach na rozdział władz w Polsce, gdzie rząd chce naginać sądownictwo do swojej woli, ignorując europejskie orzecznictwo. Gdyby teraz Unia pod wrażeniem kryzysu ukraińskiego wstrzymała procedury przeciw obu krajom, złożyłaby w ofierze sam swój rdzeń. Równie dobrze mogłaby zlikwidować samą siebie” – pisze monachijska gazeta.

Według komentarza „mści się polityka wobec wschodniej Europy, ukształtowana głównie przez Niemcy, nazbyt pobłażliwa wobec populistów w Polsce i na Węgrzech, a jednocześnie licząca na interesy z Władimirem Putinem”. Dlatego rozszerzając się dalej, w tym na Ukrainę, Unia powinna się zmienić i zmieni: zmniejszy się rola jednomyślnego podejmowania decyzji, zwiększy nacisk na podkreślanie tożsamości narodowych. „Tym ważniejsze, by UE w swym stosunku do obu krajów pozostała wiarygodna – nawet jeśli teraz nakładanie nowych kar i dalsze blokowanie miliardowych dotacji wydaje się nie na miejscu” – komentuje „Süddeutsche Zeitung”.

Wychodząca w Bawarii gazeta widzi jednak różnicę między zachowaniem Polski i Węgier. „Rząd polski przynajmniej połowicznie stara się dojść do porozumienia z UE. Także to jego mitygującemu wpływowi na Orbána należy zawdzięczać, że jak dotąd UE zdołała jednogłośnie przyjąć wszystkie sankcje wobec Putina. Orbán nadal chce robić z nim interesy, mając zresztą na myśli niewiele więcej niż własne korzyści. Za kilka tygodni wyborcy mogą go wysadzić z urzędu. Wyświadczyliby przysługę także UE”.

Klęska Węgier i Polski: Można ciąć fundusze za podważanie państwa prawa

Co z embargiem na surowce z Rosji?

Niemcy zdają sobie teraz sprawę ze swojej dotychczasowej nazbyt naiwnej wiary w to, że powiązania gospodarcze złagodzą imperialny rewizjonizm Putina. Choć zwykle dodają – jak minister gospodarki Robert Habeck z Zielonych – że ten błąd był oparty na racjonalnych przesłankach. Jego zdaniem dziś zrozumiałe są żądania natychmiastowego embarga na import surowców energetycznych z Rosji, lecz trzeba też brać pod uwagę skutki gospodarcze i społeczne: „Tu nie chodzi o częściową rezygnację z indywidualnego komfortu, lecz o głębokie cięcia ekonomiczne i socjalne: przy natychmiastowym zablokowaniu importu chodzi o niedobory zaopatrzenia podczas przyszłej zimy, załamanie gospodarki i wysoką inflację, o setki tysięcy ludzi tracących pracę i niebędących w stanie opłacić dojazdu do pracy, prądu i ogrzewania. I to nie przez trzy dni. Jednak dniami i nocami pracujemy nad zmniejszeniem zależności od ropy, gazu i węgla z Rosji”.

Problemem nie jest jednorazowy gest, lecz stworzenie takich warunków, które społeczeństwo zaakceptuje na dłuższą metę. Dziś jest solidarne z Ukrainą i Ukraińcami, ale natychmiastowe embargo wymagałoby wprowadzenia w Niemczech gospodarki wojennej – stawia kropkę nad „i” we „Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung” Ralph Bollmann. Wprawdzie szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen twierdzi, że nadszedł czas „marznięcia dla pokoju”, a były prezydent Joachim Gauck – „marznięcia dla wolności”, narasta też oddolny moralny nacisk na rząd, by skończył z „finansowaniem wojny Putina”. Pytanie jednak, które dotyczy także nas, jak sprawić, by nie był to słomiany zapał, gdy padnie argument „marznąć za Ukrainę”?

„Nikt nie musi marznąć”, odpowiada Bollmann. „Ogrzewanie domów nie jest zagrożone. Unia niewiele zrobiła po aneksji Krymu, by się uniezależnić od rosyjskich dostaw gazu, węgla i ropy. Ale przynajmniej przygotowała się na następny kryzys, traktując ogrzewanie domów mieszkalnych jako »odbiorców chronionych«, których nie można odłączyć od dostaw energii. To stanowi prawnie gwarantowane 31 proc. niemieckiego zużycia gazu”. Nie jest natomiast gwarantowane przez państwo zaopatrzenie w gaz gospodarki, sam przemysł chemiczny pochłania 24 proc. zużycia, a metalowy – 22 proc. Nie ma innego wyjścia niż wychodzenie z zależności od Rosji krok po kroku. Tak w Niemczech, jak i Polsce. Chyba że Putin pierwszy zakręci kurek. Im i nam.

Nie dać się sprowokować

Niemieckie media komentowały też rosyjski atak na ukraińską bazę w Jaworowie, tuż przy granicy z Polską. Zdaniem Nikolasa Bussego z „Frankfurter Allgemeine Zeitung” może dojść do kolejnych ataków w pobliżu wschodniej granicy NATO, jeśli Moskwa, zgodnie z zapowiedziami, weźmie na cel dostawy broni na Zachód, „Tu nie należy dać się sprowokować, ale też nie należy dać się zastraszyć. Im dłużej trwa wojna, tym bardziej prawdopodobne jest, że wojska rosyjskie wkroczą także do zachodniej części kraju. Konfrontacja z NATO byłaby w obliczu obecnych problemów militarnych Putina i siły sojuszu przedsięwzięciem wymykającym się spod kontroli. Zachód powinien trzymać się swojej strategii: widocznego i wiarygodnego zabezpieczania wschodniej flanki, któremu towarzyszy pośrednie wsparcie dla Ukrainy”.

Według Bussego nie ma sensu wymyślać nowych scenariuszy: „celem jest powstrzymanie konfliktu, a nie jego eskalacja”. Jego zdaniem „na froncie dyplomatycznym po raz pierwszy zauważalne są różnice między negocjatorami zachodnimi i ukraińskimi. Gdy Paryż nie dostrzega po stronie Putina woli kompromisu, prezydent Wołodymyr Zełenski podkreśla, że Rosjanie nie stawiają już ultimatum. W najgorszym wypadku jest to jeden z chwytów Putina, w najlepszym – znak, że dla Kremla koszty stają się zbyt wysokie”.

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

Niezbędnik

Prawda według filozofów

Prawda jest cechą zdania. Po prostu. Jej przeciwieństwem jest fałsz. Zdanie może być prawdziwe, fałszywe albo nie wiadomo jakie. Tylko jak to stwierdzić? Dzięki czemu mamy pewność, że o jednych zdaniach daje się powiedzieć, że są prawdziwe lub fałszywe, a o innych nie?

Magdalena Środa
04.04.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną