Świat

Europa traci cierpliwość do Polski. Afera wizowa to już skandal globalny

Posłowie z Koalicji Obywatelskiej wieszają plakat ws. afery wizowej na drzwiach siedziby PiS w Toruniu, 18 września 2023 r. Posłowie z Koalicji Obywatelskiej wieszają plakat ws. afery wizowej na drzwiach siedziby PiS w Toruniu, 18 września 2023 r. Maciej Wasilewski / Agencja Wyborcza.pl
Niemiecki kanclerz Olaf Scholz oskarża rząd PiS o zaniechania w procesie wydawania wiz, domaga się śledztwa i grozi przywróceniem częściowych kontroli na granicy. Warszawa próbuje się bronić, ale nie ma argumentów – bo w tym skandalu już nie chodzi o politykę.

Już w ubiegłym tygodniu europejska odsłona portalu POLITICO pisała o złości, z jaką urzędnicy w Brukseli zareagowali na doniesienia polskich mediów o aferze wizowej. A dokładniej – na reakcję rządu PiS na opublikowane w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” i Onecie artykuły o nieprawidłowościach biurokratycznych, rażących błędach w zakresie bezpieczeństwa międzynarodowego i możliwej gigantycznej korupcji przy wydawaniu wiz w polskim MSZ. Unijna komisarz ds. wewnętrznych Ylva Johansson wysłała do szefa resortu Zbigniewa Raua list datowany na 19 września, którego treść wyciekła do redakcji POLITICO. Dokument zawierał 11 pytań dotyczących zachowania polskich władz przy wydawaniu wiz z prawem wjazdu do strefy Schengen, zwłaszcza tych wielokrotnego użytku. Oprócz żądania wyjaśnień Johansson zawarła w swoim liście także ostrzeżenie, że jeśli działania polskiego MSZ stały w sprzeczności z prawem unijnym, Polskę mogą czekać poważne konsekwencje. Komisarz nie bawiła się w subtelności – Rau dostał czas na odpowiedź do 3 października, musi w niej zawrzeć informacje między innymi o tym, jakie „kroki strukturalne” zamierza podjąć polski rząd, „żeby zapewnić ochronę systemu wizowego przed potencjalnie korupcjogennymi sytuacjami w przyszłości”.

Czytaj też: „Polskie wizy na straganie”. Orędzie marszałka Senatu

Bruksela i Berlin rozczarowani Warszawą

Polska odpowiedziała prawie natychmiast, ale Johansson nie była usatysfakcjonowana treścią przedstawionych wyjaśnień. Z oficjalnych i mniej oficjalnych doniesień z Brukseli jednoznacznie wynika, że w tłumaczenia PiS nikt w Unii Europejskiej nie wierzy. Co więcej, narracja wokół tego sporu nie przypomina typowego spięcia na linii PiS–UE, bo właściwie pozbawiona jest jakiejkolwiek warstwy ideologicznej. To nie jest awantura o praworządność, którą mimo wszystko można rozmaicie interpretować, a oskarżany o naruszanie unijnych standardów polski rząd może wskazywać na pozostałe kraje i mówić, że „przecież inni robią tak samo”. Afera wizowa jest konfliktem znacznie bardziej jednoznacznym. Z punktu widzenia Unii wina Polski nie podlega najmniejszej dyskusji – i nie jest to wina arbitralna, dotycząca abstrakcyjnych pryncypiów, a jak najbardziej realna. Innymi słowy, wściekłość Unii nie wynika z obranej przez PiS ścieżki ideologicznej, tylko z niekompetencji, co do której może okazać się, że ma podłoże kryminalne.

W podobnym tonie o aferze wizowej wypowiedział się w miniony weekend niemiecki kanclerz Olaf Scholz. W sobotę mówił w Norymberdze, że Polska przymyka oko na tysiące migrantów, którzy potem trafiają do Niemiec, bo Warszawa nie chce zajmować się ich aplikacjami o azyl. Nasi zachodni sąsiedzi są zresztą kompletnie sparaliżowani biurokratycznie z tego względu, bo podań o ochronę otrzymują w tym roku znacznie więcej niż w 2022 r. Według danych niemieckiego MSW, cytowanych m.in. przez dziennik „Financial Times”, do końca sierpnia aplikację o azyl na terenie Niemiec złożyło 204 tys. osób, czyli o 77 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Do tej liczby nie wliczają się uchodźcy wojenni z Ukrainy, których do Niemiec dotarło już ponad 1,1 mln. Nad tym również warto się pochylić, bo w ogólnoeuropejskiej debacie na temat pomocy ukraińskim uchodźcom PiS uwielbia grać rolę dobrego samarytanina, który Ukraińców przyjął najwięcej i któremu nikt z Brukseli w tym zadaniu nie pomaga. Informacji o milionie uchodźców, którzy długoterminowo przebywają w Niemczech, próżno szukać zarówno u polskich polityków obozu rządzącego, jak i w sprzyjających im mediach.

Czytaj też: Orlenland. Miasteczko dla imigrantów pod Płockiem

Wrócą kontrole na granicach?

Scholz, podobnie jak Ylva Johansson, nie krył swoich intencji. Powiedział wprost, że nie chce sytuacji, w której „migranci przechodzą przez Polskę, a potem Niemcy mają dyskusję o swojej polityce migracyjnej”. Zażądał, by Warszawa rejestrowała przybyszów u siebie i zajmowała się ich podaniami o azyl. Krótko mówiąc, wezwał więc rząd PiS do tego, czego Jarosław Kaczyński nie uznaje od 2015 r. – solidarności na forum unijnym. Jeśli Polska tego nie zrobi, Berlin może „uruchomić dodatkowe instrumenty” na granicy. To, czego Scholz nie nazwał wprost, doprecyzowała szefowa MSW Nancy Faeser, mówiąc o możliwości wprowadzenia selektywnych kontroli na granicy z Polską (oraz Czechami) – po to, by „ukrócić przemyt ludźmi”.

Semantyka ma tutaj niebagatelne znaczenie, bo pokazuje, jak skrajnie odmienne są podejścia do afery wizowej zagranicą i w Polsce. Sekretarz stanu w kancelarii premiera Sławomir Żaryn już odpowiedział Scholzowi, że jego słowa są niemiecką ingerencją w polskie wybory i próbą wywierania nacisków na Warszawę. W mediach rządowych odgrywa się kabaretowe sceny ze stawianiem przed politykami opozycji niemieckiej flagi, podczas gdy widzowie „Wiadomości” dotychczas nie mieli szansy o aferze wizowej usłyszeć ani razu. PiS zachowuje się więc jak zawsze – uważa, że to zmasowany atak na Polskę i polską suwerenność, ale również, że jego ramy zamykają się w tradycyjnej polityce. Nikt nie zdaje się rozumieć, że to konflikt zupełnie innej natury. Chodzi w nim o rażące naruszenie procedur, którego konsekwencje mają wymiar międzynarodowy, żeby nie powiedzieć – globalny.

Jak zdobyć polską wizę

Lokalne doniesienia o nieprawidłowościach przy wydawaniu polskich wiz m.in. w Nigerii pojawiały się już dwa lata temu. Pisały o nich afrykańskie media, a sfrustrowani zmonopolizowanym przez pośredników systemem umawiania się na rozmowę z konsulem Nigeryjczycy bombardowali wręcz – bezskutecznie – twitterowe konto polskiej ambasady w Abudży. W internecie bez trudu można zresztą znaleźć strony firm (lub ich konta w mediach społecznościowych) oferujących załatwienie polskiej wizy dla obywateli Indii w maksymalnie 10–12 dni. Taki termin musi budzić podejrzenia, skoro Indie to najludniejszy kraj świata, co roku na teren UE legalnie trafia ponad 40 tys. osób z subkontynentu, a Polska ma tam tylko dwie placówki dyplomatyczne. Zresztą migrantów z Indii do naszego kraju coraz więcej trafia od wielu lat, wystarczy popatrzeć na dane. Już w 2018 r. Polska była dla indyjskich migrantów czwartą najpopularniejszą destynacją w Unii, po Niemczech, Holandii i Szwecji. Polskie media pełne są rozmów z migrantami, którzy opowiadają, jak proceder otrzymania wizy wyglądał w praktyce. Podają kwoty, nierzadko przewyższające równowartość 20 tys. zł. Zresztą podobną wiedzę może zdobyć praktycznie każdy, kto mieszka w dużym lub średniej wielkości polskim mieście – wystarczy podejść do spotkanego na ulicy migranta i zapytać o proceder wizowy, większość z nich nie ma żadnego problemu z opisem procedury czy kwotami, które musieli zapłacić, by ją otrzymać.

Tymczasem rząd PiS zachowuje się, jakby dopiero odkrywał, że Polska nie jest odizolowaną od reszty planety wyspą, odporną na procesy globalne takie jak migracja międzykontynentalna. Najlepiej całą aferę podsumował wątek opisany przez Onet, z którego wynika, że posiadający polskie wizy obywatele Indii pozujący jako ekipa filmowa chcieli się dostać przez Europę i Meksyk do USA, co zresztą im się udało. O sprawie Polaków poinformował jednak amerykański Departament Stanu, sami na to nie wpadli. W skali globalnej tak złożony szlak migracyjny nie jest niczym nowym, ludzie z Azji do USA trafiają na wszystkie możliwe sposoby. Przykładem może być cieśnina Darien, najwęższy pas terytorium pomiędzy Kolumbią a Panamą. To szlak, którym rocznie przechodzi ponad 400 tys. ludzi – według obliczeń Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM). Najwięcej jest w tej grupie Wenezuelczyków, Haitańczyków i mieszkańców innych krajów latynoskich, ale od lat rośnie też liczba migrantów z Indii i Chin, już teraz liczona w setkach rocznie w obu przypadkach. A to szlak, którego nie da się przejść samemu, za który trzeba zapłacić, który jest też jednym z najbardziej niebezpiecznych na świecie. Skoro więc ludzie są w stanie zapłacić tysiące dolarów, by ktoś przeprowadził ich przez niebezpieczny fragment dżungli, na pewno zapłacą też za szansę wejścia na terytorium USA w znacznie łatwiejszy sposób. Być może polscy urzędnicy to wiedzieli, ale spojrzeli w inną stronę. A być może w ogóle nie byli tego świadomi. I trudno w tej chwili zdecydować, które wytłumaczenie afery wizowej stawia Polskę w gorszym świetle.

Czytaj też: Ciała na polskiej granicy. Wędrówka z piekła do piekła

Więcej na ten temat
Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Nauka

Czy istnieją miasta idealne? Nowa Huta warunki spełnia. Warto przyjrzeć się jej bliżej

75-lecie Nowej Huty to okazja do rachunku sumienia dla urbanistów, decydentów i deweloperów. A dla nas – do refleksji, gdzie naprawdę chcielibyśmy mieszkać.

Marcin Skrzypek
09.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną