Porażki Iranu nie muszą być stratą Chin. Z odsieczą nie przyjdą. Ich oburzenie warto zapamiętać
Porażki Iranu nie muszą być stratą Chin. Pozornie Chińska Republika Ludowa też przegrywa w tej wojnie. Iran to przecież kraj ideologicznie bliski. Może nie świecki, ale do kości autorytarny. Pozostaje w ostrej kontrze do Zachodu. Też jest członkiem BRICS i Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Zapewnia ok. 12 proc. chińskiego zapotrzebowania na ropę naftową. Chińczycy wielokrotnie trzymali nad Irańczykami parasol w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Teraz amerykańsko-izraelskim atakom na ajatollahów mogą się tylko przyglądać. Z odsieczą nie przyjdą.
Chińskie oburzenie
Reakcja Pekinu kończy się na przewidywalnej retoryce. Wang Yi, szef chińskiego MSZ, mówi, że natychmiast trzeba doprowadzić do zawieszenia broni. Zabójstwo najwyższego przywódcy uznaje za niedopuszczalne. Tak samo niedopuszczalne jest podżeganie przez prezydenta USA i premiera Izraela do zmiany irańskiego reżimu.
Wang potępia ataki i przypomina dni poprzedzające wojnę, w których Teheran zasygnalizował „otwartość na dialog”. Chińska dyplomacja ostrzega swoich obywateli przed podróżowaniem do państw regionu. Radzi, by tak szybko, jak to możliwe, posiadacze chińskich paszportów wyjechali z Izraela i Iranu. Do dyspozycji jest jedynie droga lądowa. Z Izraela do Egiptu, z Iranu do Azerbejdżanu, Armenii, Iraku i Turcji. Należy się spieszyć. I podobno w atakach zostali ranni obywatele Chin.
Z kolei agencja prasowa Xinhua, która też jest organem państwa, przy czym może pozwolić sobie na więcej niż dyplomaci, ataki nazywa „bezczelną agresją przeciwko suwerennemu państwu” i „polityką siły i hegemonii”. Stosowanie „przymusu militarnego” „rażąco narusza” cele i zasady Karty Narodów Zjednoczonych oraz jest odejściem od „podstawowych norm stosunków międzynarodowych”. Tak, ani Donald Trump, ani Beniamin Netanjahu nie mają placetu Rady Bezpieczeństwa. Aczkolwiek warto zapamiętać chińskie oburzenie. By je przypomnieć, gdy Chiny w równie dyskrecjonalnym stylu wyciągną ręce po Tajwan.
Pekin niczego Iranowi nie obiecywał
Skądinąd Chiny nigdy nie obiecały Iranowi, że żołnierze Armii Ludowo-Wyzwoleńczej będą umierali za Teheran i Isfahan. BRICS i SzoW to nie są przymierza wojskowe. Raczej przestrzeń do konsultacji i koordynacji, siłą rzeczy niezobowiązujących. Zdaje się też, że Xi Jinping nie darzył Iranu jakimś szczególnym sentymentem. Odwiedził go raz. Częściej bywał w Kazachstanie, RPA albo w Brazylii. Co byłoby dowodem dogmatu o tym, to Chiny dla Iranu były zawsze ważniejsze i zasada ta nie działała w drugą stronę. Poza tym Bliski Wschód to nie jest dla Pekinu tradycyjny rewir, chińskie wpływy w tych stronach nigdy nie były silne i teraz też nie rosną.
Oczywiście wojna jest dla Chińskiej Republiki Ludowej pewną niedogodnością. Z trzech co najmniej powodów. Chiny były myślami gdzie indziej. 4 i 5 marca zbierają się organy doradcze i ustawodawczy. Tzw. dwie sesje to stały element politycznego rytuału i kalendarza ChRL. W tym roku to o tyle ważne wydarzenia, że Xi prowadził w armii znaczne czystki, co rozedrgało i wojsko, i partię. Powód drugi to oczywiście ropa. W 2025 r. Chiny kupiły ponad 80 proc. irańskiego eksportu. I dobrze byłoby dalej móc ją kupować, choć 10 proc. potrzeb da się zastąpić surowcem z innych źródeł. Gorzej, że cena ropy pewnie pójdzie w górę i Chiny, uzależnione od importu, będą zmuszone płacić więcej.
Powód trzeci to ryzyko upadku reżimu, niezależnie od prawdopodobieństwa realizacji tego scenariusza. Nawet nie chodzi o zainstalowanie ekipy przyjaznej Ameryce. Sam fakt, że upadek w ogóle wchodzi w grę, jest dla chińskich komunistów niepokojący. Przepędzenie ajatollahów to obrazki ludowego powstania, obalającego porządek uświęcony dziesiątkami lat tradycji. Analogie do Chińskiej Partii Komunistyczne są nachalnie bliskie. Tym bardziej że nastrój takich rewolt bywa wysoce zaraźliwy.
Tak było w epoce Arabskiej Wiosny. Tak jest teraz, w czasie powszechnych protestów pokolenia Z, czyli osób urodzonych na przełomie tysiącleci, nieznających świata sprzed internetu. Wreszcie chińscy komuniści do dziś pamiętają upadek ZSRR i emancypację jego satelitów i kolonii. Mieli wtedy Tiananmen i stanowczo nie życzą sobie żadnej powtórki. A jakiś potencjał do niezadowolenia wśród Chińczyków mimo wszystko jest, co pokazały wybuchy niezadowolenia z powodu pandemicznych lockdownów.
Chiny szukają pozytywów
Co Pekin może więc zrobić? Szukać pozytywów. Między innymi w osłabieniu sponiewieranego reżimu, przez co Chiny zyskują lepszą pozycję negocjacyjną, a ich wsparcie będzie więcej warte i łatwiej od siebie Iran uzależnią. Iran jest dla nich o tyle użyteczny, że w wysokim stopniu angażuje uwagę Ameryki. Na plus może działać przedłużenie konfliktu. Amerykanie intensywnie latają, pływają i strzelają, co oznacza, że zużywają zapasy. Może być więc tak, że produkcja amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego zostanie przekierowana na zaspokojenie potrzeb sił własnych. Co wpłynie na opóźnienia w realizacji kontraktów dla Japonii i Tajwanu. Czyli krajów, z którymi Chiny mają najbardziej na pieńku.
Ilekroć w podobnych przypadkach Chiny pozostają bierne, starają się swoją postawę uzasadnić odpowiedzialnością: one stabilizują, Ameryka jest wichrzycielką. Jak zanurkują giełdy i globalna gospodarka dostanie zadyszki, to będzie to wina Trumpa. Także to nie Xi i jego ekipa przyczynili się do tego, że sparaliżowana została spora część ruchu lotniczego między Afryką, Azją i Europą.
Chinom pozostaje wspieranie Iranu poniżej progu eskalacji konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi. Na podobnej zasadzie wspierają i zbroją Rosję od czasu napaści na Ukrainę. Dlatego nie słychać na razie sygnałów o przełożeniu wizyty Trumpa w Pekinie. Według planów zacznie się 31 marca, potrwa trzy dni. Trump przyjedzie w roli triumfatora. Tyle że w wojnie, w której Xi stracił nic lub bardzo niewiele.