Bliski Wschód w ogniu. Zdezorientowani podróżni, coraz większe straty wizerunkowe krajów Zatoki
Państwa Zatoki już wiele lat temu wymyśliły sobie, że będą pośredniczyły w lotach między Afryką, Azją i Europą. Ich linie lotnicze – zwłaszcza emirackie i katarskie – niemal zmonopolizowały takie kursy. Miało to swój szerszy wymiar. Region widział się w roli pośrednika między cywilizacjami, Wschodem i Zachodem. Pośrednika, który postara się na tym bardzo dobrze zarobić. Świetnie to działało do czasu zamknięcia przestrzeni powietrznej. Nagle dziesiątki tysięcy pasażerów utknęły na lotniskach. Iluś nie może wrócić do domu, bo nie będzie międzylądowań. Iluś z domu nie wyleci, bo w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Katarze, Kuwejcie i Bahrajnie wszystkie połączenia zostały odwołane. Lata się z Omanu i Arabii Saudyjskiej, dokąd lądem próbują dotrzeć obcokrajowcy, których wojna zastała przede wszystkim w ZEA. W sumie w regionie przebywa kilkaset tysięcy mieszkańców Europy. Ich rządy nadal czekają, plany ewakuacji zgłosili m.in. Niemcy, Czesi i Słowacy. Niemieckie maszyny miałyby lądować w saudyjskim Rijadzie i omańskim Muskacie.
Hotele w ogniu
Iluś internetowych celebrytów próbuje zbijać popularność na swojej chwilowej niedoli. Nikt nie przebije jednak Guido Crosetto, ministra obrony Włoch, który bez informowania własnych służb poleciał w piątek do Dubaju, by spędzić weekend z przebywającą tam rodziną. Crosetto wrócił do kraju wojskowym samolotem. Rodzinę pozostawił na miejscu. Objaśnił, że wiele im nie grozi, co najwyżej tyle, ile wynika z losowego rozkładu pecha. Historia ministra nie dodaje powagi rządowi Italii. Coś mówi też o zdolnościach prognozowania osoby, która w niemałym państwie natowskim zajmuje się kwestiami militarnymi. Niesie też pewne pocieszenie i rozgrzeszenie.